Przede wszystkim trzeba zacząć od pytania, co właściwie się zmieniło? A choćby to, że internetowe społeczności wypierają niektóre tradycyjne usługi. W Polsce tego jeszcze nie widzimy tak wyraźnie, ale na Zachodzie ten zwrot jest już bardzo widoczny. Tam znajomi wysyłają sobie wiadomości nie zwykłym e-mailem, jak Pan Bóg przykazał, a za pośrednictwem Facebooka i MySpace.

Taka społeczność sieciowa zaspokaja dwie podstawowe ludzkie potrzeby: po pierwsze - łączy, a po drugie - oddziela. Bo przecież tak naprawdę nie czujemy wcale duchowej jedności z całym światem, ze wszystkimi razem i z każdym z osobna.

Mamy swoje starannie skonstruowane grupy i siatki znajomych, którzy mają prawo bez względu na porę dnia i nocy zawracać nam głowę. Ale obcym wstęp wzbroniony! Inne modne ostatnio hasło, Web 2.0, opisywało sieć, która jest wspaniałym czynem społecznym wszystkich internautów. Teraz coraz większe obszary Webu stają się wirtualnymi odpowiednikami klubów z selekcjonerem na bramce i zamkniętych osiedli ukrytych za wysokim płotem.

Ostatnio zaczynamy coraz poważniej się zastanawiać, gdzie by tu przypiąć etykietkę „Web 3.0”, co będzie kolejnym krokiem w rozwoju światowej pajęczyny. I może właśnie to: koniec złudzeń o wielkiej szczęśliwej rodzinie. Stawiamy szczelne mury i świadomie odgradzamy się od obcych.

Im lepsze, tym gorsze

Ostatnio coraz bardziej uwidaczniają się luki w modelu „razem, młodzi przyjaciele”. Jego najwspanialszym osiągnięciem jest bez wątpienia Wikipedia, niebywała skarbnica wiedzy dotyczącej najdziwniejszych nawet tematów. I właśnie jej ojciec Jimmy Wales niedawno poczuł pewne rozczarowanie.

Nic dziwnego: Siergiej Brin i Larry Page, twórcy innego fundamentu dzisiejszego internetu, wyszukiwarki Google, zarobili na nim ciężkie miliardy, a co ma twórca Wikipedii? Fundację non profit i nieśmiertelną sławę, pewnie też tony pocztówek z życzeniami świątecznymi. Dlatego teraz swoje serce i swój czas poświęca Wikii, nowemu projektowi, tym razem stworzonemu jak najbardziej „for profit”.

Nie tylko wielka altruistyczna wspólnota internautów doświadcza przemodelowania, tak by wreszcie można było z niej wyciągnąć przyzwoite pieniądze. Zadyszki dostają również same serwisy społecznościowe. Tak, te same, które tak pięknie rozkwitają i były największym internetowym hitem minionego roku.

Bo problem polega na tym, że im bardziej się one rozprzestrzeniają, tym bardziej stają się niewygodne w użyciu. Przecież musimy mieć swoją stronę na Facebooku albo MySpace (bo każdy inny też ma). A żeby zadbać o swoją karierę zawodową i starannie pielęgnować profesjonalne znajomości na wypadek, gdybyśmy ich kiedyś potrzebowali, zakładamy konto na LinkedIn. Do tego dojdzie zapewne Grono (dobre, bo polskie) i Nasza-klasa (jeżeli nie szukamy nowych znajomych, a chcemy odnaleźć dawnych).

I już zaczynamy się w tym wszystkim gubić. Czy nie prostsze było życie w epoce Web 1.0, kiedy każdy miał jedno konto, z którego po prostu odbierał i czytał pocztę, a co ambitniejsi - jedną stronę WWW ze swoim zawodowym CV i galerią zdjęć kota?

Problem dotarł już do świadomości amerykańskich nastolatków, którzy mają znajomych i na Facebooku, i w MySpace. A skoro już młodzi Amerykanie go zauważyli, również biznes nie może sobie pozwolić na to, żeby go zignorować.

Razem łączmy się

Już wkrótce koniecznością stanie się znalezienie jakiegoś sposobu, żeby wszystkie te serwisy obsługiwać z jednego miejsca. Byłby to taki tolkienowski pierścień, "jeden, by wszystkimi rządzić, jeden, by wszystkie odnaleźć, jeden, by je zgromadzić i w ciemności związać…”.

Programy komputerowe, które skutecznie i wygodnie połączą możliwie wiele społecznościowych platform w jedną całość, staną się zapewne jednym z hitów roku 2008. O ile oczywiście wreszcie zaczną się do czegoś nadawać.

Technicznie rzecz biorąc, takie aplikacje istnieją już teraz, ale nie cieszą się zbytnią popularnością (na pewno nie da się ich porównać z popularnością samych stron w rodzaju MySpace), i zupełnie sobie na to zasłużyły zarówno swoją funkcjonalnością (lub jej brakiem), jak i ergonomią.

Być może zresztą sama ich idea jest chybiona. Swoje cyfrowe "ja" w coraz większym stopniu przechowujemy przecież nie u siebie, a w internecie. Dostęp do wszystkich danych mamy przez zwykłą przeglądarkę WWW z każdego komputera na świecie, w domu, w szkole, w pracy, w kafejce itd. Propozycja przeniesienia jej części z powrotem na twardy dysk komputera osobistego wydaje się więc krokiem wstecz.

Więcej szans na powodzenie będą może miały w postaci online. Nad wielką unifikacją sieciowych społeczności pracują zarówno małe, nieznane szerzej dotcomy, jak i giganci, tacy jak Google. Na razie jest ona na tym samym etapie co różne wielkie unifikacje w fizyce, które miałyby wyjaśniać jednocześnie oddziaływanie silne i słabe, elektromagnetyzm i grawitację: większość jest zdania, że owa teoria byłaby znakomitym pomysłem, ale ciągle wyczekujemy takiej, która by rzeczywiście działała.

Wszystko już było?

Co jeszcze czeka internetowe społeczności? Jak zawsze wydaje się, że wszystko, co było do wynalezienia, już zostało wynalezione. Liczba różnych serwisów idzie w setki tysięcy, wśród nich są tak specjalistyczne jak FirefighterNation.com przeznaczony dla amerykańskich strażaków albo TuDiabetes.com - specjalnie dla cukrzyków.

Może brakującym elementem obrazka jest serwis, w którym pojedynczym podmiotem jest nie człowiek, lecz cała firma? Przecież w biznesie również funkcjonują takie pojęcia jak znajomy mojego znajomego, sprawdzony partner, i tak dalej. W zasadzie możemy chętnie się nimi podzielić ze swoimi zaufanymi przyjaciółmi…

Tyle że jest jeszcze jeden drobiazg, o którym raczej nie pamiętamy - do wszystkich informacji opatrzonych klauzulą „tylko dla moich znajomych”, nieważne: zdjęć, adresów, numerów telefonów, dat urodzenia, ma dostęp właściciel serwisu. Wydaje nam się, że tworząc barierkę w postaci „tylko dla przyjaciół”, chronimy jakoś swoją prywatność. W rzeczywistości jednak ochrona jest dość iluzoryczna. A przecież to, co chcemy ukryć, musi być wartościowe.

Oto zatem kolejna ważna rzecz, jakiej należy się spodziewać w roku 2008 - to będzie jakiś gigantyczny skandal związany z którymś z większych serwisów społecznościowych, wyciekiem prywatnych danych i ich nadużyciem.

W ubiegłym roku mieliśmy uciechę (Brytyjczycy może mniejszą), słuchając nowinek o zaginionych twardych dyskach zawierających poufne dane o kilkudziesięciu milionach poddanych Jej Królewskiej Mości. Tylko patrzeć, aż podobnie skompromituje się jakieś prywatne przedsięwzięcie: Facebook, MySpace czy któryś z naszych rodzimych serwisów. Miłego oczekiwania.