Po pierwsze, nie ma się co oszukiwać: wygląd ma znaczenie. Kupujemy oczami i producenci doskonale to wiedzą. Co prawda trudno stworzyć coś niepowtarzalnego, konstruując smartfon, ale Samsungowi się udało. Już w modelach 6 edge i 6 edge plus zaokrąglone boki wyglądały zjawiskowo i nie inaczej jest w serii 7. Zdjęcia czy filmy wylewają się wręcz z ekranu i nie znam osoby, na której nie robiłoby to wrażenia. 5,5-calowy wyświetlacz Super AMOLED jest najefektowniejszym wyświetlaczem na rynku nie tylko ze względu na charakterystyczne obłości, ale i na niesamowitą jakość obrazu (534 ppi).

Śliski typ

Po drugie, gdy po jakimś czasie przejdzie nam już fascynacja wyglądem, zaczynamy zwracać uwagę na szczegóły i myśleć bardziej racjonalnie. I zapewne stąd bierze się nie tylko duża liczba rozwodów, ale i sprzedawanych używanych Samsungów edge. Bo na dłuższą metę nachodzący na boki ekran może być przyczyną sporych frustracji. Trzymając telefon w ręku, możemy np. niechcący dotykać krawędzi, co spowoduje, że nie będziemy mogli przewijać pulpitów. Albo, co jest szczególnie denerwujące, pisząc SMS, nie będziemy mogli za pierwszym razem wprowadzić liter czy cyfr umieszczonych na skraju ekranu. Lub też przeszkadzać nam będą refleksy światła, które odbija się od jego krzywizn. Nie wspominając o sytuacji, gdy nie daj Boże telefon nam upadnie i trzeba będzie wymienić ekran (choć tu firma stanęła na wysokości zadania i oferuje jednorazową, darmową wymianę ekranu w telefonach kupionych u oficjalnych partnerów Samsung Electronics Polska). A o upadek nie jest trudno, gdyż S7 edge, choć piękny i zgrabny, jest też przez szklaną tylną taflę piekielnie śliski.

Problem w tym, że to w zasadzie wszystkie pułapki, jakie czekają na użytkowników tego modelu, w dodatku można się do nich w miarę szybko przyzwyczaić. Oczywiście można narzekać, że Samsung zrezygnował na przykład z własnego odtwarzacza muzyki, zastępując go aplikacją Google'a. Ale na szczęście w 30 sekund zainstalujemy firmowy, bardzo dobry odtwarzacz ze sklepu Play. Firma daje możliwość doinstalowania swoich aplikacji, które znajdziemy w Galaxy Apps, ale nie uszczęśliwia nas nimi na siłę. W stosunku do Samsunga Galaxy S7, którego miałem w swoich rękach, poprawiono nadwrażliwość na dotyk, której w modelu edge po prostu nie ma, a ekran reaguje dokładnie tak, jak powinien, oraz funkcję Always on Display (wyświetlanie na wygaszonym ekranie daty, godziny, powiadomień czy stanu baterii), która nie lata już po całym wyświetlaczu, co po prostu drażniło.

Pod względem parametrów S7 edge w zasadzie nie różni się od S7. Mamy więc doskonały procesor Exynos 8890 wykręcający w AnTuTu Benchmark 130407 pkt, 4 GB pamięci RAM, 32 pamięci wbudowanej, slot na kartę pamięci, świetnie działający czytnik linii papilarnych, wbudowany w klawisz Home i taki sam, rewelacyjny aparat fotograficzny. O jego zaletach pisaliśmy już w recenzji Galaxy S7 i w porównaniu aparatów S6 i S7, ale muszę jeszcze napisać o dwóch rzeczach.

Test świni

Ostrość łapana jest wręcz niewiarygodnie szybko. Dowód? Test świni. Już tłumaczę. Oto spędzając weekend na wsi, skorzystałem z tego, że miałem przy sobie 3 telefony: Galaxy S7 edge, Coolpad Torino S ze średniej półki i HTC 10, aspirujący do miana najlepszego flagowca tego roku, i postanowiłem zrobić zdjęcia małym prosiakom. Sympatyczne zwierzątka nie chciały się dać przekonać, by choć przez chwilę stać spokojnie, ja zaś uparłem się, że zrobię im ostre zdjęcie ryjków, które wystawiały przez ogrodzenie. Udawało mi się to tylko Samsungiem Galaxy S7 edge i to praktycznie za każdym razem, gdy naciskałem migawkę. Pozostałe dwa telefony nie były w stanie złapać ostrości i, choć są zupełnie z innych lig, to w zasadzie jakość ich zdjęć była identyczna. Czyli nie najlepsza.

Druga rzecz: wodoszczelność. Samsung Galaxy S7 edge jest w stanie złapać idealną ostrość nawet zanurzony w basenie. Dowód już nie jest tak efektowny jak ryjek prosiaków. To zdjęcie mojego roznegliżowanego redakcyjnego kolegi, nurkującego w basenie w słonecznej Hiszpanii. Fotografie wyglądają idealnie, a telefon wytarty ręcznikiem i wysuszony na słońcu działał dalej bez najmniejszego problemu. Tak zresztą narodziła się miłość kolegi do Samsunga, zakończona porzuceniem adorowanego przez lata Iphone'a.

Ponieważ S7 edge ma większy niż S7 ekran, ma też większą baterię (3600 mAh z opcją szybkiego ładowania). To zdecydowanie przekłada się na czas działania. 2 dni z dala od ładowarki (4-5 godzin na włączonym ekranie), przy ciągłej transmisji danych i synchronizacji kilku kont nie jest dla tego telefonu żadnym problemem. W porównaniu z innymi tegorocznymi flagowcami, które wytrzymują bez ładowania raczej dzień intensywnej pracy, to doskonały wynik.

Pozostają jeszcze plusy związane z krzywizną ekranu, czyli funkcje krawędziowe. Wyciągając z boku belkę, mamy do wyboru kilka paneli ze skrótami do wybranych aplikacji czy kontaktów – i jest to bardzo wygodne udogodnienie. Jeśli potrzemy zaś bok przy wyłączonym ekranie, wyświetlą się na nim powiadomienia.

Jeśli więc ktoś zamierza kupić Galaxy S7 edge, powinien mieć: gruby portfel (ceny sporo ponad 3 tys. zł) oraz świadomość jego niewielkich ułomności wynikających z zaokrąglonego ekranu. Praktyczne do bólu osoby niech lepiej kupią zwykłe S7. Ale jeśli lubimy rzeczy ładne i możemy od czasu do czasu przymknąć oko na to, że nie zadziałają na 100 ale na 95 proc., śmiało bierzmy S7 edge. Zalet w tym modelu jest tyle, że potrafią przekonać do siebie nawet zagorzałego fana Apple. A przyznacie, to jest coś.