Akcja gry zaczyna się tuż po wydarzeniach z pierwszej części. Talion razem z duchem twórcy Pierścieni - Kelebrimborem postanawiają wykuć nowy Jedyny Pierścień, by za jego pomocą przejąć kontrolę nad orkami i pokonać Saurona. Coś jednak idzie nie tak i strażnik musi skorzystać z pomocy pajęczycy Szeloby (w grze przyjmującej postać ponętnej brunetki). Jak widać, scenariusz gry mocno odbiega od tego, co znamy z prozy Tolkiena. Najwięksi fani utworów brytyjskiego pisarza będą się w niektórych momentach (nie chcę zdradzać fabuły) łapać za głowę, bo pewnych rzeczy nie wymyśliłby nawet człowiek pod wpływem dopalaczy.

Sama gra nie wnosi do gatunku gier z otwartym światem niewiele nowego. Dalej korzystamy ze starego schematu – wejdź na wieżę, co odblokuje główne misje i pokaże, gdzie są misje dodatkowe i przeróżnego rodzaju "znajdźki". Jeśli chodzi o rzeczy dodatkowe, to możemy wziąć udział w bitwach ze wspomnień Kelebrimbora, odnaleźć wspomnienia Szeloby, które potem odkryją całą prawdę o związkach pajęczycy z Sauronem (fani Tolkiena znów wyciągną widły i pochodnie) oraz gondorskie artefakty. Zebranie tych rzeczy nie jest obowiązkowe, ale dają one nam dostęp do potężniejszego sprzętu oraz do nowych umiejętności, warto więc się nad nimi pochylić.

Jeśli chodzi o system walki, tu także nie ma zmian. Dalej to ten sam, znany z Batmana. Gdy przeciwnik atakuje, gra sama sugeruje, by wcisnąć przycisk kontry. Do tego mamy ataki specjalne i ciosy zwykłym mieczem.

Zmieniono za to rozwój postaci. Tym razem nie możemy mieć – jak w pierwszej części – wszystkich włączonych udogodnień. Teraz każda główna umiejętność ma do wyboru trzy dodatkowe cechy, z których możemy wybrać jedną – np. przyzywanie potworów pozwala nam wezwać grauga, karagora, albo smoka. Ale nigdy tych trzech bestii na raz.

Rozbudowano też system Nemesis, który w sumie wygląda, jak połączenie The Sims z Pokemonami. Otóż możemy przejmować kontrolę nad wodzami orków i potem, poprzez wysyłanie ich na misje, bądź pojedynki z innymi wodzami sprawić, by zostali przybocznymi oficerów fortec Saurona. Gdy mamy już zebranych wszystkich przybocznych, możemy nakazać im zdradę wodzów, co ułatwi zdobycie fortec.

Fortece potrzebne są nie tylko w głównym wątku, ale także, po zakończeniu wszystkich misji włącza się dodatkowe zadanie – tzw. wojna cienia, w której musimy bronić naszych fortec przed atakami armii Saurona. Jeśli się nam to powiedzie (a jest to dość trudne zadanie), będziemy mogli obejrzeć ukryte zakończenie, które wiąże wydarzenia gry z akcją filmu.

Jeśli zaś chodzi o kwestie techniczne, to Shadow of War nie jest ucztą dla oka. Nawet w najwyższych ustawieniach graficznych i przy uruchomieniu zestawu tekstur wysokich rozdzielczości, gra nie wygląda równie dobrze, co choćby Destiny 2. Z drugiej jednak strony, to sprawia, że na moim Ryzenie 1700@3,9 GHz i 1080 Ti @1950 MHz w rozdzielczości 2560x1440 mogłem osiągnąć powyżej 80 klatek w najwyższych ustawieniach grafiki.
Świetnie za to opracowano dźwięk – muzyka jest w porządku, ale najweselsze są rozmowy orków. Gdy podkradniemy się do ich obozowiska słyszymy, jak komentują zdarzenia z głównych misji fabularnych itp.

Podsumowując. Shadow of War to gra średnia. Do gatunku tego typu rozgrywek nie wnosi nic nowego. To jednak solidny średniak, który spodoba się fanom tego typu gier. Na pewno ci, którzy znają na pamięć wszystkie dzieła Tolkiena i są w stanie z pamięci wymienić wszystkichpotomków Feanora, będą mocno zaskoczeni fabułą. Z drugiej jednak strony, pomijając scenariusz, można odwiedzić lokacje Mordoru znane tylko z filmów i książek, jak choćby forteca w Cirith Ungol, w której więziono Froda, czy stanąć u stóp Góry Przeznaczenia na równinach Gorgoroth.

Obie te grupy powinny jednak poczekać na przecenę „Shadow of War”. Bo w miesiącu, w którym wyszło Assassin’s Creed: Origins, Wolfenstein 2 czy Destiny 2, są lepsze gry, które możemy kupić za cenę produkcji Warner Bros.

Kinguin.net