Tegoroczny "Call of Duty" odchodzi od realistycznych zmagań znanych z serii "Modern Warfare". Tym razem, walczyć będziemy na powierzchni Wenus, Marsa czy w przestrzeni kosmicznej. Wcielamy się bowiem w porucznika Nicka Reyesa, który dostaje polowy awans na dowódcę jednego z ostatnich okrętów ziemskich sił, który musi powstrzymać armię separatystycznych kolonistów Marsa.

Porucznik, a w zasadzie kapitan Reyes z początku jest idealistą, który wierzy, że celem dowódcy jest przywieźć wszystkich swoich żołnierzy z misji, a poświęcenie życia jego lub jego podkomendnych to błąd. Wkrótce jednak kolejne scenariusze kosmicznego frontu sprawią, że kapitan mocno zmieni swe nastawienie. Szkoda tylko, że wzorem hollywoodzkich produkcji, chwalących dzielnych żołnierzy "dobrej strony", nic nie mówią o tych "złych". Wiadomo tylko, że są fanatykami, zamienili podbite planety i księżyce w obozy pracy, a ich dowódca jest bezlitosnym zabójcą. Dlaczego jednak się zbuntowali i dlaczego chcą zniszczyć siły ziemskie? Tego gra nie wyjaśnia. Wiemy tylko, że musimy z nimi walczyć.

W porówaniu z poprzednimi częściami, w "Infinite Warfare" sami decydujemy o postępie kampanii - oprócz scenariuszy głównych mamy bowiem do wyboru misje poboczne, polegajace albo na walce myśliwców w przestrzeni, albo na zdobyciu prototypu z wrogiego okrętu. Dzięki tym zadaniom rozbudowujemy zbrojownię okrętu oraz zdobywamy nowe zdolności - jak choćby szybsze leczenie. Dlatego też, zanim zaczniemy grać w misje kampanii, lepiej skończyć wszystkie poboczne zadania, co znacznie ułatwi grę.

Rozgrywka lekko się zmieniła. Tym razem możemy wykorzystać kosmiczną przestrzeń i próżnię - wystarczy rozbić panele widokowe, by nagła różnica ciśnień wyssała wrogich żołnierzy. Dostajemy też do dyspozycji granaty antygrawitacyjne, które likwidują grawitację w miejscu wybuchu. W naszej zbrojowni znajduje się też broń automatyczna, czy zwykłe karabiny.

Misje są, jak przystało na "Call of Duty", niezwykle widowiskowe. Ataki na kosmiczne porty czy wrogie okręty pełne są eksplozji i przypominają całkiem niezły film SF. Także scenariusz, choć nie tak dobry jak w Titanfall 2, jest o niebo lepszy od Black Ops 3 - to moim zdaniem najlepsza część serii od "Modern Warfare 1". W niektórych zadaniach zasiadamy także za sterami kosmicznego myśliwca. Walka jest prosta - wystarczy przytrzymując prawy przycisk myszy zablokować cel w polu widzenia, a autopilot dokładnie wyceluje broń naszego myśliwca. Wtedy wystarczy tylko nacisnąć spust.

Jeśli chodzi o wymagania, to nowy CoD nie ma zbyt wygórowanych. W rozdzielczości 1440p, 980 Ti wystarczy by osiągnąć ponad 80 klatek na sekundę. Tekstury są ładne, a przestrzeń kosmiczna wygląda filmowo.

Podsumowując - nowy "Call of Duty" trafił na rynek w bardzo złym momencie - tuż po premierze "Titanfall 2" i "Battlefield 1". Jeśli chodzi o tryb dla pojedynczego gracza, to przegrywa z Titanfallem, który ma lepiej napisaną kampanię, a w trybie dla wielu graczy jest gorszy od symulatora pierwszej wojny światowej. To jednak nie znaczy, że jest grą złą. Polubią ją zarówno fani serii, jak i ci, którzy pierwszy raz w życiu sięgną po "CoD".

*Grę w wersji PC dostaliśmy do testów od firmy Kinguin