Wydawało by się, że w wyglądzie smartfonów trudno wymyślić już coś nowego. Bo z której strony by nie spojrzeć, zawsze wyjdzie nam prostokąt. Co prawda projektanci robią co mogą – zmieniają proporcje, zaokrąglają boki, krzywią i wyginają ekrany, by wmówić klientom, że ich telefon jest tym najzgrabniejszym, który najlepiej leży w dłoni. Jednak twórcy myPhone L-line nie zawracali sobie głowy takimi głupotami. Projektanci zafundowali nam w tym modelu powrót do przeszłości. Cofnęli nas w czasy Samsunga Galaxy S2 czy LG Optimus 2x. Mnóstwo niewykorzystanej powierzchni na górze i dole, sporo po bokach. Ale skoro sprawdzało się 5 lat temu, to w zasadzie czemu nie dziś? I to chyba dość rozsądne podejście, bo myPhone L-Line to z założenia tani, budżetowy smartfon i jeśli ktoś ma go kupić, to raczej nie dla jego urody. Tu jej nie znajdziecie.

Za to za 449 zł możecie dostać całkiem sprawnie działający smartfon z najnowszym androidem lollipop w wersji 5.1 i LTE. Do tego z plusów - dwie karty SIM, slot na kartę pamięci i mocarna bateria o pojemności 3000 mAh. Minusy to 8 GB pamięci wewnętrznej (około 4 do wykorzystania przez użytkownika), jedynie 1 GB pamięci RAM, słaby 5 Mpx aparat główny i brak podświetlenia przycisków pod ekranem. To wszystko zamknięte w małym, 4,5-calowym ekranie z niewielką, lecz wystarczającą rozdzielczością (218 ppi) i napędzane czterordzeniowym procesorem MediaTek MT6735M (14 376 pkt w AnTuTu Benchmark).

Skoro mamy już za sobą cyferki, to możemy przejść do odpowiedzi na najbardziej interesujące wszystkich pytanie: jak to działa? No więc działa... różnie. Jeśli chodzi o podstawową funkcję, czyli dzwonienie – to wszystko jest OK. Dźwięk jest czysty i wyraźny, a dual sim działa bardzo dobrze. Możemy swobodnie wybierać, z której karty chcemy zadzwonić, wysłać SMS czy odbierać internet. Sam internet działa błyskawicznie, strony wczytują się w ekspresowym tempie. Jednak kilka razy zdarzyło się, że telefon tracił z nim połączenie. Różnie działał też GPS. Zazwyczaj bardzo ładnie prowadził po ulicach Warszawy. Ale podczas weekendowego wypadu za miasto w decydujących momentach zamiast podpowiedzieć, czy skręcić w lewo, czy w prawo, spokojnie informował, że „połączenie GPS zostało zerwane”, albo po prostu milczał. W przeciwieństwie do mojej żony, która nie mogła sobie odmówić złośliwego: „Uwielbiam te twoje sprzęty”. Co ciekawe, w drodze powrotnej GPS działał bardzo dobrze, ani na moment nie tracąc połączenia i doskonale wyznaczając trasę. 

Płynność działania też nie stoi na najwyższym poziomie. Ewidentnie przydałyby się 2 GB pamięci RAM, bo smartfonowi czasem brakuje mocy, potrafi się zastanowić dłuższą chwilę przy przewijaniu pulpitów czy wybieraniu kontaktów.

L-Line nie sprawdzi się też jako konsola do gier. Co prawda zainstalujemy na nim najnowsze tytuły, jednak nie możemy mówić o jakiejkolwiek płynności rozgrywki nawet w średnio wymagających pozycjach. Trochę lepiej jest w kwestii muzyki. Na pokładzie mamy equalizer i wpinając dobre słuchawki, możemy się cieszyć niezłą jakością dźwięku. Jest także tuner FM, czyli radio.

Jeśli dla kogoś aparat fotograficzny jest jedną z ważniejszych rzeczy w smartfonie, to myPhone L-Line zdecydowanie nie jest dla niego. Szansę na przyzwoite zdjęcie mamy tylko przy dobrym oświetleniu. Jeśli niebo będzie zachmurzone lub jesteśmy w pomieszczeniu, w zasadzie nie ma po co sięgać po telefon. Co prawda mamy diodę doświetlającą, ale na dobrą sprawę lepiej jej nie używać. Daje dziwne refleksy i plamy światła w różnych punktach zdjęcia. Aparat jest umieszczony w lewym górnym rogu (patrząc na tył telefonu), a nie pośrodku, przez co dość łatwo przy okazji robienia zdjęcia można też uwiecznić swój palec. W dodatku obiektyw jest wystający, przez co bardziej narażony na zarysowania.

Ekran jest przyzwoity, a jego jasność możemy regulować automatycznie dzięki czujnikowi światła, co w telefonach za tak niską cenę nie jest zbyt częste. Możemy, ale lepiej tego nie róbmy. Czujnik reaguje bowiem z opóźnieniem, wielokrotnie po wyciągnięciu smartfona z kieszeni musiałem odczekać dłuższą chwilę, zanim ekran złapał taką jasność, by cokolwiek było na nim widoczne. Sympatycznym dodatkiem jest możliwość obsługiwania gestów, możemy wybudzić telefon podwójnym stuknięciem albo przeciągnięciem palcem z dołu do góry i te funkcje działają bardzo dobrze. Możemy też na przykład przejść bezpośrednio do aparatu, rysując na wygaszonym ekranie literkę C. Ta funkcja działa aż za dobrze. Kilka razy zdarzyło się bowiem, że aparat włączał się samoczynnie, odczytując przypadkowe gesty.

Telefon jest wykonany solidnie. Tylna klapka to oczywiście plastik a nie metal, ale spasowany bardzo dobrze, nic nie trzeszczy ani nie odstaje. Pisząc "solidnie", mam też na myśli jego wagę. 151 g to dużo, ale nie za dużo. Wynika to z użycia dużej i wymienialnej baterii. To chyba największy plus tego smartfona. Połączenie jej dużej mocy ze stosunkowo niewielkim jak na dzisiejsze trendy ekranem i małą rozdzielczością sprawia, że dwa dni intensywnej pracy nie jest dla niego żadnym problemem. Telefon jest bardzo dobrze zoptymalizowany, nie ma żadnych niespodziewanych spadków baterii, zostawiony na noc straci co najwyżej 2 proc.

Na koniec spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: czy warto? Jeżeli ktoś szuka nowego dual SIM-a z dobrą baterią i szybkim internetem, a telefonu chce po prostu używać, a nie się nim bawić – to tak. Jednak przy założeniu, że będzie mieć dla niego sporą dozę cierpliwości i dobrej woli, bo liczba niedociągnięć jest dość spora. To nie będzie wybór z miłości. To musi być wybór z rozsądku - cały czas trzeba pamiętać o niskiej cenie - 449 zł. Pewnie można znaleźć na chińskich portalach aukcyjnych telefon o podobnych parametrach za mniejsze pieniądze. Tu jednak wartością nie do przecenienia i czynnikiem, który przesądza na korzyść myPhone L-Line, jest realizowana na miejscu gwarancja.