Inicjatywa Andromeda w założeniach była piękną ideą. Po pierwszej wojnie ze Żniwiarzami, w której Suweren i gethy prawie doprowadziły do zagłady rozumnych ras, powstał pomysł przeniesienia naszej cywilizacji do odległej galaktyki. Statki – arki miały przewieźć na specjalnie wybrane światy tysiące zahibernowanych kolonistów, którzy na miejscu odtworzyliby naszą cywilizację.

Wszystko poszło jednak nie tak. Światy, które miały być idealne do rozwoju cywilizacji, okazały się nie do zasiedlenia, arki się pogubiły, nowy dom wcale nie jest pusty, a jego lokatorom bardzo nie podobają się goście.Ludzkość (i inne rasy) po 600 latach podróży znów musi walczyć o przetrwanie.

I tu do akcji wkracza gracz. Jako Pionier (lub Pionierka), bohater odpowiada za znalezienie nowych światów, przystosowanie starych oraz odnalezienie reszty kolonistów. Do dyspozycji dostajemy niewykrywalny statek, bardzo przypominający Normandię (tylko, że nieuzbrojony) oraz planetarny łazik.

Mimo, że akcja dzieje się w nowym świecie, wiele elementów zostało starych - system walki jest praktycznie bardzo podobny do poprzednich części – używamy mocy biotycznych, bądź technologii, choć głównym narzędziem masakry i tak pozostaje broń palna. W walce wspiera nas dwoje towarzyszy, którym możemy wydawać podstawowe komendy.

Nowością w Andromedzie są za to elementy przeniesione żywcem z Dragon Age: Inkwizycja. Możemy na mapie galaktyki wysyłać zespoły komandosów do specjalnych zadań, które przynoszą nam walutę i surowce. Broń czy pancerze nie tylko możemy odnaleźć, czy kupić, ale także opracować na podstawie danych badawczych.

Swój czas nasz bohater dzieli pomiędzy interakcje z załogą na statku kosmicznym, na stacji kosmiczne Nexus oraz badaniem planet. Planety są przepiękne. Każda wygląda zupełnie inaczej – czy to lodowe pustkowia Voeld, czy sielskie klimaty Eos. Na każdej z nich, obok głównego wątku fabularnego, mamy pełno zadań pobocznych – od prostych „pojedź do punktu A, wystrzelaj wrogów” do łatwych zagadek logicznych w stylu kosmicznego sudoku. Do tego mamy poszukiwanie minerałów, dzięki którym możemy ulepszać broń i pancerze.

Wątek fabularny jest całkiem rozsądnie napisany, choć rozmywa się w ilości zadań dodatkowych. Bohaterowie niezależni i nasi załoganci także mają interesującą historię i linie dialogowe. Jest też wiele nawiązań do poprzednich części gry - choćby jedna z naukowców, która twierdzi, że oburzona jest wydawaniem kredytów na Projekt Łazarz, który i tak nie zadziała (tymczasem to dzięki Łazarzowi, komandor Shephard został w drugiej części ME przywrócony do życia).

Jeśli chodzi o grafikę gry, to z jednej strony mamy przepiękne krajobrazy planet czy rewelacyjnie renderowany wszechświat. Z drugiej strony, twarze postaci i animacje ruchu są złe. Bardzo złe. Nawet Mass Effect 2 miał to lepiej zrobione - Miranda Lawson wygląda dużo lepiej niż Cora czy inne bohaterki. Tu projektanci gry się nie popisali i miejmy nadzieję, że pierwsze poprawki zmienią te tekstury.

Gra korzysta z silnika Frostbite, znanego z BF1, jednak ma dużo wyższe wymagania sprzętowe. Przy wszystkich parametrach graficznych ustawionych na „ultra” i w rozdzielczości 1440p moja 1080 Ti podkręcona na 1900 MHZ w połączeniu z 16GB RAM 2133 MHz oraz 4790K podkręconym do 4,7 GHz, ledwo daje radę osiągnąć 60 klatek na sekundę (a czasami ilość FPS potrafi spaść do 50).

Podsumowując – Mass Effect Andromeda to świetna gra o eksploracji kosmosu. Odkrywanie nowych planet i zwiedzanie ich powierzchni jest naprawdę fajne i dużo lepsze niż podróże w ME1. Wątek fabularny i zadania poboczne są całkiem niezłe, choć między kolejnymi misjami głównej linii są dość duże przerwy i łatwo zapomnieć, o co chodzi. Poważnym minusem są za to tekstury twarzy czy animacje ruchu postaci. Nie zapominajmy też o bardzo wysokich wymaganiach sprzętowych. Czy warto? Jeśli podobało się wam Dragon Age Inquisition, to Andromeda też będzie dla was dobrą grą, bo wiele mechanizmów rozgrywki żywcem zaczerpnęła z podróży po Thedas.