Facebook, Groupon, Zynga – najpopularniejsze portale i firmy internetowe łączy jedno: zainwestowała w nie rosyjska spółka Digital Sky Technologies. Fundusze oraz spółki ze Wschodu coraz odważniej wchodzą na rynek nowych technologii, na którym dotychczas dominowały pieniądze amerykańskie i azjatyckie. DST, w której decydujący głos mają oligarchowie Aliszer Usmanow i Jurij Milnier, skupia się na kolekcjonowaniu udziałów w największych perłach światowej sieci. Teraz przymierza się do kupienia pakietu kontrolnego w chińskim serwisie zakupowym 360buy.com.

Nowy trend jest zgodny z oczekiwaniami prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, który w marcu ubiegłego roku rzucił pomysł stworzenia rosyjskiej Doliny Krzemowej. Wybrał już nawet dla niej miejsce – podmoskiewskie Skołkowo. Postawienie na najnowsze technologie ma dać krajowi nowy impuls do rozwoju i włączenia się w światowy wyścig, bo dziś Rosja jest murszejącą potęgą nawet w swojej domenie, czyli eksporcie surowców naturalnych.

Kupno udziałów w dobrze prosperujących firmach hi-tech jest najszybszym i zarazem najtańszym sposobem na pozyskanie know-how. Tak robią i Chińczycy, i Hindusi. Najtańszym – bo choć na udziały wydaje się dziesiątki milionów, w jednej chwili zyskuje się dostęp do bezcennego doświadczenia i nowych strategii rozwoju na tym najdynamiczniej rozwijającym się rynku.

Usmanow wszedł w branżę internetową dzięki Jurijowi Milnierowi, założycielowi funduszu inwestycyjnego Digital Sky Technologies. W sierpniu 2008 r. połączyli siły. Jeszcze w 2008 r. odkupił część udziałów rosyjskiego operatora komórkowego MiegaFon, a poprzez DST – kontrolny pakiet jednego z najpopularniejszych rosyjskich serwisów internetowych Mail.ru. Tym samym w portfolio Usmanowa znalazł się serwis społecznościowy Odnokłassniki, jeden z dwóch popularnych za Bugiem odpowiedników Facebooka. W drugim serwisie – W Kontaktie – DST ma 1/3 udziałów.

Od tej pory cyfrowe imperium rośnie jak na drożdżach. Usmanow z Milnierem mogą się pochwalić kupnem internetowego komunikatora ICQ. Poprzez udziały w estońskim Forticomie częściowo – i przez krótki okres – kontrolowali nawet Naszą-Klasę. Jednak perłą w koronie DST jest pakiet udziałów w Facebooku. W maju 2009 r. firma wydała na 1,96 proc. akcji – bagatela – 200 mln dol. "Staraliśmy się o nie i przeprowadziliśmy ostrą walkę z konkurencją. Poza nami było kilku amerykańskich pretendentów" - opowiadał rosyjskiemu portalowi Slon.ru Jurij Milnier.

"Mark Zuckerberg uprzedzał, jaki konkretnie pakiet akcji chce sprzedać?" - dopytywał dziennikarz. "Powiedziałbym raczej, że chciał pozyskać 200 mln dol" - odparł założyciel DST. Później udziały Rosjan wzrosły do 5 proc., ale suma transakcji nie została ujawniona. Potem dorzuciili do swojej kolekcji udziały w błyskawicznie zdobywającym popularność portalu Groupon oferującym zniżki na zakupy i usługi, a także w Zyndze – jednej z największych firm przygotowujących gry społecznościowe. W jej produkty można się bawić dzięki Facebookowi.

Dziś, gdy patrzy się na oceniany na 17,7 mld dol. majątek Usmanowa, łatwo zapomnieć, że ten syn prokuratora z Taszkientu zaczął od falstartu. Choć w 1976 r. skończył instytut MGIMO, kuźnię kadr sowieckiej dyplomacji, krótko po szkole trafił do łagru. Wspólnie z synem wiceszefa uzbeckiego KGB usłyszał wyrok ośmiu lat z konfiskatą majątku za próbę wymuszenia łapówki od oficera. Na wolność wyszedł po sześciu. Sam Usmanow twierdzi dziś, że sprawa została sprokurowana z przyczyn politycznych, a wszystkich, którzy twierdzą inaczej, podaje do sądu.

"Ten człowiek jest gospodarczym dzieckiem pieriestrojki, która wymazała przeszłość z biografii wielu najbogatszych Rosjan" - tłumaczy w rozmowie z „DGP” Władimir Pribyłowski, znawca rosyjskich elit gospodarczych. Mimo to pogłoski o jego bliskich związkach z przestępczością zorganizowaną – m.in. ze swego czasu najgroźniejszym rosyjskim gangiem sołncewskim – pojawiają się regularnie. Magazyn „Diełowyje Ludi” pisał o powiązaniach Usmanowa ze środkowoazjatyckimi autorytetami (czyli bossami przestępczymi), legendarnymi w miejscowym półświatku Gafurem, Japonczikiem czy Salimem.


"Wątpię, aby dzisiaj Usmanow podtrzymywał relacje z półświatkiem. Teraz mafia nie jest już tak silna. Dla prowadzenia biznesu nie trzeba się im opłacać" - mówi Pribyłowski. W ciemnych latach 90. Usmanow nie wahał się też inwestować w podejrzane interesy. Choćby w fabrykę torebek plastikowych w podmoskiewskim Ramienskoje, która – jak pisała prasa – pracowała na kradzionym półprodukcie. Tym razem od odpowiedzialności miał go uchronić przyjaciel Jewgienij Ananjew, szef Roswoorużenija (jednego z czołowych zakładów zbrojeniowych), człowiek ówczesnego premiera Wiktora Czernomyrdina.

Ananjew przeszedł potem do Gazpromu. Usmanowa pociągnął za sobą. Gazprom w ten czy inny sposób przewija się przez biografie wielu rosyjskich polityków i oligarchów, znanych z pierwszych stron gazet. Do dziś w długim spisie pełnionych przez Usmanowa funkcji znajduje się dyrektor generalny jednej z licznych spółek córek rosyjskiego monopolisty, Gazprominwiestholdingu. To gazpromowska firma do zadań specjalnych. Przykład? W 2007 r. brytyjska prasa pisała o 44 mln dol. łapówki, którą trzy lata wcześniej Gazprominwiestholding miał przelać na konto córki dyktatora Uzbekistanu Gulnory Karimowej. W zamian Taszkient miał podpisać z Gazpromem lukratywny dla Rosjan kontrakt oraz usunąć Amerykanów z miejscowej bazy wojskowej.

"Usmanow wyśmienicie przetrwał kryzysowy moment, gdy ekipa Putina zaczęła robić czystki w Gazpromie. Jako jedyny z ludzi dawnego szefa firmy, związanego z Czernomyrdinem Rema Wiachiriewa, przetrwał wielkie sprzątanie. Od tamtej pory uchodzi za człowieka Dmitrija Miedwiediewa, który wówczas był przewodniczącym rady nadzorczej Gazpromu" - mówi Pribyłowski. O ile jednak gazowy monopolista dał mu wpływy i pozwolił trzymać rękę na pulsie trendów w rosyjskiej wierchuszce, o tyle pieniędzy dorobił się jako król metalurgii, właściciel holdingu Mietałłoinwiest.

Usmanow nigdy jednak nie ograniczał się do jednego typu biznesu. Zaczął jako organizator polowań dla bogatych cudzoziemców w górach Uzbekistanu. Po przeprowadzce do Rosji produkował plastikowe torebki, sprzedawał tytoń, prowadził bank. Naprawdę głośno zaczęło o nim być, gdy w 2006 r. kupił – jako prywatna osoba, a nie przez którąś ze swoich firm – pakiet kontrolny wydawnictwa „Kommiersant”. Eksperci byli wówczas zgodni, że transakcja oznacza koniec krytycznego wobec władz tytułu, a deal odbywa się za zgodą Kremla. Mimo pesymistycznych oczekiwań Usmanow nie stępił „Kommiersantowi” pazurów, zaś gazeta na tle innych rosyjskich tytułów jest jedną z oaz przyzwoitego dziennikarstwa.

Według Pribyłowskiego coraz częstsze inwestycje za granicą oraz przeprowadzony w 2010 r. podział DST na firmę dysponującą rosyjskimi i zagranicznymi aktywami to nie tylko realizacja zamierzeń Kremla, lecz także próba zabezpieczenia się na wypadek utraty łaski władz. "Własność prywatna w Rosji jest pojęciem umownym, związanym z tym, jakie masz relacje z rządem. Jak tylko popadniesz w tarapaty, nie masz żadnej własności. Dlatego wszyscy poważni biznesmeni wolą się zabezpieczyć poprzez inwestowanie za granicą" - mówi w rozmowie z „DGP” Pribyłowski.

Ale nie tylko polityka i wewnętrzne rozgrywki mają znaczenie w ostatnich inwestycjach firm ze Wschodu. Coraz śmielsze kupowanie udziałów w zagranicznych firmach hi-tech to znak, że w Rosji dochodzi do głosu nowe pokolenie oligarchów, które doszło do pieniędzy dzięki innowacjom i nowym technologiom, a nie surowcowej rencie.

Jego przedstawicielem jest własnie 47-letni Jurij Milnier, który ma niewiarygodnie szczęśliwą rękę do inwestycji. Tylko w 2009 r. stopa zwrotu jego przedsięwzięć – m.in. inwestycje w start-upy – wyniosła 500 proc. Biznesmen jest pierwszym Rosjaninem, który tak odważnie wszedł w branżę cyfrową. "Robi to wyłącznie dla pieniędzy, nie ma to nic wspólnego z polityką" - mówił jednemu z portali internetowych Eduard Szendierowicz z londyńskiej internetowej firmy inwestycyjnej Kite Ventures. Za jego przykładem kroczą już inni.