Wszystko zaczęło się w 2008, gdy na stronie metzdowd.com pojawił się dokument opisujący bitcoina, popisany przez Satoshi Nakamoto, a pierwsze oprogramowanie do "kopania" kryptowaluty pojawił się w styczniu 2009. Od tego momentu ludzie zaczęli zastanawiać się, kim jest tajemniczy wynalazca bitcoina.

Sam Nakamoto napisał o sobie w sieci, że jest 37-letnim Japończykiem. Wielu użytkowników uznało jednak, że żaden cudzoziemiec nie byłby w stanie opisać wirtualnej waluty tak idealnym angielskim, jakim uczynił to człowiek podpisany pod opublikowanymi dokumentami. Co jeszcze o nim wiadomo? Wyliczono, że na jego koncie jest około miliona jednostek wirtualnej waluty, a wydano z niego jedynie 500 bitcoinów.

Jednym z pierwszych tropów był Amerykanin japońskiego pochodzenia Dorian Satoshi Nakamoto. Wszystko by się zgadzało - i nazwisko i doświadczenie zawodowe - pracował bowiem przy tajnych wojskowych projektach jako programista, a potem zajął się pracą dla instytucji finansowych. Do tego mieszkał tylko kilka ulic od Hala Finneya, który jako pierwszy dokonał transakcji bitcoinem.

Jednak rewelacje amerykańskiego "Newsweeka" zostały obalone, gdy fundacja prawdziwego twórcy Bitcoina umieściła w sieci wpis: „Nie jestem Dorianem Nakamoto” (choć eksperci podejrzewają, że ten wpis to dzieło hakerów). Do tego, jego sieciowe wpisy niczym nie przypominały języka, używanego przez tajemniczego programistę z Japonii.

Oczy świata skierowały się więc na samego Finneya - uznano, że użył części nazwiska swojego "sąsiada" jako pseudonimu, do tego pierwszy zainteresował się kryptowalutą, więc musiał być jej twórcą. On sam tym rewelacjom zaprzeczał. Jak było naprawdę? Tego się nie dowiemy, bo Amerykanin zmarł w 2014.

Kolejna próba ustalenia tożsamości Nakamoto miała miejsce dopiero w grudniu 2015. Wtedy to zarówno "Gizmodo", jak i "Wired" przeprowadziły śledztwo, które wskazywało, że Nakamoto to australijski naukowiec, Craig Wright. Początkowo mężczyzna przyznał się, że kryptowaluta to jego dzieło. Późniejsze śledztwo specjalistów wykazało jednak, że kłamał i że nie ma żadnych związków między nim a bitcoinem. A jego oświadczenie miało być próbą uratowania się przed oskarżeniami o finansowe malwersacje.

Potem przewijały się kolejne nazwiska – najbardziej prawdopodobnym z nich był Amerykanin węgierskiego pochodzenia, Nick Szabo. Nie dość, że przed premierą bitcoina opisał, jak powinna wyglądać i działać wirtualna waluta, którą nazwał bit gold, to jeszcze uwielbiał pseudonimy. Do tego - jak wykazali uczeni z uniwersytetu w Aston, którzy zbadali język jakiego używał - struktura jego wpisów przypominała tę z dokumentów Nakamoto. Twardych dowodów jednak nie było, a Szabo kategorycznie zaprzeczył, jakby to on wynalazł bitcoina. Wielu internautów uważa go do tej pory jednak za twórcę bitcoina.

Ostatnią osobą, którą uznano za Nakamoto był sam Elon Musk. To przecież jeden z największych komputerowych geniuszy, który ma odpowiednie umiejętności, by stworzyć coś tak skomplikowanego, jak bitcoin. Musk jednak oficjalnie zapewnił na Twitterze, że bitcoin nie jest jego dzieckiem.

Nic więc dziwnego, że z braku dowodów i faktów, teorie wyjaśniające tożsamość Nakamoto zaczęły robić się coraz bardziej ciekawe. Część osób twierdzi, że bitcoin jest tak skomplikowaną walutą, że musiał nad nią pracować cały zespół ekspertów. Inni z kolei uważają, że to kobieta, tylko z racji tego, że w zdominowanym przez mężczyzn świecie programistów, wyśmiano by ją, przyjęła męską osobowość w sieci.

Do tego wszystkiego dołączyli twórcy teorii spiskowych. Jedni z nich uważają, że Nakamoto pochodzi od nazw czterech firm – Samsung, Toshiba, Nakamichi i Motorola. Inni z kolei uważają, że skoro „Satoshi Nakamoto” oznacza w luźnym tłumaczeniu „centralny wywiad’, to za bitcoinem musi stać CIA. Te teorie nie są jednak brane na poważnie wśród "zawodowych" tropicieli twórcy kryptowaluty.

Podobno - tak przynajmniej twierdzi amerykański przedsiębiorca internetowy i blogger Alexander Muse - jedyną instytucją, która ustaliła tożsamość Nakamoto, ale zachowuje to w tajemnicy jest NSA, działająca na zlecenie Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego. Jak bowiem tłumaczy ekspert, administracja Obamy obawiała się, że bitcoin to koń trojański Rosji albo Chin, który mógłby zniszczyć amerykańską gospodarkę. Nakazano więc specjalistom od cyberprzestępczości ustalenie, jak wygląda sytuacja.

NSA początkowo przeanalizowała maile i posty Nakamotego, tworząc specjalny "Cyfrowy odcisk palca". Potem komputer agencji sprawdzały wpisy internautów z całego świata, by znaleźć kogoś, kto używa identycznego słownictwa. Po miesiącu żmudnych prac, ustalono, kim jest ten człowiek (bądź grupa ludzi). Podobnych metod używali zresztą niezależni eksperci, jednak nie mieli oni ani dostępu do takich materiałów źródłowych, jakie zdobyła NSA, ani to superkomputerów agencji, ani do możliwości porównania wpisów w całym internecie. Mimo jednak tego sukcesu amerykańskich tajnych służb, nie jesteśmy bliżej prawdy - Muse uważa, powołując się na swoich informatorów z NSA - że służby nie ujawnią nigdy tej wiedzy.