Przyzwyczailiśmy się do tego, że ludzie wiodą konkurencyjny do realnego żywot online. Zdajemy sobie sprawę, że nierzadko ten e-byt jest daleki od prawdy. Weselszy, ciekawszy, bardziej kolorowy. Tu nie ma miejsca na depresję. Może jeszcze zaskakuje nas moda na golenie brwi i zastępowanie ich malowanymi kreskami, bo te lepiej wyglądają na słitfoci na Instagramie, ale sami łapiemy się na pozowaniu z dziubkiem, jakby to była najbardziej twarzowa mina na świecie. Czy tego chcemy czy nie, to w wirtualu – gdzie najważniejszą walutą są lajki, emotikony i suby – wykuwają się trendy, które coraz mocniej odciskają piętno na naszej codzienności.

"Świat fizyczny i wirtualny stały się ze sobą nierozerwalne, wspólnie tworząc nową formę rzeczywistości: post-reality. Świat materialny nie jest już jedynym, który można uznać za realny, a często środowisko cyfrowe wygrywa w walce o wpływ na nasze życie – ważniejsze staje się np. opublikowanie odpowiednich zdjęć z koncertu niż pełne uczestniczenie w wydarzeniu, a nawigacja Google traktowana jest jako bardziej wiarygodna niż znaki drogowe" – pisze w tegorocznym wydaniu swojego "Trend Booku" Natalia Hatalska, ekspertka w dziedzinie analizy, prognozowania i badania trendów.

Do tej pory mówiło się o cywilizacji on-off czy phigital (z ang. połączenie słowa physical oraz digital). W skrócie chodzi o to, że konsumenci nie dzielą świata na fizyczny i cyfrowy, bo oba dla nich są jednakowo realne. Ale dziś idziemy o krok dalej. "Dzięki rozwojowi technologii takich jak wirtualna rzeczywistość (VR), rozszerzona rzeczywistość (AR) czy mieszana rzeczywistość (MR), dziś faktycznie trudno rozdzielić oba światy – zwłaszcza na poziomie bodźców wzrokowych i słuchowych" – tłumaczy Hatalska.

Post-reality jest nazywane czwartą falą konsumenckich technologii komputerowych, która przychodzi po rozwoju komputerów personalnych, sieci WWW i technologii mobilnych. I nikt nie ma wątpliwości, że to nie tylko intrygująca, lecz także niebezpieczna fala.