Fani figurkowej gry bitewnej Warhammer 4000 nie mają szczęścia do gier komputerowych. Poza serią strategii Dawn of War, reszta prób przeniesienia rozgrywki na komputery kończyła się niepowodzeniem. Teraz do gry wkraczają programiści ze Streum on Studio ze swoją taktyczną strzelanką "Space Hulk: Deathwing". Fabuła gry zaczyna się, gdy do kłębowiska wraków kosmicznych okrętów wkraczają terminatorzy pierwszej kompanii zakonu Mrocznych Aniołów. Ich cel? Eksterminacja obcych i odzyskanie pradawnych artefaktów. 

Początek wygląda naprawdę obiecująco - maszerujemy razem z oddziałem przez gotyckie wnętrza okrętu, słysząc tylko z daleka jak genokrady przemykają się tunelami wentylacyjnymi, szykując zasadzkę. Tekstury są bardzo dobrej jakości, a wnętrza oświetlane tylko przez świece, czy stare lampy budują klimat. Potem jednak atakują nas potwory i... czeka nas pierwsze rozczarowanie. Wbrew uniwersum WH40K, genokrady są tępe jak but, a ich zdolności - w porównaniu z grą figurkową - zostały mocno osłabione. Do tego ich jedyną formą ataku jest bieg i skok - nie próbują się ukrywać, unikać ognia naszych terminatorów, czy atakować z kilku stron naraz. Każda grupa atakuje według tego samego schematu. Wystarczy więc wcisnąć lewy przycisk myszy i wyładowywać kolejne magazynki w stronę wrogów. Niestety budowie atmosfery grozy nie pomaga nieskończona ilość amunicji. Nie ma rozpaczliwego biegu w stronę najbliższej zbrojowni, by uzupełnić zapasy pocisków i walki o każdy metr pokładu okrętu.

Do tego nasi kompani z oddziału są równie tępi, co potwory - w zasadzie jedyne dwa rozkazy, jakie im wydajemy to "ulecz mnie" i "podążaj za mną" - wszelkie inne rozkazy kończą się źle. Nie mówiąc już o tym, że wydawanie poleceń za pomocą kręgu komend, sterowanego myszą jest strasznie niewygodne. Owszem, można rozkazy przypisać do klawiszy klawiatury, ale od czasu do czasu przypisane przyciski się resetują.

Największym jednak problemem gry jest fatalny układ map. Owszem, są one duże, jednak główne zadania obejmują jedynie ich fragment. Gra nie daje nam żadnej zachęty, by zwiedzić pozostałą część wraków. Owszem, możemy tam znaleźć artefakty, ale one nie wpływają na umiejętności naszych marines, nie ma więc sensu ich szukać. Cała para programistów poszła więc w gwizdek.Nie mówiąc już o tym, że zadania są prymitywnie proste  przejdź z punktu A do B, blokując za sobą drzwi, by odciąć posiłki genokradom, potem wciśnij przełącznik albo spal gniazdo potworów. Po rewelacyjnym Titanfall 2 nie tego oczekujemy na koniec 2016 w grach FPS.

Dobrze odwzorowano za to broń i sposób poruszania marines, mających na sobie "taktyczny pancerze dreadnoughta", popularnie zwanymi pancerzami terminatora.Chodzą wolno - nie ma mowy o wspinaniu się po drabinkach, czy przeskakiwaniu przez dziury. Tu jesteśmy chodzącym czołgiem, uzbrojonym w broń ciężką, taką jak działka plazmowe, maczugi, miotacz ognia czy szturmowe działko gatlinga. Do tego, jako że nasz bohater jest kronikarzem zakonu, może korzystać z mocy psionicznych. Całych kilku, które długo się ładują i zadają minimalne obrażenia. Są więc jedynie uzupełnieniem głównej broni, a nie - jak w grze figurkowej - głównymi zdolnościami bohatera.

Jeśli chodzi o wymagania sprzętowe - w 1440p i ustawieniach ultra, 980 Ti wystarczy by utrzymać 60 klatek na sekundę. Dopiero w ostatnich momentach każdej misji, gdy następuje dziki szturm genokradów na nasze pozycje i pojawia się jednocześnie na ekranie kilkadziesiąt potworów, gra zwalnia do 40 FPS.

Podsumowując. "Space Hulk: Deathwing" okazał się kolejną nieudaną grą z uniwersum WH40k. Przez błędy, fatalną sztuczną inteligencję przeciwników i marines z oddziału, kiepski design poziomów, nie można przyznać tej grze więcej niż 4/10. Fani Mrocznych Aniołów mogą dorzucić sobie jeden punkt do oceny. Z kupnem tej gry poczekajcie, aż będzie w promocji za kilka euro i dopiero, kiedy większość błędów zostanie naprawiona.

Grę do testów przekazała firma Kinguin.