Kinomaniak.tv długo święcił triumfy w polskiej sieci. Odkąd zaczął działać jesienią 2010 r., dorobił się 1,5 mln użytkowników i zanim go zamknięto – w styczniu tego roku – udostępniał ponad 100 tys. tytułów filmów i seriali. Serwis zamknięto po doniesieniu jednego z dystrybutorów filmowych, który oskarżył go o nielegalne rozpowszechnianie utworów audiowizualnych. – Śledztwo zaczęło się już latem 2012 r. Początkowo było prowadzone w Warszawie, a pod koniec 2012 r. zostało przeniesione do Olsztyna, bo to tu, jak ustalono, zamieszkują właściciele serwisu – mówi nam Mieczysław Orzechowski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie.

>>>Oglądanie filmów w sieci jest legalne? Oto opinia prawnika

Nielegalne serwisy streamingowe, czyli takie, które udostępniają linki do ukradzionych nagrań wideo (najczęściej filmów i seriali, ale także audycji sportowych), lub same te nagrania w czasie rzeczywistym bez konieczności ich ściągania przez internautów, są prawdziwym utrapieniem dla legalnych nadawców.

Cieszą się ogromną popularnością – firma Anti-Piracy Protection oszacowała, że za ich usługi płaci już rocznie 2,4 mln Polaków, co całej "branży" daje co najmniej kilkadziesiąt milionów złotych dochodu – bo internauci z nich korzystający nie łamią prawa. Nielegalne jest tylko udostępnianie materiałów bez praw autorskich, ich oglądanie już nie jest penalizowane. Jak wyliczają legalni nadawcy, takich pirackich serwisów może być w Polsce nawet około 300.

Internauci tak ochoczo z tej oferty korzystają po części dlatego, że te serwisy wyglądają – przynajmniej na pierwszy rzut oka – profesjonalnie, a że do tego pobierają opłaty za swoje usługi, to sprawiają wrażenie jak najbardziej legalnych – tłumaczył nam niedawno Igor Ostrowski, były wiceminister administracji i cyfryzacji, a dziś partner w kancelarii Dentons. Tylko we wrześniu 2013 r. zanotowano ogółem ponad 10 mln wejść na pirackie serwisy TV nadające w Polsce. O sile tego rynku świadczy też to, że w grudniu ubiegłego roku Kinomaniak.tv miał ponad 400 tys. fanów na Facebooku.

Z ustaleń zespołu wsparcia zwalczania cyberprzestępczości Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie (jednego z czterech takich wydziałów w całym kraju) wynika, że właściciele serwisu zarabiali nawet 300 tys. zł miesięcznie. Nie tylko na opłatach od internautów, ale dodatkowo na reklamach. Ci pierwsi płacili za oglądanie filmów online i ściąganie ich na własne dyski. Jednodniowy dostęp do bazy kosztował 2,5 zł, a dostęp bez ograniczeń 370 zł.

W tej sprawie zatrzymano cztery osoby, które usłyszały zarzuty składania fałszywych zeznań, uczynienia z nielegalnego rozpowszechniania utworów audiowizualnych stałego źródła dochodu oraz prania brudnych pieniędzy. Grozi im kara do 8 lat pozbawienia wolności – informuje Izabela Niedźwiedzka-Pardela z zespołu prasowego KWP Olsztyn.

Wśród czterech zatrzymanych są nie tylko współtwórcy serwisu, ale i pośrednicy, którzy odpowiadali np. za organizowanie płatności online. Sprawa jest w toku. Zatrzymanych może być więcej – nie tylko z Olsztyna, ale z całej Polski. – Kwoty, jakimi obracano z tego procederu, robią naprawdę wrażenie. Już mamy dowody na przelanie 4,9 mln zł z tego procederu do banków w Hongkongu i świadczące o próbach przelewu kolejnych 699 tys. zł i 300 tys. euro – mówi prokurator Orzechowski.

Jak się okazuje, za Kinomaniakiem stoi ogromna cyberośmiornica, siatka kontrahentów polskich, francuskich, rumuńskich czy brytyjskich. Serwis oficjalnie reprezentowany był przez firmy zarejestrowane m.in. na Karaibach czy Seszelach. Tam też miał ulokowane konta bankowe. Pieniądze z biznesu płynęły więc na Karaiby, na Seszele i do Hongkongu, a potem przez pośredników przekazywano je z powrotem do kraju i tu wprowadzano do obiegu.

Te działania są powodem wszczęcia postępowania w sprawie prania brudnych pieniędzy. Ale nie tylko Kinomaniak.tv trafił na celownik śledczych. Trwa też postępowanie w sprawie innego łamiącego prawo serwisu streamingowego – Weeb.tv. Jego serwery i właściciele mają się znajdować w Szczecinie.