Aleksandra Kaniewska*: Pokaż mi, co lubisz w sieci, a powiem ci, kim jesteś – tak można w skrócie opisać projekt badawczy na Uniwersytecie w Cambridge, przy którym pan pracował.

Michał Kosiński**: Brzmi bardzo ciekawie, ale tak naprawdę to klasyczna metoda mierzenia różnic między ludźmi, takich jak inteligencja, osobowość czy poczucie szczęścia. Dawniej psychologowie obserwowali obiekty badań w naturalnym środowisku: pracy, domu czy w zagrodzie. I z tego wyciągali wnioski na temat ich osobowości. Dzisiaj internet pozwala nam to robić na niesamowitą skalę.

Podglądać ludzi?

W pewnym sensie. Sieć daje możliwość obserwacji miliardów osób i otwiera dostęp do niesamowitych ilości informacji na ich temat.

Czy naprawdę lajki w mediach społecznościowych potrafią określić osobowość człowieka?

Początkowo chcieliśmy sprawdzić w ten sposób proste, mierzalne cechy, np. poglądy polityczne. Ponieważ udawało się to z dużą dokładnością, zaczęliśmy dodawać kolejne cechy. I okazało się, że praktycznie wszystko, co próbowaliśmy przewidzieć – nawet to, czy rodzice danego internauty są rozwiedzeni, czy nie – udawało się odczytać z jego internetowych preferencji, jeśli nie z doskonałą, to przyzwoitą dokładnością.

Profile w mediach społecznościowych to często autokreacja, więc nie muszą być do końca prawdziwe. Ludzie w internecie zachowują się też impulsywnie. Jestem w stanie wyobrazić sobie zwolennika Partii Republikańskiej, który obserwuje na Facebooku ważnych polityków demokratycznych.

W przypadku tradycyjnych kwestionariuszy osobowości ludzie często odpowiadają na pytania strategicznie, dokładnie kontrolując swój wizerunek. Materiał zebrany w świecie cyfrowym ma tę przewagę, że jest to realny zapis zachowania człowieka, a nie jego odpowiedzi na pytania. Byłoby bardzo trudno konsekwentnie odgrywać demokratę, będąc republikaninem, szczególnie na przestrzeni długiego czasu. Oczywiście zdarza się, że niejeden republikanin odwiedza stronę internetową Baracka Obamy, żeby obserwować jego poczynania. Ale mało który polubi jego profil na Facebooku – koledzy republikanie też przecież są na FB.

Bo to byłaby deklaracja uznania?

Dokładnie. Zresztą podobne analizy dotyczą nie tylko zachowań na Facebooku. Ten portal to tylko jeden z wielu przykładów śladów internetowych, na podstawie których można określić poglądy lub cechy charakteru. Dokładny profil człowieka można też stworzyć, analizując odwiedzane przez niego strony internetowe, muzykę, której słucha, filmy, które ogląda, a nawet zapis przejazdów z biletu miesięcznego. Ogromna część tych danych jest powszechnie dostępna: mają je wielkie korporacje, małe firmy, rządy, dostawcy internetu, a nawet inni użytkownicy internetu.

A jak się to wszystko ma do ochrony wolności jednostki? Nie spotkaliście się z zarzutami, że teraz wszyscy będą chcieli analizować ludzi pod kątem ich użyteczności?

Wiele osób zdaje sobie sprawę, jak działa internet. Naukowcy zajmujący się psychologią czy naukami komputerowymi znają te metody zbierania danych i od dawna profilują użytkowników. Nikt jednak nie opublikował wcześniej wyników z tak szerokim wachlarzem prywatnych cech internautów. Kiedy nasze badanie zostało upublicznione i pisały o nim media na całym świecie, dostałem tysiące e-maili pozytywnych, a tylko jeden hate mail. I to od wielkiego naukowca, lidera w dziedzinie badań sieci, którego bardzo podziwiałem. W swoim e-mailu narzekał, że przecież wiedza o takiej analizie zachowań była pewnego rodzaju tajemnicą naukową. I że ja, oficjalnie o tym mówiąc, straszę ludzi, którzy teraz przestaną mu dobrowolnie dostarczać danych do badań. Okropny egoizm jak na naukowca.

Zgadza się pan z tym, że ludzie będą się teraz obawiać o swoją prywatność?

Odpowiem inaczej. Przypomina mi się pewna historia. Były to czasy, zanim odkryto penicylinę. Amerykańscy naukowcy badali syfilis – przeprowadzali długofalowe obserwacje, w jaki sposób ta choroba zmienia ludzi i jak doprowadza ich do śmierci. I kiedy penicylina stała się dostępna, badacze celowo nie powiedzieli o tym swoim pacjentom. Bo to by im zepsuło badanie – wszyscy by wyzdrowieli. To podobne podejście: profesor woli nie mówić ludziom prawdy, dlatego że wtedy będzie miał spory problem, aby nad nimi w tajemnicy studiować. A badania sieci otwierają nas na wiele ważnych pytań, m.in. o wolność i bezpieczeństwo danych. Ktoś musi je robić.

Bill Gates powiedział coś podobnego: jeśli do badań podejdziemy w kapitalistyczny sposób, to na szukanie panaceum na łysienie mężczyzn będzie się przeznaczać więcej pieniędzy niż na szukanie leków na malarię.

Właśnie. Wnioski wypływające z naszego badania są istotne. Przede wszystkim użytkownicy internetu powinni wiedzieć, że nawet jeśli tylko słuchają muzyki, oglądają filmy czy korzystają z portali społecznościowych, odkrywają każdemu, kto umie temu się przyjrzeć, poglądy polityczne, religijne, osobowość, preferencje seksualne, inteligencję i potencjalnie wiele innych cennych informacji.

To taki nasz ludzki kapitał 2.0, który niedługo może stać się wymierną walutą. Inni mogą chcieć nią handlować.

Dlatego ludzie muszą mieć świadomość potencjalnego niebezpieczeństwa. To pomoże im wybierać, którymi informacjami chcą dzielić się ze światem. A także zmotywuje ich do zwiększenia prywatności, a być może też wybierania tylko tych usług i firm, które oferują większą ochronę naszych danych. Tym bardziej że od technologii nie uciekniemy – ludzie nie przestaną nagle korzystać z przeglądarek internetowych czy aplikacji na telefony komórkowe.

Do czego może prowadzić niekontrolowany wyciek danych?

Wyobraźmy sobie licealistę, który zna się na komputerach i dla zabawy ściąga trochę danych z Facebooka. Mówimy o informacjach na temat nawet kilkudziesięciu tysięcy ludzi, które w sieci są na wyciągnięcie ręki. Na przykład część internautów otwarcie przyznaje się do swojej orientacji seksualnej w mediach społecznościowych. I taki licealista może zbudować prosty model, rodzaj algorytmu, który – trochę jak w naszym badaniu – przewiduje preferencje seksualne, bazując na lajkach. Później może stworzyć stronę, którą nazwie „gej-radar”. Za jej pomocą – po zalogowaniu na Facebooka – dowiemy się, którzy z naszych znajomych są gejami.

Trochę przerażająca wizja.

Tym bardziej że te wnioski wcale nie muszą być prawdziwe. A konsekwencje takiej zabawy mogą być poważne – nastolatki potrafią być bardziej okrutne niż aparat bezpieczeństwa. Dlatego zabezpieczenia prywatności w sieci są bardzo ważną sprawą.

O otwartości internetu mówi się też często w pozytywnym kontekście. To o nią walczyli młodzi przeciw umowie ACTA.

Tak – bo to także piękna sprawa. Na przykład sukces Google’a polega właśnie na dostępności danych. Podobnie działa Amazon czy iTunes, które znają nasze preferencje i same informują o lekturach czy muzyce, które mogłyby nas zainteresować. Nowe technologie są bardzo pożyteczne – dla nas, obywateli, ale i dla całego państwa, np. dla gospodarki.

Mieszka pan w Wielkiej Brytanii, która jest cyfrowo bardziej rozwinięta niż Polska, chociaż szybko doganiamy świat. Od niedawna mamy nawet specjalne ministerstwo od internetu.

Wszędzie jest podobnie: młodzi lepiej rozumieją świat wirtualny niż starsi. Z prostego powodu: oni przyszli na świat w cyfrowej wiosce. Ja urodziłem się w rzeczywistości, w której nie było wszechobecnego internetu, my nie mieliśmy mediów społecznościowych. Dlatego korzystamy z innych schematów myślowych i kulturowych. Kiedyś ludzie chodzili na prywatki – jak przesadzili z alkoholem, następnego dnia mogli iść do pracy w garniturze i pod krawatem, co najwyżej z podkrążonymi oczami. Dziś jest tak, że w każdej chwili ktoś może nam zrobić zdjęcie i umieścić je w internecie – i każdy, także pracodawca, będzie wiedział, co wyprawialiśmy. Dla najmłodszego pokolenia stała inwigilacja jest oczywistością. Ono żyje w globalnej wiosce – moim zdaniem to idealne określenie. Bo tak jak kiedyś bywało w tradycyjnej wiosce, dzisiaj nie można zrobić nic, o czym sąsiedzi by się nie dowiedzieli.

Wynika z tego, że młodzi, którzy urodzili się w sieci, lepiej od starszych wiedzą, jak kontrolować swoje zachowanie.

Trochę tak. A nawet więcej. W moich badaniach społeczności internetowych przyglądam się też temu, jak młodzi ludzie się bawią, czy są otwarci na sprawy seksu bądź narkotyków. I doszedłem do paradoksalnego wniosku: dzisiejsza młodzież jest dużo bardziej konserwatywna niż ich rodzice. Szef mojego instytutu (University Psychometrics Centre – red.), który ma 70 lat, ciągle powtarza, że jestem nudziarzem, bo za bardzo koncentruję się na pracy, a za jego czasów wszyscy potrafili się porządnie zabawić. Ja z kolei to samo mówię studentom – pamiętam, że kiedy ja studiowałem, wszyscy byli mniej poważni i bardziej rozrywkowi. Ta teza przeczy trochę myśleniu intuicyjnemu. Zdaje się przecież, że młodzi ludzie powinni być bardziej liberalni. Ale jest inaczej – stają się konserwatystami.

Chce pan powiedzieć, że internet zatrzymał albo odwrócił rewolucję obyczajową?

Może nie odwrócił, ale na pewno stworzył silne enklawy konserwatyzmu. To nawet zrozumiałe, jeśli zauważyć, że dzisiejsi 20-, 30-latkowie byli wychowywani przez ekshipisów. Kiedy patrzę na zdjęcia moich rodziców, widzę ich długie włosy, imprezy, wakacje pod namiotem. Wielki luz! A dzieci buntują się przeciwko rodzicom, więc jak ci są konserwatywni, ich dzieci będą liberalne. I dzisiaj zapewne jest odwrotnie. Dodatkowo zauważyłem, że internet jest narzędziem socjalizacyjnym. Pozwala młodym znajdować ludzi zainteresowanych tym, co oni. Z nimi można się potem spotkać w prawdziwym świecie.

Nie ma pan obaw, że online zastąpi ludziom offline?

Nie sądzę, bo alienacja to nie tylko wina internetu. Poza tym świat rzeczywisty też potrafi być niebezpieczny. Teraz dzieciaki nie siedzą godzinami na ławce przed blokiem, popijając piwo i szukając guza. Odważę się zasugerować, że być może dzięki internetowi jesteśmy po prostu szczęśliwsi i robimy mniej głupot.

*Aleksandra Kaniewska, analityk ds. polityki zagranicznej w Instytucie Obywatelskim

**Michał Kosiński, psycholog społeczny, dyrektor ds. operacyjnych Cambridge University Psychometric Centre, konsultant Microsoft Research, współautor badania o zachowaniach w mediach społecznościowych "Private traits and attributes are predictable from digital records of human behavior" opublikowanego w magazynie naukowym "Proceedings of the National Academy of Science"