Ludzie z Dice postanowili stworzyć najlepiej wyglądającą grę ze świata Gwiezdnych Wojen, jaką kiedykolwiek wydano. Użyli więc techniki fotogrametrii - tereny planet, na których walczymy zostały stworzone na podstawie zdjęć scenerii, w których kręcono filmy. To sprawiło, że wszystkie mapy wyglądają rewelacyjnie - każdy fan serii doceni, jak wygląda księżyc Endora czy Kanion Żebraków na Tatooine. Równie świetny jest dźwięk - filmowa muzyka w połączeniu z wojskowymi komunikatami i idealnym przeniesieniem charakterystycznych dźwięków broni sprawia, że czujemy się tak, jak Han Solo walczący z Imperium o generator tarczy w "Powrocie Jedi".

Świetna grafika nie oznacza jednak potwornych wymagań sprzętowych. W trybie "ultra" w rozdzielczości 2560x1440 980 Ti wyciąga ponad 80 klatek na sekundę - gra działa jednak świetnie także na starszych kartach. Radeon 290X potrafi zapewnić rozgrywkę w tempie 60 klatek na sekundę, co wystarczy, by cieszyć się płynną zabawą.

Zanim jednak przeniesiemy się w sam środek akcji, warto wspomnieć o trybach gry. Ludzie z Dice naprawdę się postarali, wymyślając scenariusze. Mamy choćby do dyspozycji prosty deatchmatch, w którym 10 rebeliantów walczy z 10 szturmowcami, a wygrywa drużyna, która zabija więcej wrogów. Kolejnym wyzwaniem jest "polowanie  bohatera" - 7 graczy i jeden, który wciela się w filmową postać (Hana Solo, Bobę Fetta, Dartha Vadera, Imperatora, księżniczkę Leię czy Luke'a Skywalkera). Gracz, który zabije bohatera, sam się nim staje i korzystając ze specjalnych zdolności musi zabić pozostałych. Z kolei w "bohaterowie kontra złoczyńcy", drużyna musi ochronić swoje filmowe postaci, a zabić te, które pojawiły się w przeciwnej ekipie.

Następną opcją rozgrywki jest polowanie na droidy - trzeba przejąć kontrolę nad 5 robotami. Która drużyna tego dokona, wygrywa. Następne dwa tryby rozgrywki także opierają się na podobnych zasadach. W "zdobądź ładunek" należy znaleźć skrzynie i przenieść je do swojej bazy. Z kolei w "strefie zrzutu" z orbity na powierzchnię planety spadają cenne ładunki, które trzeba zabezpieczyć przed drużyną przeciwną.

Trzy ostatnie tryby gry to "eskadra", gdzie 10 imperialnych pilotów zmaga się w powietrznych pojedynkach z rebeliantami, "atak maszyn kroczących", w której należy eskortować (lub powstrzymać) słynne AT-AT oraz "supremacja", w której przy użyciu wszystkich dostępnych pojazdów i bohaterów mamy do opanowania kilka punktów na mapie. Jak widać, każdy znajdzie tu coś dla siebie.

W przeciwieństwie do serii "Battlefield", w tej grze nie ma klas postaci - tworzymy tylko imperialnego szturmowca albo rebelianckiego terrorystę. W miarę zdobywania kolejnych poziomów, możemy kupić kolejne bronie i zdolności - nie ma więc problemu, by w jednej misji być snajperem, a w drugiej pełnić rolę grenadiera. Jest to duże uproszczenie rozgrywki, na które część fanów sieciowych strzelanek mocno narzeka na internetowych forach. Można by to jeszcze wybaczyć, gdyby twórcy gry w zamian zasypali graczy ogromnym arsenałem broni. Tu niestety nie jest już tak różowo. Po kilku dniach intensywnego wybijania przeciwników w trybie lądowym narasta w człowieku chęć wyruszenia w bój z palcem na gnacie bardziej wypasionym niż wszystkie pozostałe. Oczywiście im wyższa ranga i większa sakiewka z kredytami, tym lepszy można zdobyć blaster lub gadżet pomocny na polu bitwy, jednak w grze nastawionej głównie na walkę przydałoby się coś więcej. Świetnym rozwiązaniem byłoby na przykład włączanie raz na jakiś czas jakichś niesamowitych rodzajów broni, tak na zachętę, żeby wzmóc uczucie frajdy. No ale cóż, pomarzyć dobra rzecz. Trzeba sobie radzić tym, co fabryka EA dała.

Na szczęście sama rozgrywka jest fajna. Wszystko wygląda tak, jak na filmach. Olbrzymie maszyny kroczące posuwają się wzdłuż Kanionu Żebraków, gdy piechota wspina się po skałach i toczy walkę o kolejne satelitarne punkty łączności. Po chwili nad AT-AT pojawiają się Y-Wingi i śnieżne ścigacze rebeliantów, które jednak nie mają szans na dotarcie do imperialnych machin - zostają przechwycone przez myśliwce Tie i zamieniają się w kupę złomu. Gra daje to uczucie, którego chciał doświadczyć każdy fan sagi Star Wars - jak to by było, gdyby być w samym środku wojny Imperium z rebelianckimi zdrajcami.

Podobnie wygląda walka w przestrzeni - tam mamy eskortować własne transportowce i niszczyć pojazdy wroga. Maszyny Tie są zwrotniejsze od rebelianckich X-Wingów czy A-Wingów, są jednak znacznie mniej wytrzymałe, dlatego ci, którzy walczą po stronie Imperium nie mogą zbyt długo lecieć w linii prostej. Nagłe zwroty, wykorzystywanie terenu, czy grupowy atak jest jedyną szansą na zwycięstwo. Z kolei zasiadając za sterami myśliwca Sojuszu, mamy pewność, że przetrwamy kilkusekundowy ostrzał i spokojnie możemy celować do przeciwników.

Niestety, skoro Gwiazda Śmierci miała wady, to "Battlefront" też nie jest idealny. Po pierwsze mapy są za małe. Jasne, wynika to z ograniczenia konsol, na których ta gra powinna dawać takie same wrażenia jak na mocnych pecetach. Nie zmienia to jednak faktu, że kto grał w "Battlefield 4", będzie rozczarowany wielkością terenu starcia czy ilością graczy. Również sterowanie padem w wersji na konsole początkowo może przyprawić o zgrzytanie zębów. Zanim się człowiek przyzwyczai do przypisanych na stałe przycisków uruchamiających dodatkowe funkcje postaci, jak choćby genialny plecak skokowy, można osiwieć ze zgryzoty. Zwłaszcza gracze wychowani na zabijaniu wrogów za pomocą myszy początkowo mogą się czuć rozczarowani. W tym wypadku dobrze sprawdza się stare powiedzenie, że trening czyni mistrza. Na szczęście o wiele więcej frajdy nawet mniej doświadczonym konsolowym graczom daje pilotowanie myśliwców. Tutaj wielki ukłon dla twórców "Battlefronta" za wyraźne zróżnicowanie możliwości każdego latającego sprzętu. Świetnie zachowuje się zwłaszcza mały A-wing. W dobrych rękach może pokazać swoją zwinność (zwłaszcza w obłędnych pętlach zawijanych tuż nad skałami) i przyprawić o zawrót głowy niejednego pilota myśliwca klasy Tie.

Z "konsolizacji" gry wynika też problem ze sterowaniem w wersji pecetowej - nie da się przypisać przycisków joysticka, a bez niego tryb eskadry to nie to samo. Działa tylko przycisk spustu i ster kierunkowy, namierzanie wroga, przepustnica i manewry unikowe musimy włączyć klawiaturą. Latanie zaś na padzie i myszy bywa... irytujące. Zresztą widać to po statystykach, wyświetlanych na koniec walki. Do tego, zamiast baz pojazdów, w których każdy może sobie sam wybrać, czym chce się poruszać mamy, umieszczone na całej mapie "znajdźki". Kto je odkryje pierwszy, ten lepszy... cała reszta nie ma zaś szans walczyć w maszynach.

A jeśli już jesteśmy przy samej walce, to musimy wbić małą - ale ostrą - szpilkę twórcom gry. Zdarzało się (dwa albo trzy razy w trakcie testu, ale się zdarzyło), że podczas zmagań drużynowych w sieci gra zacinała się na sekundę, po czym nawet po szybkim odbiegnięciu postać pojawiała się w miejscu, gdzie nastąpił ten zgrzyt. Mowa o wersji na konsole, na pececie nie zaobserwowaliśmy tej dziwnej "zwiechy". Być może wynikało to z problemów z przepełnionymi serwerami, ale nawet tak z pozoru nie znaczący drobiazg może być denerwujący, zwłaszcza jeśli gra samoczynnie cofa gracza prosto pod lufę przeciwnika.

Kolejną wadą jest brak wyboru strony, po której chcemy grać. Jeśli na jednej mapie byliśmy dzielnym imperialnym szturmowcem, to na drugiej musimy być rebelianckim terrorystą - nie da się zmienić przypisania do strony walki. Innym problemem jest też brak możliwości wyboru serwerów. "Battlefront" nie ma kampanii przewidzianej dla jednego gracza. Owszem, możemy pograć z botami, ale naszych potyczek nie łączy żaden wątek fabularny. Ta gra jest więc czysto sieciową rozgrywką. Samo Dice zadbało o inny problem - są na razie dostępne tylko cztery mapy - Hoth, Sullust, Tatooine i Endor i po krótkim czasie znamy je już na pamięć. Na szczęście wkrótce pojawi się planeta Jakku, a niebawem powinniśmy dostać kolejne mapy.

Część graczy odrzuci jednak od "Battlefronta" nie mało map, czy "konsolizacja", a cena. W wersji na PC gra kosztuje 180 złotych (na konsole jest o 100 droższa), do tego trzeba nabyć "przepustkę sezonową" za kolejne 180 złotych. To może być dla wielu bariera nie do przeskoczenia.

Pomijając jednak kwestię ceny i pewnych problemów weteranów PC, to nie da się u kryć faktu, że "Battlefront" wciąga jak bagna na Dagobah. Jeśli ludzie z naszej drużyny współpracują ze sobą, by wypełnić cele misji, to czujemy się częścią wielkiego, galaktycznego konfliktu (jeśli nie, to dla zorganizowanego przeciwnika jesteśmy jak szturmowcy dla Ewoków). Owszem, trzeba się przyłożyć, by nauczyć się map i poznać silne i słabe strony bohaterów i pojazdów, ale naprawdę warto. Jeśli ktoś kocha "Gwiezdne Wojny" i sieciowe strzelanki oraz chce poświęcić się służbie Imperatora, walcząc z terrorystami Sojuszu, to nie znajdzie lepszej gry (a jeśli ktoś chce być Rebeliantem, to też polecamy "Battlefronta").