"Wolfenstein: New Colossuss" zaczyna się tuż po wydarzeniach z poprzedniej części. B.J budzi się ciężko ranny na pokładzie okrętu podwodnego Eve’s Hammer atakowanego przez siły specjalne III Rzeszy pod dowództwem generał Engel.

Już w pierwszym przerywniku filmowym widzimy, jak świetnie twórcy oddali paranoję hitlerowców, a w zasadzie, jak uważa gra „nazistów”. Sceny między generał a jej córką świetnie pokazują paranoję i szaleństwo najwyższych dowódców wojsk III Rzeszy. A sposób w jaki twórcy przedstawili Adolfa Hitlera i jego zachowanie podczas misji na Wenus jasno dowodzą, że autorzy odrobili lekcję historii i przedstawili szalonego dyktatora tak, jak jeszcze nie pokazano go w żadnej grze.

Zresztą Wolfenstein jest jedyną strzelanką, która pokazuje różne oblicza Niemców. Żadna gra, w której byli hitlerowcy, nie zbliżyła się choćby na milę do "New Colossuss". Przykłady? Rozmowy hitlerowców, do których się podkradamy – najpierw mówią o tym, że zginął ich kolega, na którego ślubie byli niedawno, by po chwili zacząć rozmowy o egzekucjach. Są też listy, które możemy znaleźć na pokładzie Eve’s Hammer, gdzie ukrywający się Niemcy piszą, że boją się chwili, wktórej „terror Billy” ich odnajdzie i zabije, bo tęsknią za swoimi dziećmi. Jednocześnie widzimy tych samych Niemców, zabijających cywilów w gettach w USA, czy czytamy w znalezionych gazetach i listach, jak eksterminowano w USA Żydów, komunistów i "podejrzany element".

Świetnie pokazane są też podbite USA. Z jednej strony mamy ruiny Nowego Jorku, gdzie w resztkach drapaczy chmur, powyżej strefy radiacji ukrywają się resztki ruchu oporu. Z drugiej zaś mamy południe USA, które z radością przyjmuje swych okupantów. Wszędzie mamy powiewające flagi, udekorowane budynki i zadowolonych członków Ku Klux Klanu, którzy z chęcią współpracują z hitlerowcami i urządzają parady na cześć najeźdźców. To zresztą wywołało oburzenie członków Klanu i sympatyków skrajnej prawicy, którzy starają się obniżyć ocenę gry na internetowych portalach i piszą na forach, że ta gra ich oczernia.

Jak wygląda sama mechanika rozgrywki? No cóż, to standardowa strzelanka FPS. Nowością jest możliwość używania dwóch broni na raz, przy czym nie muszą one być tego samego typu – możemy np. strzelać z pistoletu i karabinu szturmowego.

Podobnie jak w poprzedniej odsłonie Wolfensteina, tu także mamy do czynienia z oficerami, którzy mogą wzywać posiłki i których trzeba zlikwidować na początku ataku. Porzucają też oni kody do maszyny Enigma, które z kolei odblokowują misje polowania na tzw uberkommandantów, czyli super dowódców wojsk III Rzeszy. Brakuje za to walk z bossami na koniec każdego etapu.
Grafika gry jest przepiękna. Nie ważne, czy to getto w Nowym Orleanie, ruiny Manhattanu czy powierzchnia Venus. Każda sceneria została dopracowana do perfekcji. Tekstury są dobrej jakości, a klimat lat 60 oddano bardzo dobrze. Równie rewelacyjny jest dźwięk – słyszymy choćby niemieckie rozkazy w trakcie walki, muzyka jest dopasowana do gry.

Jeśli zaś chodzi o wymagania techniczne, to kod "Wolfenstein: New Colossuss" jest dopracowany. Na Ryzenie 1700@4 GHz i 1080 Ti@ 1950MHz w 1440p (w zależności od rodzaju mapy) miałem od 85 do 120 FPS, a wszystko chodziło płynnie.  Trzeba tylko pamiętać o zainstalowaniu najnowszej wersji sterowników graficznych NVIDII, bo poprzednie wersje bardzo się z grą nie lubią - zmiana rozdzielczości w menu może np. spowodować reset peceta. Jednak najnowsza wersja rozwiązuje te problemy.

Podsumowując, Wolfenstein: New Colossuss jest jedną z najlepszych gier, w które grałem w tym roku. Świetnie oddany klimat, rewelacyjna grafika sprawiają, że naprawdę warto po nią sięgnąć. Nie mówiąc już o tym, że mało jest produkcji na rynku, które potrafią pokazać szaleństwo hitlerowców w taki sposób, jaki robi to produkcja wydana przez Bethesdę.

Kinguin.net