Jeszcze do niedawna 23" calowy monitor wydawał się być standardem. Potem poszło już szybko - 27-cali, ostatnio 32... teraz Philips bije rozmiarem wszystkich, wprowadzając 40-calowy monitor o rozdzielczości 3840x2160. Na biurku Philips robi niesamowite wrażenie - po prostu zajmuje całe i przytłacza swoją wielkością. Gdy siada się przed nim, ma się wrażenie patrzenia w czarną dziurę... Naprawdę potrzeba kilku dni, by przyzwyczaić się do jego wielkości i ogarnąć wzrokiem, co się na nim dzieje.

Niestety Philips, by monitor tej wielkości mieć w przyzwoitej cenie, ostro ściął koszty. Po pierwsze, jest w nim matryca TN - a to oznacza takie sobie kąty widzenia i paletę kolorów (choć jest lepiej, niż na pierwszych matrycach TN). Po drugie, a tego jako wielki fan ekranów tej firmy, nie mogę im wybaczyć, skasowano to, co odróżniało sprzęt Philipsa od innych, czyli brak jest jakichkolwiek opcji ergonomicznych. Nie ma możliwości ustawienia kąta pochylenia, czy wysokości ekranu, co do tej pory było znakiem rozpoznawczym nawet najtańszych monitorów tej firmy. Podstawkę montujemy na sztywno śrubami i to my musimy się do monitora dostosować. W połączeniu z matrycą TN robi to pewne problemy - przy jej kiepskich kątach oglądania, by osiągnąć optymalne efekty, trzeba patrzeć na wprost ekranu. 

Po uruchomieniu, ekran wygląda dobrze - ale tylko, jeśli mamy Windows 10, Windows 8 ma bowiem fatalne skalowanie obrazu i ciężko mu dopasować wielkość ikon i tekstu do takiej rozdzielczości. Do tego, dla tego monitora wymyślono pewnie w Windows 10 funkcję przypinania czterech aplikacji do rogów urządzenia. Wystarczy wcisnąć klawisz Windows i klawisze strzałek, by cztery pełnowymiarowe okna programów wypełniły naszą "przestrzeń pracy". To naprawdę działa. Gdy jednocześnie możemy ogarnąć wzrokiem wszystkie aplikacje, na jakich pracujemy, jest łatwiej i szybciej. Szkoda tylko, że w przypadku edycji zdjęć ekran się nie sprawdzi - jak zwykle, winna temu jest matryca TN i jej odwzorowanie kolorów.

Praca pracą, a i tak większość ludzi zada pytanie, jak tak duży ekran sprawdza się w przypadku gier i filmów. W przypadku filmów jest tak sobie, bo niestety, w przeciwieństwie do telewizorów 4K, ten monitor nie ma dobrego upscalera, czyli mówiąc po ludzku nie potrafi "podbić" rozdzielczości filmu do 4K. Dopiero podłączenie odtwarzacza, który upscaler ma w siebie wbudowany sprawia, że coś się da z tym zrobić. Wtedy i tylko wtedy da się oglądać filmy w trybie pełnoekranowym.

Jeśli zaś chodzi o gry, to jest rewelacyjnie. Wiedźmin 3 czy Dragon Age:Inquisition wyglądają fenomenalnie. Człowiek czuje się tak, jakby był w samym środku akcji. Tu matryca TN się sprawdza - jest szybka, więc nie ma problemów z odświeżaniem. Nie ma jednak róży bez kolców. By grało się przyjemnie w takiej rozdzielczości, potrzeba komputera za grube pieniądze. Dość powiedzieć, że mój zestaw dwóch 970 GTX w SLI był w stanie wyciągnąć jedynie 30 klatek na sekundę w Wiedźminie 3. Podejrzewam, ze dopiero zestaw dwóch 980 Ti sprawiłby cuda.

Jak więc podsumować ten monitor? Philips BDM4065UC na pewno pomoże w pracy biurowej, będzie też dobrym sprzętem do komputera do gier - pod warunkiem, że nasz komputer jest wystarczająco mocny. Jednocześnie jednak nie ma mowy o dopasowaniu ekranu do naszych rozmiarów, bo nie ma żadnych możliwości regulacji. Jego cena też nie należy do najniższych - kosztuje ponad 2800 złotych. Na pewno nie można zapominać o konkurencji, typu monitory 34" o proporcjach 21:9, które choć trochę droższe, zapewnią równie dobre wrażenia z rozgrywki, a potrzebować będą lekko słabszego komputera.