To chyba dlatego, że jestem człowiekiem praktycznym. Nigdy nie rozumiałem moich kolegów, którzy pytali się, dlaczego jeżdżę takim brzydkim samochodem. Dla mnie był idealny - przecież zawsze przemieszczałem się nim szybko z punktu A do punktu B, jadąc na wakacje w przeciwieństwie do nich nie musiałem się zastanawiać, gdzie spakować wózek, przenośne łóżeczko czy z czego zrezygnować, żeby wszystko zmieścić do bagażnika, a mała obcierka na parkingu… to się zdarza i nie jest to koniec świata. Dlatego pewnie pancerne telefony wywołują u mnie taką sympatię. Też są do bólu praktyczne i nie sprawiają kłopotów. Nie trzeba się martwić o to, że zaraz się wyładują, porysują czy potłuką. Wrzucasz go do torby czy kieszeni w spodniach (o ile masz odpowiednio dużą) i nie martwisz się o nic.

Test na wytrzymałość

Standardowym testem dla pancernych telefonów jest rzut o ścianę, upuszczenie na kafelki, topienie oraz zamknięcie na parę godzin w zamrażalce. I jak dotąd wszystkie tego typu smartfony, które miałem w rękach, przechodziły takie katusze bez większych problemów. Aż do Goclevera Quantum 2 500 Rugged. Jeśli jednak myślicie, że jego ekran potłukł się po pierwszym upadku w drobny mak - nie macie racji. Powód jest zupełnie inny - żadnej z tych sadystycznych czynności po prostu nie zrobiłem. Zabrakło mi odwagi. Wszystko dlatego, że mimo, iż jest to smartfon bez wątpienia solidnie zbudowany, to jednak w swojej klasie sprawia wrażenie wyjątkowo delikatnego. Ekran, choć wykonany ze szkła o grubości aż 2,8 mm, nie jest z żadnej strony osłonięty obudową. A tylna klapka oraz góra i dół telefonu są wykonane z bardzo twardego plastiku, który nie sprawia wrażenia tworzywa amortyzującego upadki. Topienie też odpada, możemy co najwyżej zaryzykować delikatne podtapianie - norma, którą smartfon spełnia, to IP 65 czyli: ochrona przed pyłem i kurzem oraz przed „strugą wody laną na obudowę z dowolnej strony”. Konkurencyjne smartfony spełniały normę IP 68, czyli „ochronę przed skutkami ciągłego zanurzenia w wodzie”.

Żeby jednak nie być mięczakiem, postanowiłem wykonać tak popularny, jak i bezsensowny test „dziadka do orzechów”. Szczerze - ile znacie osób, które w ten sposób rozbijają orzechy? Żadnej? No właśnie. Ale trudno. Rozłożyłem dwa na desce do krojenia, zamknąłem oczy i po kolei walnąłem w nie telefonem. On przeżył, one nie, czyli test został zaliczony. Na ekranie nie została nawet najmniejsza rysa.

Test baterii

Goclever Quantum 2 500 Rugged spokojnie może zastąpić młotek, gdyż jest smartfonem wyjątkowo ciężkim. 259 gramów to zaiste imponujący wynik, który możemy wytłumaczyć tak masywną konstrukcją, jak i wielką baterią. Ma pojemność 5000 mAh i powinna zapewniać kilka dni bezproblemowej pracy, zwłaszcza, że prądożerny nie jest ani ekran (5 cali, IPS, HD, 294 ppi), ani procesor (Mediatek 6735P, zegar procesora 1,00 GHz). Standardowym wynikiem dla smartfonów są 3-4 godziny pracy z włączonym ekranem. Wyniki poniżej 3 godzin są w zasadzie dyskwalifikujące, wszystko powyżej 4 należy ocenić bardzo pozytywnie. Gdzie na tej skali znajdziemy Goclever Quantum 2 500 Rugged? Telefon nie jest najlepiej zoptymalizowany, krótką chwilę po odłączeniu od ładowarki ma już 99 zamiast 100 proc. Dlatego ciekawy byłem, jak poradzi sobie pod pełnym obciążeniem.

W tym celu zainstalowałem kilka gier i oddałem go w ręce syna. Po pierwsze byłem ciekawy, czy na urządzeniu z nie najmocniejszym przecież procesorem można grać w bardziej zaawansowane tytuły, a po drugie - jak długo? Okazało się, ku mojemu zdziwieniu, że wszystkie gry - od prostych platformówek zaczynając, na skomplikowanych symulatorach kończąc - dało się uruchomić i, jak zapewniał mnie mój małoletni tester o sporym już doświadczeniu, wszystko chodziło bardzo dobrze i nic się nie ścinało. A najlepsze było to, że po kilku godzinach syn wyszedł z pokoju ze zbolałą miną, oddał mi telefon i stwierdził, że już ma dosyć. A telefon dopiero się rozgrzewał. Wciąż było ponad 50 proc. baterii. Nie było wyjścia, sam musiałem przejąć stery. Cierpliwości starczyło mi na godzinę grania, po czym postanowiłem pooglądać koncerty na Youtube. Swoją drogą to niesamowite, że dzięki telefonom komórkowym możemy w zasadzie być na dowolnym koncercie w dowolnej części świata. Ja skusiłem się na rockandrollowych emerytów - AC DC sprzed 3 tygodni - w doskonałej jakości. Jednak jeden koncert nie wystarczył, by pokonać baterię Goclevera. Walkę musiałem przełożyć na kolejny dzień i ostatecznie wygrałem ja po... 8 godzinach i 54 minutach. Wskaźnik naładowania baterii pokazywał jeszcze 5 proc., więc spokojnie przekroczyłbym barierę 9 godzin, ale nie miałem już ani siły, ani chęci. Przez cały ten czas włączony był przesył danych (WiFi lub LTE).

Nadwrażliwiec?

Telefon obsługuje szereg gestów - od wybudzania podwójnym stuknięciem w ekran, przez robienie zrzutów ekranu przeciągnięciem trzema palcami, po uaktywnianie aparatu lub przeglądarki internetowej narysowaniem odpowiedniej litery na wygaszonym ekranie. Tu jednak uwaga - kilka razy smartfon sam się odblokował, uznając przypadkowe dotknięcie ekranu za specjalny gest. Zdarzyło się też, że kilka razy zawiesił się na kilkadziesiąt sekund i nie reagował na żadną komendę - programiści Goclevera mają nad czym pracować.

Do plusów telefonu należy zaliczyć pamięć - 2 GB RAM, 16 ROM, jest też slot na kartę do 32 GB. Możemy używać w nim dwóch kart SIM. Gigantyczna bateria ładuje się bardzo szybko - 100 proc. osiągnie w niecałe 2 godziny. GPS działa dobrze, choć w moim przypadku przy pierwszym połączeniu, na które musiałem poczekać dłuższą chwilę, miał kłopoty z dokładnością. Potem działał już bez żadnych zastrzeżeń. Zainstalowana wersja Androida to 5.1. Minusem jest głęboko osadzone wejście USB. To dlatego, że telefon musi spełniać wymagające normy bezpieczeństwa, ale przez to praktycznie jesteśmy uzależnieni od firmowego kabla z przedłużoną końcówką. Te od innych telefonów są po prostu za krótkie. Z ładowarką w samochodzie też możemy mieć problem.

Aparat ma 13 mpx kamerę z tyłu i 5 mpx z przodu. Zdjęcia nie stoją na najwyższym poziomie, ale jak na tą klasę telefonów, nie jest źle.

Na koniec koszty. Ceny w sklepach zaczynają się od 749 zł. Nie zdradzę jednak żadnej tajemnicy, jeśli napiszę, że identyczny telefon możemy znaleźć w chińskich sklepach internetowych - nazywa się Blackview BV5000. Koszt to ok. 120 dol. czyli mniej więcej 460 zł. Poznański Goclever, prócz innej nazwy na tylnym panelu, zapewnia nam gwarancję w kraju, co jest wartością nie do przecenienia. Jeśli więc ktoś nie chce czekać na przesyłkę z Chin, martwić się o to, czy paczka przyjdzie w dobrym stanie, a przed zakupem samemu poczuć wagę smartfona w dłoni, niech lepiej zdecyduje się na zakup w Polsce. A przed jego dokonaniem, niech zastanowi się, czy jest człowiekiem praktycznym. Bo to telefon właśnie dla takich osób.