Tym samym niemal magiczna technologia drukowania w trzech wymiarach stanie się dostępna niemal dla każdego, donosi "International Journal of Technology Marketing".

Do czego służą urządzenia zwane drukarkami 3D? Przypomnijmy sobie bajkę "Zaczarowany ołówek". Gdy jej bohater czegoś potrzebował, rysował dany przedmiot i z rysunku wyczarowywał gotowy obiekt. I dokładnie to samo można uzyskać dzięki trójwymiarowym drukarkom. Drukują one nie tekst na papierze, ale przedmiot z plastiku, metalu i ceramiki.

Brzmi fantastycznie? Nawet bardzo. Tymczasem pomysł drukowania trójwymiarowych przedmiotów nie jest nowy. Urządzenia umożliwiające drukowanie w trzech wymiarach (albo inaczej mówiąc: szybkie wytwarzanie prototypów na podstawie rysunków technicznych) są obecne na rynku od około dziesięciu lat. Do tej pory jednak takie drukarki kosztowały - bagatela - nawet pół miliona dolarów. W efekcie na ich zakup mogły sobie pozwolić wyłącznie duże korporacje lub amerykańskie wojsko. W tym ostatnim drukarek 3D używano na przykład do wytwarzania łatwo zużywających się części broni.

Urządzenia 3D wykorzystywane były również w przemyśle, zwłaszcza tam, gdzie biura projektowe są oddalone od fabryk o tysiące kilometrów. Dzięki maszynom drukującym przedmioty projekty można było od razu zobaczyć i pomacać "w realu"”. Ułatwiało to komunikację pomiędzy projektantami a inżynierami. "Z tego udogodnienia skorzystała ostatnio firma Copco Kettle Co., projektując nową linię dzbanków i naczyń barowych" - mówi Cherie Ann Sherman z Anisfield School of Business.

Niestety, do tej pory drukarki 3D były ciągle niedostępne dla zwykłych zjadaczy chleba. "Prawdziwy przełom nastąpi, kiedy na rynek wejdą masowo produkowane tanie drukarki" - uważa prof. Sherman. Czyli takie, jakie zapowiada Desktop Factory. Co ciekawe, jeszcze tańsze, choć bardziej siermiężne, urządzenie do drukowania przedmiotów można wykonać samodzielnie za około 2 tys. dolarów. Jego twórcami są prof. Hod Lipson i doktorant Evan Malone, inżynierowie z Cornell University.

Jednak zanim zamienimy złotówki na dolary, trzeba przygotować się na pewne rozczarowanie. Na razie drukowane przedmioty nie zachwycają urodą. Są szare, a ich powierzchnia wydaje się dość chropowata. To efekt zastosowanego w drukarkach materiału. Jest to mieszanka nylonu, aluminium i szkła. Inżynierowie cały czas pracują nad stworzeniem gładszych, elastycznych i kolorowych materiałów, z których można by drukować miłe w dotyku zabawki.

Na czym polega proces drukowania? Drukarka czyta rysunek przedmiotu zapisany w programie do projektowania przestrzennego. Następnie urządzenie rozpyla sproszkowany plastik na podgrzany wałek. Wiązka światła halogenowego stapia materiał do odpowiedniej formy i tak powstaje pierwsza warstwa przedmiotu. Teraz jest ona rozkładana na gładkiej powierzchni i zaczyna się nakładanie kolejnych warstw obiektu. Po skończonej pracy przedmiot jest delikatnie ściskany, tak by wszystkie warstwy dokładnie się zespoliły. Cały proces trójwymiarowego druku trwa parę godzin.

Drukarka inżynierów z Cornell University działa w jeszcze prostszy sposób. Zaopatrzona jest w strzykawkę poruszającą się po osiach xyz, do której można załadować praktycznie dowolny materiał. Strzykawka aplikuje kolejne warstwy, wytwarzając obiekt. Eksperymentowano już z silikonem (najnowszy stworzony przedmiot to etui do iPoda), czekoladą, ciastoliną, metalem.

Naukowcom udało się nawet wydrukować działającą latarkę. Jak mówi prof. Lipson, ich celem jest teraz zbudowanie urządzenia drukującego roboty, które same wyjdą z drukarki...

To na razie przyszłość. Jednak już teraz możemy wyobrazić sobie, że pijemy co rano kawę z kubka, który sami zaprojektowaliśmy, a następnie wydrukowaliśmy na domowej drukarce. Albo że ściągamy z Internetu projekty przedmiotów, które następnie drukujemy sobie na biurku.

To ostatnie nie jest wcale nieprawdopodobne. "Patrząc na szalone tempo rozwoju technologii drukowania 3D, wkrótce zrewolucjonizuje ona rynek i wprowadzi całkowicie nowe możliwości sprzedaży internetowej, tak samo jak mp3 podziałało na rynek muzyczny" - twierdzi prof. Sherman.