To koniec swobodnego rozwoju internetu – tak branża internetowa i prawnicy mówią o przegłosowanej przez posłów w trybie pilnym nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Ma ona dopasować prawo do unijnej dyrektywy o usługach medialnych.

– Ale całkowicie kłóci się z duchem dyrektywy. Spokojnie można nazwać to, co zrobili polscy posłowie, nadgorliwością. Żaden inny kraj Unii Europejskiej nie poszedł tak daleko – twierdzi Piotr Dynowski, mecenas kancelarii Bird & Bird obsługującej m.in. YouTube.

Telewizja jak każda inna

Ustawa zakłada, że serwisy wideo w internecie telewizja na żądanie w ofertach kablowych i satelitarnych będą podlegały takim samym regulacjom jak telewizja. Serwisy będą musiały więc chronić dzieci i małoletnich, nie będą mogły emitować programów dyskryminujących ze względu na rasę czy płeć, a w ciągu godziny emitować nie więcej niż 12 minut reklam. Do tego dochodzą też kosztowne obowiązki: każdy serwis będzie musiał przeznaczać 10 proc. rocznych wydatków na przygotowanie lub zakup praw do programów europejskich i utrzymywać parytet: 10 proc. programów polskich oraz 15 proc. europejskich.

Na to nakłada się obowiązek rejestracji działalności przed jej rozpoczęciem. Jej brak grozi karą w wysokości 10 proc. ubiegłorocznych obrotów firmy. Tyle samo zapłaci za łamanie przepisów dotyczących ochrony małoletnich czy promocji produkcji europejskich. A wszystko, jak w tradycyjnej telewizji, skontroluje KRRiT. – To napisany na kolanie bubel prawny, który zdusi rozwój polskiej branży internetowej – mówi „DGP” Marcin Pery, prezes Redefine, należącej do Polsatu firmy, która rozwija internetową telewizję Ipla.

Prawnicy podkreślają, że zapisy ustawy są bardzo nieprecyzyjne. Nie wiadomo, jak dbać o parytet programów ani jak mierzyć czas reklamowy. Nie jest jasne, czy bloger publikujący materiały wideo na swojej stronie będzie musiał zarejestrować swój serwis w rejestrze KRRiT.

Wszechwładna KRRiTV

Podobne wątpliwości powstaną w przypadku tysięcy firm, które wykorzystują wideo do promocji usług i produktów.

– Jedyną instytucją, która będzie o tym decydować, jest Krajowa Rada. Zyskuje monopol na decyzję, kto podlega kontroli, a kto nie. A także kogo można ukarać, a kogo nie. To oznacza kontrolę nad internetem, a w skrajnych przypadkach niebezpieczeństwo cenzury – alarmuje Piotr Dynowski z Bird & Bird.

Związek pracodawców branży internetowej szacuje, że obecnie działa ponad 20 serwisów z ofertą wideo. Część z nich oferuje programy na życzenie, część – telewizję na żywo. Wejście w życie ustawy w takim kształcie zahamuje rozwój tego rynku. Obecnym graczom będzie trudniej, wielu nowych może się w ogóle nie pojawić. Wyhamuje też rynek reklamy wideo w sieci, który w ubiegłym roku wart był 35,5 mln zł.

– Pieniądze z sektorów, które nie będą mogły reklamować się na wideo w polskiej sieci, trafią za granicę, stracą na tym wszyscy gracze, duzi i mali – podkreśla Paweł Klimiuk, rzecznik Onetu.

– Oprócz wyższych kosztów działalności posłowie osłabili konkurencyjność polskich firm internetowych wobec serwisów zagranicznych – dodaje Pery.

Kontroli Krajowej Rady nie podlega na przykład YouTube czyli DailyMotion.

Ustawę może jeszcze zmienić Senat, który zajmie się nią 16 i 17 marca. Jeśli tego nie zrobi, najwięksi gracze przyznają nieoficjalnie, że mogą nawet przenieść część serwerów za granicę, skąd mogliby nadawać bez obawy, że dosięgnie ich Krajowa Rada.