Eee to notebook trochę nie z tej bajki: z jednej strony waży niecały kilogram i na upartego zmieści się w damskiej torebce (nie każdej), a jednocześnie kosztuje czterysta dolarów, kilka razy mniej, niż zwykły się cenić komputery o podobnych gabarytach. Oczywiście, żeby nie dopłacać do interesu, tajwański producent musiał pójść na kompromis tu i ówdzie. Po paru tygodniach spędzonych ze swoim Eee najwyższy czas podsumować, czy warto było kupować tę żabę.

Oszczędności, jakie poczynił producent, są miejscami bardziej, miejscami mniej uciążliwe. Komputer nie ma twardego dysku, zamiast tego zaszyto w środku cztery gigabajty (niewymiennej) pamięci flash. Skąpo, ale przy pewnej staranności zmieści się np. Windows, Office i jeszcze trochę zostanie. Pamięci RAM również niewiele, tę jednak można łatwo powiększyć kosztem jakichś 130 złotych (polecam: komputer z miejsca nabierze wigoru). Poza tym pod maską jest niemal wszystko, co konieczne: sieć przewodowa i bezprzewodowa, trzy porty USB, gniazda na słuchawki i mikrofon, slot na karty pamięci SD, jest nawet kamera. Brakuje tylko bluetootha. To dość zaskakujące niedopatrzenie, bo oszczędność w kosztach produkcji jest raczej groszowa.

Najwyższy czas po raz pierwszy włączyć komputer. Fabrycznie w Eee zainstalowano nie Windows, a uszytego na miarę Linuksa. Informatycy Asusa dołożyli dużych starań, by komputer prezentował się jako możliwie przyjazny i łatwy w obsłudze. Pulpit asusowego Linuksa przypomina bardziej ekran zaawansowanej komórki niż typowego peceta: parę ekranów zatytułowanych "praca", "zabawa", "sieć" itp., na nich duże ikony programów. A skoro chodzi o programy, to zestaw jest dość sztampowy. OpenOffice jako pakiet biurowy, przeglądarka WWW to oczywiście Firefox, internetowym komunikatorem jest Skype. Powiedzmy otwarcie: OpenOffice okazuje się żółwiowato ociężałe, komfort pracy jest w najlepszym razie umiarkowany. Na przykład do edycji tekstu lepszy byłby AbiWord, który też jest darmowy, a przy tym dużo przyjemniejszy w użyciu, zwłaszcza na słabszych komputerach. Ale w sumie można pracować, można oglądać filmy, a nawet zagrać w coś mniej wymagającego.

Jednak Linux to dziś w świecie komputerów osobistych egzotyka. Na Eee można również zainstalować zwykłe Windows, jednak brak czytnika DVD sprawia, że to zadanie dość kłopotliwe. Na pewno nie powinien się za to brać ktoś, kto z komputerem czuje się niepewnie.

Pod kontrolą Windows Eee zachowuje się jak każdy inny komputer. Z jednym wyjątkiem: mała rozdzielczość malutkiego (7 cali) ekranu sprawia, że wiele okien zwyczajnie się nie mieści. Na szczęście sterowniki Asusa oferują jedną sprytną opcję: udajemy przed systemem, że ekran jest trochę większy niż w rzeczywistości.

Głupi system możemy oszukać, jednak trudno nam oszukać samych siebie. Ekran jest rzeczywiście mały, co daje się trochę we znaki choćby przy surfowaniu po internecie. Mała jest również klawiatura. Ten tekst napisałem właśnie na Eee. Wrażenie: klawisze są odrobinę za małe, mój stacjonarny pecet, a także mój poprzedni notebook, 13-calowy Dell D400, są o wiele wygodniejsze. Jednak można się przyzwyczaić, i nawet jeśli nie pokochać, to przynajmniej zaakceptować tę szeroką na piędź klawiaturę. Ostatnią ważną cechą jest żywotność baterii. Producent deklaruje 3 i pół godziny i, o dziwo, właściwie mówi prawdę: mój pracuje około trzech godzin, i to z włączoną siecią WiFi i wetkniętym do gniazdka USB modułem bluetooth. Tak sobie, ale mogło być gorzej.

Ogólne wrażenie: oczywiście, są wady. Jeżeli Eee nie będzie sprzedawany z zainstalowanym systemem Windows (tę opcję mają już konsumenci w Japonii), pozostanie notebookiem dla entuzjastów. Poza tym zupełnie nie nadaje się do roli jedynego posiadanego komputera. Jednak Eee PC to jest właśnie to! To pierwszy normalnie dostępny laptop w historii, który wreszcie trafił w dziesiątkę w dwóch konkurencjach. Po pierwsze, gabaryty: trudno się nie zakochać w komputerze, który waży niecały kilogram i niemalże da się przykryć zeszytem A5. Dla tych, którzy muszą się często poruszać, jak znalazł. Po drugie: cena. Za notebooka klasy "poniżej 1 kg" dotąd płaciło się jakieś 3 tys. dolarów. Tymczasem Eee w Stanach kosztuje 400 dolarów, u nas na Allegro nieformalni importerzy życzą sobie 1300 zł z kawałkiem. W oficjalnym obiegu ma się pojawić w drugim kwartale, w cenie zbliżonej do 1100 złotych: jeżeli Asus zdoła dotrzymać tych obietnic, to znakomicie. Ale nawet jeżeli nie, to i tak Eee pozostanie jednym z najciekawszych komputerów na rynku, i na pewno wartym zakupu.

p

Asus EeePC 701 - Zgodnie z zapowiedzią AsusPolska, EeePC trafi do naszych sklepów w kwietniu i będzie kosztował 1099 zł. Wewnątrz obudowy minigadżetu znajdziemy procesor Intela, pamięć operacyjną 512 MB, pamięć flash o pojemności 4 GB. EeePC 701 pracuje na systemie operacyjnym Linux. Istnieje jednak możliwość zainstalowania Microsoft Windows XP oraz Vista. Urządzenie ma 7-calowy wyświetlacz, wbudowaną kamerę, mikrofon, głośniki stereo oraz moduł WiFi. Wymiary EeePC to 22,5 x 16,5 x 2,1 - 3,5 cm, a jego waga - 0,89 kg.