Udając się na zasłużone, dwutygodniowe wakacje, postanowiłem połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli wypoczynek z pracą. 14 dni słońca, piękne baseny i Morze Czerwone z bajecznymi rafami koralowymi. W takich okolicznościach przyrody nawet perspektywa wyjazdu z całą rodziną nie wydawała mi się taka straszna. A żeby to wszystko uwiecznić, do testów zabrałem Xperię Z3 plus, kolejnego flagowca Sony, które firma wypluwa z siebie z prędkością karabinu maszynowego. To poprawiona wersja Z3, a było co poprawiać. Moje główne zarzuty do poprzedniego modelu to średniej jakości ekran i aparat fotograficzny. Jakież więc było moje zaskoczenie, gdy po uruchomieniu telefonu okazało się, że nie wyświetla on już wyblakłych, ale żywe kolory, w dodatku robi świetne zdjęcia nie tylko w dobrym oświetleniu ale też i w pomieszczeniach. Naprawdę, rzadko zdarza się, że producenci wsłuchują się w głosy użytkowników. Zazwyczaj wiedzą lepiej.

Nie zgłębiając się więc w specyfikację, zapakowałem telefon do walizki z myślą, że przy poprawionym aparacie w pełni wykorzystam jego cechę, na którą tak zwraca uwagę producent, czyli wodoodporność. I polecieliśmy.

Egipt przywitał nas, jakże by inaczej, upałem. Co prawda spodziewałem się gorąca, ale raczej 40 niż 50 stopni. Klimatyzacja w pokoju została nastawiona na 27 (strasznie zimno), a my, na początek, wyruszyliśmy na podbój basenów. Po kilku zdjęciach odważna decyzja, wskakuję z telefonem. Najpierw fotki dzieciaków lądujących z piskiem na bombę (telefon opryskany kroplami), a potem zanurzamy go na kilka chwil, by uwiecznić nurkującego syna. Już podczas pierwszych zdjęć poczułem, że słuchawka jest bardzo gorąca, ale po zanurzeniu jej w wodzie, wykonałem trzy zdjęcia i na ekranie pojawiło się ostrzeżenie o nadmiernym przegrzaniu, co skutkować będzie wyłączeniem aparatu. Ups. Wyłączyłem więc na chwilę ekran, włączyłem go, zrobiłem dwie fotki i znów pojawił się komunikat. Dobra, na pierwszy raz wystarczy.

Telefon powędrował w cień, wytarty najpierw dokładnie ręcznikiem. Zdjęcia, zarówno te podwodne jak i normalne, wyszły świetne. Tylko po godzinie telefon wciąż miał temperaturę rozgrzanego żelazka, w dodatku ciągle pojawiał się komunikat o podłączonym zestawie słuchawkowym. Taki stan trwał mniej więcej 24 godziny. Potem na szczęście wszystko wróciło do normy. Temperatura rosła nieznacznie, jeśli dla zabicia czasu pograłem w jakieś proste, wakacyjne gry, trochę bardziej, gdy przeglądałem zdjęcia, ale komunikat o przegrzaniu już się nie pojawiał. Dlatego po kilku dniach wahań zapada decyzja: testujemy wodoodporność dalej, tym razem w morzu. Kusiło mnie strasznie, bo w zatoce przy hotelu, w którym mieszkaliśmy, była łąka z trawą morską, na której 10-15 metrów od brzegu pasły się... żółwie. Widok zapierający wręcz dech w piersi, któż by nie chciał mieć tego na zdjęciu? Najpierw żona robi mały rekonesans, żółwie blisko, więc prosimy je, by chwilę poczekały, maska na twarz, aparat w górę i płyniemy. Po chwili są, więc zanurzam telefon, dwa zdjęcia, komunikat o przegrzaniu, wyłączam ekran, włączam, kolejne dwie fotki, znów komunikat, powtarzam wszystko jeszcze raz i wracam na brzeg. Zdjęcia genialne, aparat łapie ostrość pod wodą bez żadnego problemu, nic nie jest rozmyte czy rozmazane, choć oczywiście procedura ciągłego wyłączania i włączania ekranu jest dość irytująca. Efekt jednak rekompensuje wszystko. Telefon ląduje w ręczniku, wytrzepuję wodę ze wszystkich jego otworów (czyli wejścia na słuchawki i ładowarki), na wszelki wypadek go wyłączam, by po kilku godzinach stwierdzić, że wszystko z nim jest w najlepszym porządku. Irytujący komunikat o włączonym zestawie słuchawkowym się nie pojawia, temperatura w normie, choć norma dla tego telefonu jest ustawiona o kilka stopni Celsjusza wyżej niż dla innych.

Do końca wyjazdu telefon wylądował jeszcze raz w basenie. I potem niestety pojawił się problem. Bo choć działał normalnie, nie chciał się ładować. A raczej ładował się w tempie jednego procenta na godzinę, tak że podłączony przez noc do ładowarki nie był w stanie dojść do 100 procent. Po powrocie do kraju z drżeniem serca włączyłem internet i spojrzałem w specyfikację. I po dłuższej chwili, znalazłem. Dla zainteresowanych - na samym dole strony. Tłumaczenie z angielskiego dowolne: Z3+ jest wodoodporna i odporna na kurz, więc nie przejmujcie się, jeśli używacie jej w deszczu lub umyjecie pod wodą po zabrudzeniu. Ale pamiętajcie. Wszystkie wejścia i porty powinny być dokładnie zamknięte. Nie powinniście: wkładać urządzenia pod wodę: morską, słoną, chlorowaną oraz ciecze takie jak np. drinki.

No tak. Woda w basenie chlorowana, w morzu słona, a ja, jak ten matoł, zanurzałem telefon kompletnie. Dla pewności zobaczyłem jeszcze kilkukrotnie reklamę Z3 plus na youtube. I rzeczywiście, elegancki mężczyzna zasłania się smartfonem przed deszczem ledwie przez 2 sekundy, a młoda dziewczyna razem z przyjaciółmi co prawda skacze z podestu sugerującego np. jezioro, robiąc selfie, ale wcale nie jest pokazane, jak do wody z telefonem wpada. A może skaczą na łódkę albo jezioro jest wyschnięte i wody w nim co najwyżej po kostki?

Biję się więc w piersi. Wszystkiemu winna moja bujna wyobraźnia i brak wytrwałości w czytaniu specyfikacji od deski do deski. Przy okazji, choć już po czasie, przestudiowałem ją dokładnie. I ku swojemu zdumieniu stwierdziłem, że na papierze ekran jest taki sam jak w Z3, co zdecydowanie kłóci się z moim odbiorem, bo w Z3 plus wszystko widać zdecydowanie lepiej. Za to na pewno, i to zgadza się z moimi wrażeniami, poprawiono aparat fotograficzny. Z innych zmian – telefon jest nieznacznie cieńszy i lżejszy, ma też otwarte, a nie zamykane na zaślepkę, choć „wodoszczelne” wejście usb. Cena – około 2900 zł.

I na koniec – grzanie. Oto producent zastosował w tym modelu procesor firmy Qualcomm Snapdragon 810. To ta sama jednostka co w HTC m9 czy LG Flex2, znana ze świetnych osiągów okupionych bardzo wysoką temperaturą. Tak wysoką, że uniemożliwia to korzystanie ze... świetnych osiągów procesora. Dziwne, prawda? Dlaczego Sony zdecydowało się na ten krok? Z każdym innym procesorem byłby to naprawdę świetny telefon. Jedyne wytłumaczenie jakie przychodzi mi do głowy jest takie, że szefem marketingu w Qualcommie musi być ten sam Egipcjanin, który w miasteczku Port Ghalib zachęcał do wejścia do swojego sklepu, krzycząc za nami: Taniej niż w Biedronce! Kto by nie skorzystał z takiej okazji?