Co łączy wyszukiwarkę Google (kilkanaście dni temu na kilka godzin wyłączoną w Rosji), głośny spór pomiędzy FBI a koncernem Apple, który odmówił władzom USA wsparcia w odszyfrowaniu dostępu do zawartości iPhone’a terrorysty z San Bernardino, zmuszając państwo, by za 1,3 mln dol. zatrudniło do pomocy konsultanta, polski rejestr domen służących do oferowania gier hazardowych niezgodnie z ustawą oraz chińskie plany, by do 2020 r. zostać czołowym światowym producentem procesorów? To wszystko objawy tego samego zjawiska: walki o cybersuwerenność, technologiczną niezależność i informatyczną samodzielność.

W największym serwisie społecznościowym konto ma już niemal co trzeci mieszkaniec globu. Najpopularniejsza wyszukiwarka internetowa zdobyła tak silną pozycję rynkową, że mogła zacząć jej używać do promowania własnej porównywarki cen (za co Komisja Europejska naliczyła jej ponad 2,4 mld euro kary). Okazuje się, że w zglobalizowanym świecie nawet silne gospodarki i duże państwa w zderzeniu z potentatami internetowymi zaczynają się czuć pozbawione podmiotowości. I dochodzą do wniosku, że czas zawalczyć o suwerenność – tym razem w sferze cyfrowej. Ale czy nie jest to walka z wiatrakami? Czy rządowy – lub po prostu stymulowany państwowo – produkt ma szansę wygrać z komercyjnym towarem, który już podbił rynek? Czy jest sens oburzać się na to, że administracja powszechnie korzysta z tego samego – w końcu najpopularniejszego – systemu operacyjnego na świecie?

– Idea cybersuwerenności jest wielowymiarowa. Jej podstawową zasadę można sprowadzić do konieczności zaspokojenia podstawowych praw każdego użytkownika internetu – prawa do bezpieczeństwa i prawa do wolności. Można tu znaleźć analogię do realnego świata – tłumaczy Nikodem Bończa-Tomaszewski, szef spółki Exatel, która nadzoruje światłowodową sieć rządową. – Jako obywatele oczekujemy od państwa np. zapewnienia możliwości swobodnego i bezpiecznego poruszania się po ulicy. I takie samo oczekiwanie mamy, kiedy poruszamy się w wirtualnym świecie. Z tej perspektywy najważniejszym gwarantem cybersuwerenności jest państwo, bo to ono organizuje ład publiczny – dodaje.

To, co w jego ustach brzmi prosto, wcale nie jest aż tak jednoznaczne. A przynajmniej nie jest jednoznaczne w gospodarkach, które próbują zachować otwartość, a zarazem nie pozwolić, by działania biznesu ograniczały kompetencje państwa.

Bo oczywiście są państwa, które tu specjalnych rozterek nie mają.