Choć druk 3D większości z nas wciąż kojarzy się bardziej z filmami science fiction, to jednak zupełnie niepostrzeżenie ta technologia coraz śmielej puka do naszych domów. W dodatku polscy producenci stali się ważnym graczem na światowym rynku, skupiając w swoim ręku 10 proc. produkcji drukarek.

Pierwszy taką maszynę zbudował Japończyk Hideo Kodama. Oczywiście chciał opatentować technologię, ale po złożeniu w maju 1980 r. aplikacji, przez 12 miesięcy nie przedstawił pełnego opisu patentowego i jego wniosek nie został uznany. Udało się to dopiero Charlesowi Hullowi, który dokonał tego w 1983 roku. Kluczowym dla rozwoju branży jest jednak rok 2005, kiedy to powstał projekt RepRap - mający na celu stworzenie jak najtańszej drukarki, za pomocą której można wydrukować kolejne. Gdy w 2014 roku uwolniono patent na technologię Fused Deposition Modeling, czyli FDM, która z grubsza polega na tym, że głowica poruszająca się po dwóch osiach nanosi specjalną końcówką roztopioną nitkę sztucznego tworzywa, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać projekty typu open source - dzięki czemu w zasadzie każdy może zbudować drukarkę 3D. Na tej fali unoszą się też polscy przedsiębiorcy, wykorzystując tworzącą się koniunkturę i małe nasycenie rynku. Bo - jak mówią przedstawiciele branży - bardzo często trzeba wręcz uświadamiać firmom, że taka drukarka może pomóc w produkcji i uzyskaniu lepszego wyniku finansowego. W tym rynku musi drzemać spory potencjał, skoro w firmę produkującą drukarki zdecydował się zainwestować jeden z najbogatszych Polaków, Michał Sołowow. 

Do naszej redakcji trafiła drukarka 3D maxi poznańskiej firmy DEXER, o polu roboczym 22x22x20. Wraz z nią dostaliśmy szpulę wściekle zielonego filamentu, czyli plastiku w formie żyłki (biodegradowalny, do jego produkcji wykorzystano mączkę kukurydzianą), z którego powstawać miały wydruki. Przedstawiciele firmy zafundowali nam też godzinne szkolenie, podczas którego wyjaśnili, jak obchodzić się z maszyną i, co najważniejsze, w jaki sposób przenosić do niej projekty. Okazało się to dziecinnie proste. Wystarczyło ściągnąć ze stron dedykowanych drukowi 3D interesujący nas projekt w formacie STL, a następnie wczytać do programu (w języku polskim), dostarczonego przez firmę Dexer (w tym momencie pojawiała się m.in. informacja o szacowanym czasie wydruku). Potem należało go tylko zapisać i przerzucić na kartę SD, którą umieszczało się w drukarce. Program automatycznie zapisywał ustawienia (rozgrzanie płyty i filamentu, grubość nici, prędkość wydruku), a nam nie pozostawało nic innego, jak tylko wybrać pokrętłem projekt, wcisnąć "start" i czekać. Podczas drukowania można regulować tempo wydruku - im jest on wolniejszy, tym lepsza jakość. Można także zmienić temperaturę stołu oraz głowicy jak i prędkość wentylatora - to istotne w przypadków projektów o różnej wielkości drukowanych elementów. Można także zmienić filament np. z czerwonego na zielony.

Drukując, należy uzbroić się w cierpliwość - sowa, którą można zobaczyć na wideo - powstawała około godziny i czterdziestu minut. Nic w tym jednak dziwnego, skoro grubość nakładanej nici wynosiła 0,3 mm.

Hitem w naszej redakcji zostało ramię ośmiornicy - służące jako podstawka do smartfona - druk odbywał się stosunkowo szybko, trwał niewiele ponad godzinę.

Udało się też wydrukować stację dokującą do Iphona, dwa Creepery (potwory z gry Minecraft) i kaczuszkę.

Dłuższe drukowanie w ciągu dnia ze względu na hałas nie było jednak zbyt komfortowe. Początek każdego wydruku był nawet dość ciekawy - urządzenie wydawało dźwięki niczym R2 D2 z "Gwiezdnych Wojen". Po chwili jednak popiskiwania zmieniały się w jednostajny i monotonny dźwięk - niezbyt głośny, lecz na dłuższą metę nieprzyjemnie świdrujący uszy. Dlatego jeżeli ktoś zamierza kupić sobie drukarkę do domu, to lepiej niech przyszykuje dla niej garaż albo specjalne pomieszczenie.

Przez dwa tygodnie zadawaliśmy sobie też w redakcji dość kluczowe pytanie - po co komu taka drukarka? Wnioski: po pierwsze - można ją kupić po prostu dla zabawy, a trzeba przyznać, że zabawa jest przednia. Godzinami można wybierać modele i wzory do wydrukowania. Od zabawek, przez uchwyty na tablety, smartfony czy telewizory, stojaki, ozdoby choinkowe, foremki do pieczenia ciast, na częściach do przeróżnych urządzeń kończąc. A ponieważ drukowanie trwa długo, mamy pewność, że urządzenie nie znudzi się nam zbyt szybko.

Po drugie: drukarka ma zastosowanie praktyczne dla firm. O wiele łatwiej jest np. wydrukować prototyp jakiejś części i sprawdzić jej działanie, niż produkować taką część metodą odlewniczą. Tu mowa o dużym przemyśle. Ale jeśli jesteśmy np. właścicielem biura architektonicznego - takie urządzenie także jest w sam raz dla nas. Pod warunkiem jednak, że opanujemy sztukę projektowania i obsługi specjalnych programów graficznych, np. openSCAD. Bez tego jesteśmy ograniczeni do zasobów internetu. Co prawda są one przeolbrzymie, ale jednak to my musimy się dostosować do tego, kto coś wymyślił i jesteśmy jedynie odtwórcami. Jeśli będziemy potrafili projektować sami, otwiera się przed nami pole nieograniczonych wręcz możliwości. 

Za najmniejszą drukarkę Dexer o polu roboczym 16x16x16 trzeba zapłacić 3900 zł. Dostajemy wtedy towar, który wyjmujemy z pudełka, podłączamy do prądu i już możemy drukować. Jeśli ktoś ma w sobie żyłkę majsterkowicza, może zamówić drukarkę do samodzielnego złożenia. Jest wtedy sporo tańsza.

Największe urządzenie oferowane przez tego producenta, stworzone z myślą o zastosowaniach przemysłowych, kosztuje 65000 zł.