Gdy Motorola Moto G3 debiutowała w Polsce, trzeba było za nią zapłacić ok. 900 zł. Jej starsza wersja wyceniana była na ok. 200 zł mniej. W sieci pojawiły się więc sugestie, że różnica między modelami nie jest warta tych pieniędzy i lepiej kupić Moto G2. Od tego czasu sporo się jednak zmieniło. Moto G3 jest teraz do dostania w jednym z największych sklepów z RTV i AGD za 799 zł, czyli różnica między modelami wynosi tylko 100 zł. A to zmienia sytuację.

O Moto G2 pisałem, że to niesłychanie nudny telefon. Nudny, bo beznamiętnie i niezauważalnie robi to, co do niego należy - dzwoni, wysyła sms-y, robi zdjęcia, zastępuje nam nawigację czy komputer do przeglądania internetu, a przy tym całkiem długo pracuje na baterii.

 

O Moto G3 napisaliśmy, że to bardzo dobry telefon ze średniej półki, który nie powinien nikogo rozczarować.

W porównaniu do drugiej generacji dostał on kilka usprawnień, na które jednak warto zwrócić uwagę. Zacznijmy od rzeczy najmniej widocznej, ale bardzo ważnej w codziennym użytkowaniu. To bateria. Jej pojemność urosła o 400 mAh, czyli wynosi teraz 2470 mAh. Czas pracy urządzenia zdecydowanie się poprawił, choć i tak nie był przecież najgorszy. Telefon przy włączonej transmisji danych może pracować nawet dwa dni. To bardzo dobry wynik.

Producent zastosował też nieznacznie lepszy procesor - Snapdragon 410 - 1,40 GHz (w G2 Snapdragon 400, 1,20 GHz), ale w tym przypadku różnica jest niezauważalna gołym okiem. Ponieważ Motorola wyposaża swoje smartfony w niemal czystego androida, pracują one bardzo płynnie, choć zdarzają się im od czasu do czasu drobne zacięcia (tylko 1GB RAM).

Za to widoczną poprawę można zauważyć w aparacie fotograficznym. Trzecia wersja została wyposażona w 13 mpx matrycę znaną z Nexusa 6. I robi zdecydowanie lepsze zdjęcia niż 8 mpx Moto G2. Nie będą to fotografie wybitne, ale aparat zdecydowanie lepiej radzi sobie z łapaniem ostrości czy odwzorowaniem kolorów. W konkurencji telefonów ze średniej półki jest dzięki temu w zdecydowanej czołówce.

Bardzo miłym dodatkiem jest też wodoodporność (certyfikat IPx7 - czyli telefon jest w stanie wytrzymać do pół godziny na głębokości do 1 metra). Przyznam szczerze, że na sprawdzanie tego parametru na basenie zabrakło mi odwagi, ale telefon powędrował na chwilę do umywalki i mimo zdejmowanych plecków i braku zaślepienia wejść USB czy słuchawkowego próbę przeżył bez żadnego problemu. Za to spory plus w stosunku do poprzedniej wersji.

Jest jeszcze jedna, dość istotna zmiana, o której należy wspomnieć. To dioda powiadomień, a właściwie jej... brak. Tak - twórcy tego modelu uznali, że znana z drugiej generacji migająca sygnalizacja nieodebranego połączenia czy nieprzeczytanego sms-a nie jest już potrzebna. Zamiast niej po każdym dotknięciu wygaszonego telefonu na ekranie wyświetlają się: godzina i informacje o przeoczonych przez nas powiadomieniach. I jest to nawet całkiem fajne, gdyby nie to, że wymaga jednak od nas fizycznego kontaktu z telefonem. Migającą diodę mogę zaś zobaczyć z daleka. Czyli zmiana choć sympatyczna w używaniu, to jednak bardziej nas absorbująca i dlatego moim zdaniem na minus.

Reszta zestawienia obu modeli jest neutralna. Mamy taką samą, niewielką ilość pamięci wbudowanej (8 GB), takie same ekrany (294 ppi), mamy też slot na kartę pamięci i obsługę LTE. Obudowa czy kształt telefonu jest oczywiście kwestią gustu, ja osobiście skłaniał bym się w stronę materiałów użytych w trzeciej generacji. 

Dlatego lepiej raz zostać w piątek wieczorem w domu, a zaoszczędzone w ten sposób 100 zł dołożyć do nowszego modelu Moto G. Zdecydowanie warto.