Są ludzie, którzy świat smartfonów kochają, są tacy, którzy podchodzą do niego pragmatycznie, i są tacy, którzy go szczerze nienawidzą. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy. Moja żona - do trzeciej. Z tego też powodu dość często dochodzi między nami do niewinnych słownych utarczek: "Znowu grzebiesz w tym sprzęcie, mogłeś się z nim ożenić, a nie ze mną", czy małych złośliwości: "Jak zwykle ci się telefon zawiesił wtedy, kiedy akurat go potrzebujemy". Dlatego kiedy jakiś czas temu usłyszałem: "Wiesz, ten mój stary dziad zaraz się rozpadnie, poszukałbyś czegoś fajnego dla mnie", oniemiałem. Potem upewniłem się, czy aby na pewno chodzi o smartfon, czy może jednak o jakąś zabytkową Nokię z lat 90-tych, która cudem przeleżała nieotwierana u kogoś w szufladzie. A gdy dotarło do mnie, że właśnie w tej chwili żona z lekkim opóźnieniem postanowiła wejść w XXI wiek, poczułem na barkach ciężar odpowiedzialności. Musiałem działać rozważnie - strzał powinien być celny, bo drugiej szansy raczej żaden smartfon by nie dostał. Za to dostałoby się mnie.

Cały czas miałem przed oczami sceny z ostatnich kilku miesięcy: żona ze wściekłą miną chce odebrać mój dzwoniący telefon, wali palcem w ekran i syczy przez zęby: "Co ja mam tu nacisnąć?". I nie miało żadnego znaczenia, czy był to smartfon za 4 tys., czy 400 zł. Dlatego po porządnej burzy mózgu i kilku nieprzespanych nocach postanowiłem w swojej propozycji zrezygnować z prestiżu i miliona wodotrysków, a postawić na praktyczność. Ważna musiała być płynność i przewidywalność działania, tak, by nie nadwyrężyć jej cierpliwości. Padło na system Windows Phone i Lumię 640 LTE.

Rzutem na taśmę udało mi się wydobyć od Microsoftu testowy model. Na jego skonfigurowanie nie miałem dużo czasu, był późny wieczór, a o 8 rano żona wsiadała do Pendolino i via Kraków uciekała na tydzień w piękne lasy Beskidu Sądeckiego. Przeniesienie wszystkich kontaktów, sms-ów i zdjęć ze starej Nokii e-6 odbyło się bez najmniejszych problemów dzięki bluetooth i aplikacji Przekaż moje dane. Strat w numerach telefonów nie zanotowano. Stworzenie konta Microsoft także przebiegło pomyślnie, potem doinstalowałem tylko Facebooka, Angry Birds (na wszelki wypadek) oraz VLC media player (wgrałem dwa filmy na drogę). Najczęściej używane kontakty przypiąłem do ekranu startowego, odpinając jednocześnie wszystko to, co niepotrzebne. Zostały tylko kontakty, zdjęcia, wiadomości, telefon i Internet. Z lekkim drżeniem serca dałem małżonce Lumię do ręki, pokazując, jak należy ją odblokować i co nacisnąć, by do kogoś zadzwonić czy włączyć Internet. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że moja lepsza połowa jest nastawiona do niej całkiem pozytywnie, szybko okazało się jednak, że nie z powodu działania czy przejrzystości systemu ale… koloru. Pomarańczowego. Dobre i to.

Następnego dnia rano, siedząc z dziećmi przy śniadaniu i debatując, czy choć raz porozmawiają z mamą przez telefon, czy raczej wyląduje on na jakimś drzewie albo na dnie plecaka, zaskoczył nas… MMS od żony - selfie prosto z Pendolino. A potem SMS - o tym, że kafelki zostały już zmienione na przeźroczyste, bo kolor pomarańczowy, choć pasuje do obudowy, to jednak na dłuższą metę jest drażniący, i że mimo wysiłków nigdzie nie może znaleźć dyktafonu. Tu należy oddać szacunek twórcom systemu - jeśli chcieli ukryć możliwość nagrywania, zrobili to po mistrzowsku. Otóż należy: wejść do programu One Note, który służy do sporządzania notatek nie tylko pisanych, ale i głosowych. Następnie trzeba stworzyć nową notatkę i dopiero wtedy naszym oczom ukaże się ikona mikrofonu, której dotknięcie spowoduje rozpoczęcie nagrywania. Prosto nie jest.

Do końca dnia dostaliśmy jeszcze kilka MMS-ów, odbyliśmy parę rozmów i dowiedzieliśmy się, co się dzieje na świecie. Czyli Internet Explorer został uruchomiony. Ku mojemu zdziwieniu, pod koniec tygodnia pojawiły się też wpisy na Facebooku żony, w dodatku ze specjalnie na tę okazję przyciętymi zdjęciami. Telefon, tak jak przewidywałem, działał płynnie i stabilnie. Choć jego specyfikacja nie należy do wyśrubowanych i w świecie Androida byłby pewnie zacinającym się średniakiem, to dzięki systemowi Windows jego kultura pracy jest bardzo wysoka. W środku producenci zamknęli przyzwoity procesor ze średniej półki - Snapdragon 400 i dodali 1 GB pamięci RAM. Dokładnie taki sam zestaw był w testowanej przeze mnie kilka miesięcy temu Lumii 640 XL i w obu przypadkach działa doskonale. Strony wczytują się błyskawicznie, brak jest spowolnień czy zaskakujących użytkownika w najmniej oczekiwanym momencie przycięć.

Na słowa pochwały zasługuje też 8 mpx aparat fotograficzny, który robi całkiem ładne zdjęcia. Kamerka do selfie, choć ma jedynie 1 mpx, też, mówiąc młodzieżowym językiem, daje radę. Pamięć wewnętrzna to 8 GB, z czego dla użytkownika zostaje niewiele ponad 3 GB. Nie jest to jednak żaden problem, bo w przeciwieństwie do większości telefonów z Androidem, po zainstalowaniu karty SD możemy wybrać, gdzie mają się zapisywać aplikacje czy zdjęcia. Nieźle spisuje się też bateria (2500 mAh), która w trudnym górskim terenie, i telefonie przełączającym się to na słowackie, to na polskie nadajniki, wytrzymywała około dwóch dni. Jak na smartfon z 5-calowym ekranem (przyzwoite 294 ppi) to dobry wynik. Nie ma w nim diody powiadomień, jest za to Glance Screen, czyli telefon wyświetla na wygaszonym ekranie godzinę, powiadomienia o nieodebranych połączeniach, wiadomościach czy zaplanowanych akcjach. Wbrew moim obawom to udogodnienie nie okazało się pożeraczem baterii, bo Lumia zostawiona na noc traciła jedynie 2 proc. energii. To doskonały wynik. Ale jeśli komuś ta opcja nie przypadnie do gustu, zawsze może ją wyłączyć w ustawieniach. Telefon można także wybudzić dwukrotnym stuknięciem w ekran i uśpić - stukając w pasek z przyciskami systemowymi.

Czy więc wszystko w tym telefonie jest idealne? Oczywiście że nie. Po pierwsze, uciążliwe, a może nawet bardziej niezrozumiałe, jest odsłanianie w górę pulpitu startowego po każdym jego wybudzeniu. Nie prościej byłoby przechodzić od razu do strony z kafelkami? Po drugie - chcąc zadzwonić, domyślnie telefon widzi szybkie wybieranie, a nie ostatnie kontakty - które zdaniem żony byłyby "bardziej na miejscu". I po trzecie, co okazało się już po powrocie z gór - proszę się nie śmiać i uszanować damską opinię - Lumia 640 LTE jest na tyle duża, że nie mieści się w specjalnej przegródce na telefony w ulubionej torebce żony.

Mimo tych wszystkich fundamentalnych wad z jej ust padło: chcę taki. Miód na moje serce - poczułem się niemal tak, jak 15 lat temu, gdy usłyszałem sakramentalne tak. Okazuje się więc, że system Windows nie jest tak skomplikowany, jak głosi obiegowa opinia. Jest idealny dla osób, które do smartfonów podchodzą w sposób pragmatyczny - wiedzą czego chcą i nie wymagają miliona udogodnień i nieskończonej liczby aplikacji. Dla nich najważniejsze jest to, żeby działało. I działa. A potrzebne aplikacje też się znajdą. Za telefon trzeba zapłacić około 600 zł - to bardzo dobra cena. Jest też dostępny w ofercie operatorów. Teraz trzymam kciuki za jednego z nich, żeby znalazł w swojej ofercie Lumię 640 LTE w kolorze pomarańczowym. Bo jeśli nie, żona zgotuje mu piekło. Uwierzcie mi, wiem coś o tym.