Marki, których w Europie ze świecą szukać, specyfikacje przyprawiające o zawrót głowy. I przede wszystkim cena. Ta myśl, że właśnie zrobiło się interes życia. Że za kilkaset złotych ma się coś, co działa jak telefon dwa, trzy razy droższy. Potem kolejne napięcie – kiedy przyjdzie paczka? Po dwóch tygodniach, po miesiącu, a może jeszcze dłużej? I czy doliczą cło, czy może się uda. Myślicie, że gdy odbierzemy telefon, atrakcje się kończą? Ależ skąd. One dopiero się zaczynają. Gorączkowo staramy się sprawdzić, czy dostaliśmy oryginał, czy podróbkę. Czy to, co jest na papierze, zgadza się z tym, co telefon ma w środku. Czy wiemy, jak jest po chińsku: "wybierz język", i czy jest polski, a przynajmniej angielski. I w końcu - czy on naprawdę tak świetnie działa? Jeden telefon, kwartał podwyższonej adrenaliny. Przygoda życia. 

I wiecie jaki jest problem z takimi telefonami? W większości są dobre. Ale zazwyczaj mają jakąś jedną, może dwie wady. Dość irytujące. Najpierw mówicie sobie, że to nic, że i tak się opłaciło. W psychologii nazywa się to racjonalizacją. Ale po jakimś czasie stwierdzacie: po co się mam męczyć? Sprzedam go i kupię sobie nowy. Lepszy. Jest w końcu w czym wybierać. I tak telefon za telefonem, interes życia za interesem życia. Czy to się opłaca? To już każdy musi policzyć sam.

Są jednak takie chińskie firmy, które też postanawiają zaryzykować i samemu ruszyć na podbój świata. Jak bardzo chcą go podbić? Wszystko zależy od produktów, ale przede wszystkim od budżetów reklamowych jakie mają. Huawei czy ZTE (głównie w USA) idą na całość. Meizu? No właśnie, czy ktoś kiedyś widział jakąś reklamę Meizu? Wejście tej firmy do Europy należy określić sondowaniem rynku, zwłaszcza że telefonom, które oferuje, bliżej do tych sprowadzanych, niż kupowanych u nas w sklepach.

Meizu MX4, który trafił w moje ręce, jest dobrym telefonem. Momentami bardzo dobrym. Ale ma te dwie, trzy wady, które irytują. I wiem, że gdyby należał do mnie, to po kilku miesiącach zdecydowałbym się go sprzedać i kupić coś innego. Ale po kolei.

MX4 wygląda ładnie, ascetycznie, elegancko i trochę plastikowo. To jednak całkiem zrozumiałe, bo jego plecki wykonano z plastiku właśnie, zresztą całkiem dobrej jakości. Generalnie wygląd na plus, wstydu nie ma. Przycisk power mamy umieszczony na górnej krawędzi, co przy dużych rozmiarach (5,3 cala) mogłoby przeszkadzać, gdyby nie to, że praktycznie nie musimy go używać. Telefon możemy bowiem wybudzić na kilka sposobów: od podwójnego stuknięcia w ekran zaczynając, przez przesunięcie palcem z dołu do góry (lądujemy na pulpicie głównym), przesunięcie z góry na dół (wysyła nas do skrótu ustawień), na rysowaniu gestów, którymi możemy uruchomić konkretne aplikacje kończąc. Brzmi skomplikowanie, na szczęście wszystko jest tak intuicyjne, że można się do tego przyzwyczaić w 5 minut. Ekran wygaszamy, dłużej przytrzymując „magiczne kółeczko”, czyli przycisk home umieszczony pod ekranem. On też jest wielofunkcyjny. Służy jako dioda powiadomień, a nawet przycisk wstecz podczas przeglądania stron internetowych (wystarczy przeciągnąć palcem z dołu do góry – działa bardzo dobrze).

O tym telefonie nie można powiedzieć inaczej niż składak. Za wyświetlacz odpowiada Sharp, aparat - Sony, a procesor – MediaTek. Po kolei więc – ekran bardzo dobry. Aparat – jest taki sam (20 mpx), jak w Xperii Z3 ale działa... o niebo lepiej. Zdjęcia mają lepsze kolory, więcej szczegółów, nie są też tak jak w Z3 automatycznie zmniejszane. Do wyboru mamy wiele trybów i ustawień, wszystko podane w bardzo przyjazny, intuicyjny sposób. Filmy można kręcić nawet w 4K, ale to teoria. W praktyce telefon po prostu „nie wyrabia” a obraz się zacina. Ale na niższych ustawieniach wszystko jest w jak najlepszym porządku. MX4 w żadnym wypadku nie zaliczymy do selfiefonów. 2 mpx z przodu szału nie robią.

I na koniec procesor. MediaTeki są królami benchmarków, ale nie mają najlepszej opinii, głównie ze względu na złą współpracę z gps. W tym modelu jednak nawigacja (od googla) działa idealnie, podobnie Yanosik. Wszystkie aplikacje wczytują się błyskawicznie i działają płynnie. Ale uwaga. Niewielka, acz irytująca wada numer jeden. Kilka moich ulubionych widgetów pogodowych nie chciało się zainstalować.

Na chwilę uwagi zasługuje odtwarzacz muzyki. Meizu zaczynało od playerów mp3 i mp4, i to słychać. Jakość dźwięku jest rewelacyjna, a słuchanie muzyki na słuchawkach to czysta przyjemność. Szkoda tylko, że nie posłuchamy radia, bo go po prostu nie ma. To irytująca wada nr dwa.

Jeśli już przy irytujących rzeczach jesteśmy. Telefon ma spolszczone menu, ale można się też natknąć na chińskie krzaczki. Zdarza się także, że wytłumaczenie jakiejś funkcji po prostu nie mieści się w ramce i ucina w połowie wyrazu. Odwrócenie telefonu z pionu do poziomu nic nie pomaga. Zgodnie z zapewnieniami producenta powinien też obsługiwać LTE, ale wszystko na co go było stać, to 3G. Z siecią 4G nie chciał się połączyć. Zdarzają się też błędy w oprogramowaniu. Raz na jakiś czas telefon sam zmieniał klawiaturę z zainstalowanego Swype na systemową, dość niewygodną w obsłudze.

I kolejna rzecz: pamięć. 16 GB pamięci wewnętrznej bez slotu na karty SD to zdecydowanie za mało. Szkoda też, że pomimo tylnej zdejmowanej klapki bateria jest niewymienna. I choć spora (3100 mAh), to rozładowuje się w szybkim tempie. Na osłodę – można nagrywać rozmowy.

Na koniec cena. Za wersję z 16 GB pamięci trzeba zapłacić około 1300 zł. Jest wersja z 32 GB pamięci wbudowanej, ale ona kosztuje ok. 1600 zł. Sporo, choć mamy za to dwuletnią gwarancję w Polsce.

Pierwsze telefony Meizu, dostępne tylko w Chinach, określano mianem Iphone killerów. Teraz, gdy można je kupić też w Europie, nikt tak o nich nie mówi. I chyba wiecie już dlaczego.