Tato, jak to, ożeniłeś się? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – pyta Robin. – Napisałem na Facebooku. Wiedziałabyś, ale nie przyjęłaś mnie do znajomych! – pada odpowiedź. Dialog bohaterów popularnego sitcomu „Jak poznałem waszą matkę” nie musiał być wymyślony przez scenarzystów.

Podobne rozmowy między rodzicami a dziećmi, szefami i pracownikami czy po prostu kolegami są na porządku dziennym. Niespodziewanie życie online zaczęło coraz mocniej przenikać do realnego. Zaistnienie takiego zjawiska wróżono już w momencie komercyjnego pojawienia się internetu. Ale stało się ono możliwe dopiero dzięki boomowi na portale społecznościowe.

W pracy jesteśmy pracownikami, kolegami, podwładnymi oraz przełożonymi. Leniwymi lub pracowitymi, wymagającymi lub pobłażliwymi, pomysłowymi lub wykonującymi polecenia. Dla rodziny jesteśmy rodzicami, dziećmi, rodzeństwem, mężami i żonami. Dla kumpli niezłymi kompanami, miłośnikami tańca, kina, książek, towarzyszami biegania czy znajomymi od plotek. Co innego nasz obraz w miejscu pracy, co innego w domu, jeszcze inny na spotkaniu z przyjaciółmi. Te różne obrazy nakładają się na siebie, tworząc całościowy obraz każdego z nas, jednak to wzajemne przenikanie nigdy nie jest pełne. Są pewne granice.

To się kończy. Granice, jakie definiowały nasze społeczne kręgi, w oszałamiającym tempie się zacierają. A odpowiada za to prosta decyzja: kliknięcie „rejestruj”. Taki przycisk wybiera codziennie kolejne kilka milionów osób, które decydują się założyć profil, czyli kolejną internetową osobowość, w jednym z portali społecznościowych.

Społeczeństwo sieci znamy. Przyzwyczailiśmy się do tego, że poszczególne osoby to węzły sieci, które swoje życie organizują dzięki kontaktom z innymi węzłami. W przypadku portali społecznościowych to nie jest zwykła struktura. Zamiast kontaktu jeden do jednego czy jeden do wielu mamy wielu do wielu – mówi prof. Urszula Jarecka z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Kończy się model różnych osobowości w różnych kręgach. – Czy moja znajoma powiedziała to na spotkaniu, czy napisała na Twitterze? Wiem, że kolega przytył, z jego zdjęcia na Facebooku czy też dlatego, że gdzieś go widziałem? Szef na Naszej Klasie pochwalił się zdjęciem z wakacji i wszyscy jego podwładni wiedzą, gdzie wyjechał, choć nikomu o tym nie mówił. Poplątanie z pomieszaniem. Nic dziwnego, że granica między osobowościami z tych realnych światów zaczyna całkiem się rozmywać i plątać z osobowościami z internetu – dodaje.

I tak pojawia się zupełnie nowy model osobowości. Homo socialmediacus. Człowiek mediospołecznościowy, któremu do już istniejących twarzy doszła jeszcze jedna, a czasem nawet kilka, w zależności od tego, w ilu portalach się zarejestrował.

Drugie życie sieci

Żyjemy w laboratorium społecznym. Ostatnie lata to przyspieszenie i zintensyfikowanie eksperymentów, których sami na sobie i na naszych społecznościach dokonujemy – uważa Jarecka. Zapytana o to, jak się zmieniamy, spędzając coraz więcej czasu na portalach społecznościowych, tylko wzdycha: – Nikt nie wie, możemy trochę zgadywać, trochę wróżyć z tego, co widzimy wokół siebie. Jedni badacze przewidują drastyczne zmiany, rozpad społeczeństw. Inni przeciwnie, uważają, że to w ogóle nie będzie miało większego wpływu, bo podobnie było z telefonem oraz telewizją. Straszono wówczas, że to będzie koniec rodzin, że taka rozrywka i komunikacja na odległość zniszczą je – mówi badaczka.

Didier Lombard, prezes France Telecom, który stał się sławny po tym, jak pod jego zarządem przez firmę przetoczyła się fala samobójstw, jest także autorem „Globalnej wioski cyfrowej”. Dowodzi w niej, że to wynalezienie telefonii dało początek tzw. pierwszemu życiu sieci. Trwało ono w latach 1975–1995, w czasie których nastąpiły trzy momenty przełomowe, które Lombard porównuje do trzech Wielkich Wybuchów. Były to kolejno: wprowadzenie technologii cyfrowych, upowszechnienie się internetu i początek komunikacji mobilnej. Te przełomy za każdym razem przybliżały nas coraz bardziej do obecnego stanu, czyli drugiego życia sieci.

Okresem płodowym etapu były lata 1995–2004. Można się było przekonać, jak bardzo sieci telekomunikacyjne stają się wszechobecne w naszym życiu, jak bardzo odpowiadają na zaspokojenie naszych potrzeb oraz jak ciężko bez nich funkcjonować. A kiedy już na własnej skórze przekonaliśmy się, że są rzeczywiście tak potrzebne, pojawił się idealny grunt dla usług, które naprawdę wykorzystały rozbudzone już w nas przyzwyczajenia do regularnego korzystania z internetu.

Tak zaczął się boom społecznościowy. W 2003 r. pojawił się MySpace, rok później Facebook, a w 2005 r. YouTube. W 2006 r. Twitter, zaś w 2007 r. Nasza Klasa. Jedne szybciej, inne wolniej, ale wszystkie skutecznie zaczęły podbój naszego świata. Nie tylko pod względem szybko rosnących statystyk liczby użytkowników. To nie były portale plotkarskie, poradnicze, rozrywkowe czy ze specjalistyczną wiedzą. To nie były serwisy informacyjne ani strony poszczególnych osób czy firm, czyli nie zaspokajały pojedynczych potrzeb internautów. Łączyły w sobie tak dużo opcji, że zaczęły stawać się dodatkowym, zupełnie odrębnym kanałem komunikacji.

Lombard, opisując teorię drugiego życia sieci, zbadał, jak pod wpływem mediów społecznościowych zmieniają się codzienne zwyczaje amerykańskich nastolatków. Okazało się, że w 2011 r. rzeczywiste spotkania twarzą w twarz stanowiły w tej grupie już ledwie 35 proc. zachowań komunikacyjnych. Natomiast spotkania za pośrednictwem sieci stanowiły aż 47 proc. czasu poświęcanego na komunikację. Reszta to rozmowy telefoniczne, SMS-y oraz komunikatory internetowe. Badacze zauważyli też, że im więcej czasu spędzanego w mediach społecznościowych, tym rośnie potrzeba dalszej intensyfikacji takiej komunikacji.

Widać to doskonale po informacjach ujawnionych przez Facebooka przy okazji wchodzenia na giełdę w maju ubiegłego roku. Średni czas spędzany na tym portalu przez użytkownika ze Stanów Zjednoczonych przekroczył w 2011 r. już 9,5 godziny. Przez przeciętnego użytkownika z Polski niecałe 5 godzin. Czyli widać, jak w miarę popularności tego serwisu rośnie zaangażowanie jego użytkowników.

Facebook ogłupia. A może nie

„Przyjaźnię się z tą dziewczyną, bo mamy w 95 proc. zgodne zainteresowania muzyczne”. Tak nam odpowiedziała jedna z nastolatek przepytanych w badaniu „Młodzi i media”. Dziwiliśmy się, cóż to za sztuczny i naukowy język, jak można w taki sposób określić to, że się słucha tej samej muzyki. Chodziło po prostu o to, że dziewczyna miała profil w serwisie Last.fm i porównywała swój gust z ulubioną muzyką innych użytkowników. Dla niej takie procentowe określenie było jak najbardziej naturalne – kulturoznawca Mirosław Filiciak tłumaczy, na czym polega przenikanie się osobowości z realu i online. – Po nastolatkach, którzy mają konta na portalach, widać, że dla nich nie ma już praktycznie rozdziału między realnymi osobowościami a tymi prezentowanymi w mediach społecznościowych – dodaje.

Dla Filiciaka jednak rewolucyjne zmiany, jakie miałyby się pojawić w społeczeństwach postspołecznościowych, wcale nie są takie oczywiste. – Przecież social media to tak naprawdę odbicie świata realnego, to pewnego rodzaju kalka naszych zachowań z rzeczywistości. Oczywiście zmieniają – czasami poprawiają, a czasami utrudniają – pojedyncze czynności, ale nie jestem przekonany, że aż tak odmienią więzi międzyludzkie – mówi kulturoznawca.

I takiej pewności nie ma także w badaniach i analizach przeprowadzanych przez naukowców z całego świata. Badacze jednak wskazują na konkretne działania, które media społecznościowe już zmieniły. Po pierwsze to sposób zdobywania wiedzy. W końcu Facebook powstał m.in. dlatego, że Mark Zuckerberg nie zdążył przygotować się do egzaminu z historii sztuki i szukał pomocy wśród znajomych, jakich konkretnie pytań powinien się spodziewać. Dzisiaj w niezwykle zbliżony sposób uczą się młodzi ludzie na całym świecie. Jak pisze Nicholas Carr w „The Shallows: What the Internet Is Doing to Our Brains”, codzienne korzystanie z serwisów społecznościowych na tyle zmieniło sposób funkcjonowania naszego mózgu, że niemal niemożliwe jest przestawienie się z powrotem na tryb analogowy. Oprócz zaniku umiejętności czytania wielostronicowego tekstu, w którym nic nie miga, nie wyświetla się, nie przekierowuje na kolejne zakładki i okienka, nauka stała się przede wszystkim zadaniem bardziej społecznym. Tyle że zamiast siedzieć wspólnie w czytelni, młodzi ludzie spotykają się w serwisach społecznościowych i tam razem podkreślają najważniejsze cytaty i omawiają najtrudniejsze kwestie, czyli komentują wpisy innych. W ten sposób omawiają zadany materiał. Powoli na taki tryb przestawiają się same placówki oświatowe. Kilkanaście dni temu na Uniwersytecie Warszawskim w Instytucie Nauk Politycznych odbył się pierwszy dyżur wykładowcy tylko na FB. Przecież i tak jest tam łatwiej czasem spotkać studentów niż na korytarzach uczelni.

Jaki ma to wpływ na przyswajanie wiedzy, tak naprawdę jednak nie wiadomo. Jedne badania mówią: zły, bo rozprasza, ale i powoduje zanik ciekawości poznawczej. Wystarczy pobieżne obejrzenie filmiku, skomentowanie czyjegoś zdjęcia i już w homo socialmediacus rośnie przekonanie, że wie wystarczająco dużo o danej sprawie. Tak wynika choćby z testów przeprowadzonych dwa lata temu przez amerykańskiego socjologa Paula Kirschnera. Jego eksperymenty podają w wątpliwość tezę, w myśl której młodzi ludzie mogą bez problemu wykonywać kilka czynności jednocześnie. Wprawdzie 3/4 ankietowanych osób, które podczas nauki korzystały z serwisu społecznościowego, uważa, że Facebook nie ma złego wpływu na ich koncentrację. Ale już z samego badania wynika coś zgoła odmiennego: naukowcy pod wodzą Kirschnera przebadali 219 studentów z USA. Ci korzystający z Facebooka osiągali średnią ocenę wynoszącą 3,06. Średnia ocena tych, którzy skupiali się na jednym zadaniu, wynosiła zaś 3,82.

Inne wnioski wyciągnęła jednak Rebecca Vivian w pracy „University Students’ Informal Learning Practices Using Facebook: Help or Hindrance?”, w której porównała wyniki osiągane przez studentów zarówno studiów humanistycznych, jak i przyrodniczych i ścisłych udzielających się na FB (ale też innych portalach społecznościowych) z tymi bez kont. Okazało się, że ci z życiem e-społecznym, nawet jeżeli z pojedynczych testów osiągali słabsze wyniki niż studenci, których nie rozpraszało życie społecznościowe, na koniec studiów mieli lepszą średnią wyników i szybciej znajdowali po studiach pracę.

Ile jest w nas narcyza?

Podobnie całkiem rozbieżne są wyniki badań wpływu, jaki media społecznościowe mają na psychikę internautów. Bo to, że mają wpływ, jest pewne. „Jak się masz?”, „Co słychać?”, „Co się ciekawego wydarzyło?” – tak użytkowników pyta Facebook. Czyż te zachęty do kolejnego wpisu nie są uderzająco podobne do klasycznego terapeutycznego pytania „Co czujesz?”. „Broadcast yourself ”, czyli „transmituj siebie”, zachęca YouTube. „Tweetnij coś”, czyli polecenie Twittera, i „Daj znać, co nowego” od Google+ – wszystkie serwisy przekonują, że to ich użytkownik jest w centrum wydarzeń i zainteresowania.

Twórca TechCruncha, jednego z najbardziej prestiżowych branżowych serwisów internetowych, Mike Arrington, wielokrotnie zwracał uwagę, że serwisy społecznościowe wcale nie służą do kontaktów ze znajomymi. Prawda jest taka, że ich główną funkcją jest autopromocja, a dopiero potem kontakty. FB doskonale to rozumie – po to wprowadził Timeline, który wcale nie służy ułatwieniu dotarcia do treści, a pomaga użytkownikom tego portalu w stworzeniu swojego wizerunku. Zdjęcie profilowe, zdjęcie w tle (coraz powszechniejsze są oferty profesjonalnych fotografów sesji z myślą właśnie o zdjęciach na Facebooka), czym się interesujesz, twoje motto – wszystko, by pokazać znajomym, jak bardzo interesującą osobą jesteś. Efekt: jak wynika z badań, większość użytkowników mediów społecznościowych najwięcej czasu spędza na... patrzeniu na własny profil, a nie na przeglądaniu profili znajomych.

Badań na temat tego narcyzmu i ukierunkowanych na siebie mediów społecznościowych jest mnóstwo. Jedne twierdzą, że społecznościówki pobudzają ego. Inne, że internet jest tylko odbiciem rzeczywistości i jeżeli ktoś ma skłonności narcystyczne i ekshibicjonistyczne, to nic dziwnego, że social media wykorzystuje, by je rozwijać. Profesor Jarecka nazywa to „zrastaniem się z maską”, czyli przekonaniem, że właśnie wizerunek z social media będzie decydujący w tym, jak widzi nas otoczenie.

Z drugiej strony co z tego, że e-społeczności aż tak wzmagają w nas narcystyczne zapędy, skoro nikt – oprócz nas samych – nie skupia uwagi na tym, co komunikujemy za ich pomocą. Wracając do badań Lombarda o tym, jak komunikują się amerykańskie nastolatki, to skoro tak dużo czasu poświęcają na portale społecznościowe, powinny być w całkiem niezłej kondycji psychicznej, bo mogą do woli kształtować swój wizerunek. Tyle że zmniejszając czas na tradycyjną komunikację, mocno ograniczają dostęp do informacji o tym, co naprawdę się z nimi dzieje. Przecież ponad 90 proc. naszej komunikacji to niewerbalna mowa ciała. Dlatego sporym echem odbił się rok temu przypadek amerykańskiej nastolatki, która rano SMS-owała ze swoją matką i kontaktowała się z nią na Facebooku, na pytania, czy wszystko w porządku, odpisywała, że jest OK, i wysyłała uśmiechnięte emotikony. A wieczorem powiesiła się w swoim pokoju.

Z drugiej strony liczne są przypadki, że właśnie wpisy na blogach, Facebooku czy Twitterze, gdy człowiek traktuje je właśnie niczym sesję terapeutyczną, poprawiają stan psychiczny. – Nie oszukujmy się, duża aktywność w social media musi nieść za sobą zmiany zarówno w użytkownikach, jak i w ich otoczeniu. Nie ma takiej możliwości, by to pozostało bez wpływu na społeczeństwo. Tyle że dopiero uczymy się, jak odczytywać te zmiany – podsumowuje profesor Jarecka.