Gra zaczyna się pechowo dla Maxa. Traci swój słynny samochód i zostaje porzucony na pustyni. Tam poznaje szalonego, zmutowanego mechanika, który obiecuje mu stworzenie Magnum Opus - nowego pojazdu, którym Max będzie mógł zemścić się na tych, którzy go zranili. Po kilku misjach dostajemy więc nowy, zardzewiały pojazd, który wraz z postępami w grze będzie stawał się coraz potężniejszy i możemy ruszać w świat. A ten wygląda tak, jak zapamiętaliśmy go z filmu. Z powierzchni Ziemi zniknęły morza i oceany, jeździmy więc po pustyni, mijając wraki okrętów, które teraz stały się bazami zdegenerowanych resztek ludzi. W świecie tym rządzi ten, kto jest silniejszy, kto jeszcze potrafi wydobyć resztki ropy naftowej i napędzić nią swą armię jeżdżącą zardzewiałymi samochodami, która walczy z innymi watażkami.

Sama mechanika gry nie jest niczym odkrywczym. Twórcy poszli na łatwiznę. Zebrali najlepsze elementy "Shadows of Mordor", serii "Far Cry" i "Assassin's Creed" i połączyli je w jedno. Doświadczeni gracze, poczują się więc jak w domu. Max musi najpierw wsiąść do balonu, by wykryć z niego posterunki wroga. Po ich zdobyciu spada ogólne zagrożenie w regionie, co daje nam dostęp do nowych elementów do samochodu. W przeciwieństwie jednak do "SoM" czy "Far Cry", "Mad Max" nie jest grą obliczoną na skradanie. Tu nie krążymy przez kilkadziesiąt minut dookoła obozu wroga, próbując upolować pojedynczych wrogów.

Max załatwia sprawę inaczej - najpierw likwiduje przy pomocy strzelby, taranowania, czy samochodowego harpuna obronę przedpola, a potem wysiada z samochodu i załatwia całą sprawę pięściami. Styl walki jest zaś żywcem ściągnięty z Batmana - jeden przycisk pada odpowiada za ciosy, drugi za uniki. Sprawa jest prosta i w miarę łatwa. Zdrowie się nie regeneruje jednak samo. Jeśli porządnie oberwiemy, uzupełniamy pasek życia wodą z manierki. Ją z kolei można napełniać tylko w kilku miejscach.

Po drodze od obozu, do obozu znajdujemy drobne lokalizacje, w których ukryty jest złom (waluta gry), pojedyncze zdjęcia, pokazujące jak wyglądał kiedyś świat i części do projektów pozwalających rozbudowywać fortece. Umożliwiają one darmowe uzupełnianie zdrowia, czy amunicji, czy też automatycznie zebrać złom ze zniszczonych pojazdów.

Walka w obozach to bowiem jedno - na bezdrożach czegoś, co było bowiem kiedyś dniem oceanu, a w grze jest areną zmagań, panuje większe bezprawie niż na polskich drogach. W samochodach, które wyglądają gorzej, niż to co przyjeżdża z Niemiec na lawetach, pędzą bojówkarze lokalnych watażków, którzy chcą zniszczyć wszystko, co nie nosi ich barw. Można przed nimi uciec, ale to oznacza stratę kilku kawałków cennego złomu. Lepiej więc je zniszczyć. Można to zrobić na wiele sposobów - odstrzeliwując zbiornik paliwa, wyrywając harpunem kierowcę z pojazdu, przebijając koła czy też po prostu zderzając się z przeciwnikiem.

Graficznie "Mad Max" urzeka. Owszem, nie jest tak piękny, jak "Wiedźmin 3", ale znakomicie oddaje umierający świat. Zardzewiałe resztki okrętów, obozy zbudowane z resztek kontenerów i blach, do tego sama pustynia wygląda świetnie. Mamy też tryb dzień/noc, a od czasu do czasu pojawiają się burze piaskowe. Jeśli zaś chodzi o wymagania techniczne to w 1440p na GTX 980 Ti i maksymalnym poziomie detali gra potrafi bez problemu utrzymać 60 FPS.Do tego, w przeciwieństwie do Batmana, mamy naprawdę niezłą ilość graficznych opcji, które pozwolą dostosować grę do mocy posiadanego komputera. Jeśli do tego dodać to, że myszą i klawiaturą da się grać tak dobrze, jak padem to dostaliśmy naprawdę niezły port z konsoli.

Czy "Mad Max" to gra idealna? Nie. Ma swoje wady - zbieranie złomu, odkrywanie nowych miejsc staje się po pewnym czasie bardzo monotonne. W każdym regionie musimy bowiem powtarzać te same czynności. Do tego, jak już wspomniałem, nie ma tu nic, czego nie byłoby w innych grach. Sama fabuła także nie należy do najbardziej wciągających. A jednak "Mad Max" ma w sobie to coś, co sprawia, że o 2 rano mówimy sobie no to jeszcze sprawdzę, co kryje się w tym miejscu. To mocny średniak, który sprawi dużo przyjemności.