"The Lost Crown"
PC, Darkling Room
dystr. IQ Publishing
fonia ang., napisy pol., 12+
Satysfakcja: 9
Grafika: 8
Dźwięk: 8



Tak, zgadza się, to była aluzja. W zdaniu powyżej piję do „Call of Duty: Modern Warfare 2”, sprawnie wykonanego wojennego nonsensu spod sztancy, który właśnie zarobił ponad miliard dolarów. Gdyby nie film „Avatar”, byłoby to nowym rekordem w historii show-biznesu. Inni producenci niewątpliwie wyciągną z powyższego wnioski. Niestety.


„The Lost Crown” dotarła do Polski z opóźnieniem, po drodze zdobywając rozmaite nagrody za intrygującą fabułę, dla tytułu roku na komputery PC czy jako najlepsza przygodówka (my takie gry uparcie nazywamy łamigłówkowymi). Brak pieniędzy na promocję, kameralny charakter, a przede wszystkim wysoko zawieszona poprzeczka – o matko, trzeba myśleć, a nie naciskać na spust! – zadecydowały jednak o umiarkowanej popularności tej produkcji.

To formalnie typowa historia o duchach, którą należy czytać dopiero po zmierzchu. Jest zatem klasyczny dla owej konwencji protagonista, obcy w obcym świecie. Jest zamknięty obszar zdarzeń, z którego nie ma ucieczki. Są odniesienia do tragedii z przeszłości i tajemnica, którą trzeba przeniknąć, co z kolei – mamy tę świadomość od początku – musi doprowadzić do nieuchronnej konfrontacji z siłami z zaświatów.


Rozpoczynamy przygodę jako Nigel Danvers, do niedawna pracownik londyńskiej firmy produkującej profesjonalne urządzenia elektroniczne wykorzystywane do tropienia zjawisk paranormalnych: specjalnych czujników, kamer noktowizyjnych, cyfrowych aparatów fotograficznych, dyktafonów rejestrujących głosy zjaw. Nigela zgubiła nadmierna ciekawość. Po włamaniu do tajnej bazy danych, musi uciekać przed pogonią. Tak trafia do małego nadmorskiego miasteczka Saxton, odciętego od świata wiosennymi roztopami. W tym roku żywioły zdają się bardziej wzburzone niż zwykle. Morze podmyło stary cmentarz, wśród fal pływają truchła sprzed dwustu lat. A mieszkańcy, jak co roku, szykują się do święta Beltane. W ten dzień granica między światem żywych a światem umarłych jest szczególnie cienka…

Sygnały alarmowe pulsują w głowie od początku przygody. Starsza pani z psem spotkana nad brzegiem morza wita Nigela po imieniu. Jego przybycie do Saxon nie wydaje się zaskoczeniem dla nikogo; nie wyłączając byłego pracodawcy, który składa uciekinierowi propozycję nie do odrzucenia. Danvers rusza tropem duchów i zaginionej korony anglosaskich królów, ukrytej – jak wierzą poszukiwacze skarbów – gdzieś w okolicy. Napotkani mieszkańcy czasami budzą zastanowienie, wydając się nie przynależeć do teraźniejszości („W programie telewizyjnym? Proszę wybaczyć, nie rozumiem”). Co ukrywają?


Atmosferę tajemnicy niepokojąco bliskiej, tuż za granicą zmysłów podkreśla zgrabny zamysł artystyczny Boakesa. Świat Santon i okolic przedstawiony jest w czerni i bieli, co konweniuje z nastrojem opowieści. Tę monochromię przełamują jednak pojedyncze kolorowe akcenty: błękitny kwiat lub zielona ważka na mokradłach, czerwone chorągiewki, pomarańczowy ogień w kominku. Czytam je jako nieustające przypomnienie: świat, który mnie otacza, kryje coś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka, nie postrzegam pełnego obrazu.

Zagadki nie są trudne, na rozwiązania naprowadza logika. Zdarzało mi się sięgać po ściągę, ale rzadko. Jedynie wtedy, gdy przez nieuważność pominąłem w jakiejś lokacji kluczowy element.

„The Lost Crown” jest wizją niezbyt może oryginalną – zręcznie ogrywa motywy sprawdzone w literaturze i kinie – ale imponująco spójną i konsekwentną. Wielkie produkcje, nad którymi nikt tak naprawdę nie ma pełnej kontroli, rzadko osiągają zbliżony stopień integracji. Jonathan Boakes po prostu spisał swój sen; to opowieść o jego przygodzie, nastrojowa fantasmagoria. Nigel Danvers ma nawet twarz Boakesa i mówi jego głosem. I jest w tym jakiś romantyczny urok. Dzieli się z nami człowiek, który potrafi marzyć.