Z Shenzhen, w którym mieści się główna siedziba firmy, do Dongguan, w którym położone są jej fabryki, jedzie się około 1,5 godziny. Jest 10.00 czasu chińskiego. Niby początek dnia, ale Jet lag daje się we znaki – organizmy nie przestawiły się jeszcze na sześciogodzinne przesunięcie czasu – dla nas jest teraz 4 nad ranem, wstaliśmy w środku nocy. Nic dziwnego, że busik wypełniony dziennikarzami z Polski po chwili dyskusji powoli cichnie – wszystkim zamykają się powieki i każdy chce przysnąć choć na krótką chwilę. Strata zresztą jest niewielka, bo krajobraz nie zachwyca, zachwycają za to wygodne, pojedyncze skórzane fotele z gigantyczną przestrzenią na nogi.

Dongguan jest niewielkim miastem (nieco ponad 7 milionów ludzi), do którego ściągnęli w poszukiwaniu pracy mieszkańcy różnych chińskich prowincji. W specjalnej strefie ekonomicznej mieszczą się fabryki, między innymi Huaweia. Przed bramą strażnik, za nią wąskie uliczki, którymi podjeżdżamy pod jeden z wielu znajdujących się w kompleksie budynków. W nim powstaje model P20, a my będziemy mogli zobaczyć, jak wygląda linia produkcyjna.

Powoli wychodzimy z autokaru. Życia w nas niewiele, nie tylko z powodu niewyspania ale i pogody. W busiku było miło i chłodno, na zewnątrz plus 30 i wilgotność znana z sauny parowej. Niestety, aparaty i smartfony musimy zostawić, wszystko jest tajne przez poufne i o robieniu zdjęć czy filmowaniu nie ma mowy. Odzyskujemy humory gdy okazuje się, że zwiedzać będziemy odziani w gustowne antystatyczne białe wdzianka, czapki i sandały – „jaka szkoda, że nie mogą państwo tego zobaczyć” – chciałoby się zacytować słynne sportowe komentatorskie powiedzenie, ale może jednak lepiej, że nikt tego nie widział… Pozostaje nam jeszcze przejść przez bramki znane ze wszystkich lotnisk świata i już jesteśmy na hali.

Przed nami 150 metrowy rząd różnych maszyn. Moje pierwsze zdziwienie – na linii są też ludzie. Jak się dowiaduję, kiedyś było to kilkadziesiąt osób, dziś już tylko kilka – odpowiadają za kontrolę poszczególnych etapów montażu (w tym testy audio) i… pakowanie pudełek. Wszystko zaczyna się w mało efektownie wyglądających urządzeniach, które „zasysają” części płyty głównej, umieszczone na różnej wielkości taśmach. Robią je dwie na raz, dopiero potem są one rozdzielane. Od czasu do czasu zza szyb możemy zobaczyć przemysłowe roboty, powtarzające wciąż i wciąż te same ruchy. Jak wyjaśnia nam przedstawicielka Huaweia, większość maszyn jest autorskim projektem, stworzonym na potrzeby tej linii. Mniej więcej w jej połowie smartfony zaczynają przybierać znane nam kształty. Płyta umieszczana jest w kadłubie, dochodzą obiektywy aparatu, przyciski, w końcu przychodzi czas na ekran. Do akcji wkraczają ludzie – jedna osoba w specjalnym pomieszczeniu, przypominającym małą budkę telefoniczną, testuje głośniki, kolejna sprawdza wyświetlacze (ich parametry są oczywiście dostosowywane komputerowo). Na samym końcu linii kolejny pracownik przykleja folię ochronną i pakuje telefon do pudełka (wcześniej inny sprawdza jego zawartość, w tym to, czy są w nim wszystkie dokumenty i instrukcja obsługi), a zapakowany smartfon jest ważony. Jeżeli waga się nie zgadza – model jest wycofywany – bo to oznacza, że coś poszło nie tak i czegoś jest w nim za mało/za dużo. Po ofoliowane telefony podjeżdża samobieżny robot, żywcem wyjęty z kreskówki Pixara WALL-E, który wywozi je tylko w sobie znanym kierunku. Poskładanie modelu P20 trwa około 2 h. Jego przetestowanie – aż 30. W ciągu jednej zmiany z linii produkcyjnej zjeżdża nieco ponad 2800 egzemplarzy.

Na ścianie obok linii wiszą zdjęcia pracowników. – To „Hall of fame” (nazwijmy ją ścianą sławy) – tłumaczy nam nasza chińska gospodyni. – Lista osób które wyróżniły się w jakiś sposób – dodaje. – A on, co zrobił takiego szczególnego – pytam, pokazując na zdjęcie uśmiechniętego młodego mężczyzny, bo „krzaczki” pod fotografią nic mi oczywiście nie mówią. – Nie popełnił żadnego błędu przez trzy miesiące – słyszę w odpowiedzi. – A jest jakieś „Hall of shame”? (ściana wstydu) – pytam pół żartem, pół serio. Odpowiedź jest lakoniczna – Nie. – Ten kto popełnia błędy, pewnie już tu nie pracuje – dopowiadamy w naszym dziennikarskim gronie.

Wizyta w zakładzie trwała około dwóch godzin. Wychodząc, trafiamy na przerwę obiadową. Z okolicznych budynków wypływa morze młodych ludzi, idących w kierunku zakładowej stołówki. Co ciekawe, nie wszyscy trzymają w rękach telefony Huaweia, widzimy też Samsungi i iPhony. Busik powoli lawiruje między pracownikami i staje przed bramą. Strażnik lustruje nas czujnym wzrokiem i już za chwilę jedziemy z powrotem do Shenzen.

Wrażenia? Powiedzenie o „aptekarskiej precyzji” zdecydowanie nie nadąża za rzeczywistością, należałoby raczej mówić o precyzji robotów. Ale ludzie wciąż czuwają, głównie nad jakością, i bez nich model P20 nie byłby przebojem Huaweia.

Jednak chińska firma to nie tylko smartfony. To też zaawansowane projekty „smart city” – w tym niesamowicie rozbudowany monitoring miejski czy uzyskiwanie energii ze źródeł odnawialnych. O tym wszystkim mogliśmy się przekonać podczas wizyty w centrali Huaweia w Shenzen.

Tam tajemnic było nieco mniej, choć i bez nich się nie obeszło. Bo po arcyciekawych spotkaniach z osobami zajmującymi się w Huaweiu tak ostatnio modną i głośną sztuczną inteligencją oraz designem dowiedzieliśmy się, że możemy je przedstawiać jako panów X i Y. W ramach rewanżu napiszę więc, że sztuczna inteligencja w smartfonach Huaweia będzie rozwijana, a projektanci będą się starać, by ich projekty były ładne.

Dużo więcej napisać mogę o „inteligentnych miastach” i ich składnikach – nie tylko systemach zarządzających np. ruchem drogowym, ale i inteligentnych śmietnikach czy latarniach. Brzmi zabawnie, ale słuchając oprowadzającej nas po siedzibie firmy przewodniczki, trzeba przyznać, że ma to sens. Śmietnik na przykład (obowiązkowo podłączony do internetu), przekazuje dane o swoim napełnieniu, dzięki czemu można efektywnie ułożyć drogę aut odbierających odpady – nie ma pustych przebiegów, a i pojemnik nie stoi dniami przepełniony. Oczywiście są w nim i wejścia USB, tak by można było naładować smartfon, i ekran, na którym mogą wyświetlać się reklamy. Niby mała rzecz, ale właśnie to one składają się na powodzenie całego projektu.

Imponująco wygląda centrum zarządzania miastem, bazujące na niesłychanie rozbudowanym monitoringu. Na bieżąco można na nim śledzić wszystkie ulice, a w razie potrzeby system może pokazywać nam np. jedynie czerwone samochody i śledzić ich ruch. Kamery doskonale wyłapują także ludzkie twarze, a miejscy strażnicy bądź policjanci są podłączeni do systemu za pomocą specjalnych urządzeń, na które otrzymują wszystkie ważne informacje. Permanentna inwigilacja – inaczej tego nazwać się nie da. To zresztą nie wszystko, bo Huawei zajmuje się też projektami związanymi z medycyną, nauczaniem czy bankowością i obsługą kart płatniczych.

Po Shenzen czas na Hongkong. Oba miasta dzieli mniej więcej godzina drogi, a choć Hongkong jest już pod administracją CHRL, to wciąż trzeba przechodzić dokładną kontrolę paszportową. Zabawną sprawą jest też zmiana ruchu – z prawostronnego – obowiązującego w Chinach, na lewostronny – obowiązujący w Hongkongu. Na tamtejszych kierowcach nie robi to najmniejszego wrażenia – z jednakową fantazją jeżdżą po jednej i po drugiej stronie.

Hongkong okazał się dla nas niezwykle łaskawy. Mimo pory monsunowej zza chmur od czasu do czasu nieśmiało wyglądało słońce, a i deszcz pokropił ledwie parę razy. Dzięki temu udała się i ponad dwugodzinna żegluga po zatoce Wiktorii, zakończona pokazem laserów podziwianym z łodzi motorowej i wycieczka do imprezowej części miasta. To kwartał ulic oddany we władanie głośnej muzyce i mocnym drinkom. Morze spragnionych atrakcji turystów przelewa się przez kolejne knajpy, wszystko pod dyskretnym okiem policji.

Jeszcze noc w hotelu, a po śniadaniu rzut okiem na zapierający dech w piersiach widok z punktu widokowego na Wzgórzu Wiktorii. Chiny imponują architekturą. Wszystko tu jest wysokie (prócz ludzi rzecz jasna) i o ile jest to zrozumiałe w przypadku Hongkongu, gdzie po prostu nie ma miejsca i trzeba piąć się w górę, tak w samym Shenzen bardziej jest to raczej pokaz siły i potęgi dla gości z zachodu.

Znajdujemy jeszcze czas, by odwiedzić posąg Budda Tian Tan – to największy na świecie siedzący Budda. Według zapewnień naszej przewodniczki, po wizycie poczujemy wewnętrzny spokój, balans i równowagę. My poczuliśmy jeszcze zewnętrzny ból nóg i brak tchu w piersi – choć do kompleksu z posągiem położonego na otaczających Hongkong wzgórzach dowozi kolejka linowa, znana nam z zimowych wypadów w góry, tyle że tu ze szklaną podłogą, tak do samego Buddy trzeba się już wdrapać, pokonując sporą liczbę stopni. Ale warto.

Czas na powrót. 12 godzinny lot trwa o wiele krócej, przynajmniej według wskazówek zegara. Wszystko przez 6 godzin różnicy w czasie. Samolot startuje z Hongkongu w piątek o północy, a w sobotę o 9 rano jesteśmy już w Warszawie (z ekspresową przesiadką w Zurychu, stawiającą całą ekipę na nogi). Polska wita nas słońcem i przyjemną pogodą – 30 stopni tu to zupełnie inne 30 stopni niż w Chinach. Może i w domu najlepiej, ale gdzie indziej – ciekawiej. A Huawei to nie tylko gigant w produkcji smartfonów (modelem P20 Pro zostały wykonane wszystkie zdjęcia), ale firma totalna – która w wielu dziedzinach będzie miała jeszcze sporo do powiedzenia.