Ten telefon został stworzony do pracy - w warsztacie samochodowym, na budowie czy w hali produkcyjnej. Nie do delikatnych damskich rączek, ale do brudnych łap utytłanych smarem albo zakurzonych rękawic. W takich warunkach pokazuje pełnię swoich możliwości, wtedy można go zrozumieć, a co najważniejsze - docenić. Oczywiście można go też używać na co dzień, ale to trochę tak, jakby jeździć traktorem po mieście. Da się? Da. Tylko jaki to ma sens? Tak czy owak - z pewnością CAT S60 jest telefonem wyjątkowym.

Wygląd

CAT S60 to przedstawiciel klasy "rugged phone" czyli po prostu telefonów pancernych. Jak sama nazwa wskazuje muszą to być konstrukcje o niebo wytrzymalsze od zwykłych smartfonów, a więc co za tym idzie - o zupełnie innej budowie. CAT jest ciężki (223 g) i gruby (13 mm). Aluminiowe boki sprawiają wrażenie niesłychanie solidnych i takie też są. Zgodnie z zapewnieniami producenta telefon ma bezproblemowo wytrzymywać upadki z wysokości do 1,8 m i mój egzemplarz nie miał z przejściem takich testów najmniejszych problemów, choć na jego bokach można było zauważyć delikatne wgniecenia czy zadrapania. 4,7 calowy wyświetlacz pokryty jest szkłem ochronnym Corning Gorilla Glass 4 (po 2 miesiącach użytkowania pojawiły się jednak niewielkie rysy) i delikatnie zatopiony w bryłę telefonu, tak by w razie upadku na płaską powierzchnię szkło nie zetknęło się z podłożem jako pierwsze.

Na prawym boku znajdziemy dwa gładkie przyciski do sterowania głośnością, na lewym wyżłobiony przycisk włączania telefonu, a pod nim przycisk specjalny, któremu możemy przypisać różne funkcje (latarka, uruchamianie konkretnych aplikacji). Niżej umieszczono klawisz SOS i wejścia do słuchawek oraz USB, wszystkie skryte pod zaślepkami. Na górnej krawędzi z prawej strony mamy wystający czujnik kamery termowizyjnej Flir, o której jeszcze napiszę, a z przodu - dwa mechaniczne przełączniki uszczelniające głośniki podczas zanurzania telefonu w wodzie i plastikowe klawisze funkcyjne, które jak dla mnie trochę odstają od całej konstrukcji - te w CAT S40 działały i wyglądały dużo lepiej. Tył wykonany jest z czarnego tworzywa sztucznego - przyjemnego w dotyku, które w dodatku się nie rysuje; tam też umieszczono klapkę, po otwarciu której znajdziemy 2 sloty na karty SIM (mikro i nano), slot na kartę pamięci, a obok dwa obiektywy (kamera zwykła i termowizyjna) plus diodę doświetlającą.

Jak oceniam wygląd CAT-a S60? W kategorii smartfonów pancernych to bez wątpienia urządzenie klasy premium, a tak po prostu - może się podobać.

Podzespoły

Za pracę S60 odpowiedzialny jest 8-rdzeniowy procesor Snapdragon 617 ze średniej półki. Do tego mamy 3 GB pamięci RAM i 32 GB pamięci wbudowanej, którą możemy rozszerzyć kartą pamięci. W AnTuTu Benchmark telefon wyciągnął średnie 45495 tys. pkt., a codzienna praca przebiega bez zastrzeżeń. Aplikacje otwierają się szybko, strony internetowe wczytują w przyzwoitym tempie, wszystko odbywa się płynnie i bez przycięć. Choć nie jest to telefon dla graczy, to jednak spokojnie uruchomimy na nim nawet te bardziej wymagające tytuły.

Telefon pracuje na Androidzie 6.0.1, a producent zaingerował w niego tylko tam, gdzie musiał. Nie znajdziemy więc w nim ani dedykowanej galerii, ani programu do odtwarzania muzyki czy filmów - musimy zadowolić się aplikacjami Google'a, albo szukać zamienników w sklepie Play. Jest za to dioda powiadomień czy czujnik NFC.

Aparat główny ma 13 mpx, tylny - 5 mpx i oba robią dość przyzwoite zdjęcia jak na zwykły smartfon. Jak na telefon pancerny - jest nawet więcej niż dobrze.

Bateria ma 3800 mAh pojemności i daje nam to dzień, do dwóch dni pracy i osiągi ok. 3-4 h na włączonym ekranie. I tak płynnie możemy przejść do odpowiedzi na najważniejsze pytanie, czyli jak to działa. A odpowiedź nie jest wcale taka prosta. Bo do CAT-a S60 można podejść jak do każdego innego smartfona, ale można też używać go w sposób, do jakiego został stworzony.

Wodoszczelność i kamera termowizyjna okiem zwykłego użytkownika

Tym zwykłym użytkownikiem zostałem ja. Telefon zabrałem ze sobą na włoskie wakacje, myśląc głównie o jego wodoszczelności. Bo choć główną cechą CAT S60 jest kamera termowizyjna wyprodukowana we współpracy ze światowym liderem w tej dziedzinie - firmą Flir, a przy okazji windująca cenę urządzenia do niebotycznych 2899 zł, to jakoś nie mogłem sobie wyobrazić sytuacji, w której byłaby ona mi potrzebna. OK, mogłem sprawdzić nią temperaturę piwa, które piłem po treningu, albo zobaczyć, który samochód stojący na parkingu ma jeszcze rozgrzany silnik. Ale dla mnie to jednak tylko zabawa, która po jakimś czasie się nudzi. Co innego, jeśli byłbym kimś, dla kogo ten smartfon został stworzony - pracownikiem warsztatu samochodowego, budowlańcem albo strażakiem. Wtedy coś, co dla jednych wydaje się zabawką, staje się podstawowym i nieodzownym narzędziem pracy. Za pomocą specjalnej aplikacji wygenerujemy PDF-a ze zdjęciem i najważniejszymi informacjami, którego możemy przesłać potem do firmy. Możemy oczywiście nagrywać też filmy. Wszystko działa bez problemów, a obsługa kamery jest prosta i intuicyjna.

Osobiście jednak bardziej liczyłem na inną mocną stronę CAT-a S60 - wodoszczelność. Miałem też nadzieję, że telefon inaczej niż jego poprzednik - CAT S40 - będzie sobie radzić ze zdjęciami pod wodą.

Jak radził sobie CAT S40? Zobacz TUTAJ >>>

Producent zapewnia, że z telefonem możemy nurkować przez godzinę nawet na głębokości 5 m, w dodatku w słonej wodzie. Specjalnie na takie okazje mamy dwie mechaniczne zaślepki, którymi uszczelniamy głośniki telefonu. Jeśli ich nie przełączymy, możemy go zanurzać do 2 m. To, w połączeniu z nie najgorszym aparatem, dawało nadzieję, że będę mógł zrobić kilka fajnych zdjęć czy filmów dzieciakom kąpiącym się w basenie. I telefon spełnił moje oczekiwania w stu procentach. Zdjęcia były niezłej jakości, aparat całkiem sprawnie łapał ostrość. Doskonałym pomysłem okazała się aplikacja o wiele mówiącej nazwie "suszenie głośników". Po jej włączeniu przez 2, 6 lub 10 minut telefon wydaje z siebie na przemian niesłychanie drażniące wysokie i niskie dźwięki, które wypychają wodę z głośników. Po takiej, w moim przypadku zazwyczaj 6 minutowej sesji, można było bez najmniejszych problemów dzwonić czy słuchać muzyki - wszystko działało znakomicie.

Telefon służył też jako zabawka dla dzieci - był idealnym przedmiotem do wyławiania z dna - co wprawiało w osłupienie inne osoby korzystające z basenu. Po paru dniach wszyscy się jednak przyzwyczaili do takiego widoku, a telefon był codziennie bohaterem polsko–niemiecko-holenderskich zawodów. Za wodoodporność CAT S60 dostaje wielki plus. Telefonem bawiłem się też w Polsce - jak się sprawdzał - możecie zobaczyć na tych filmach. Pozował i asystował mój syn.

Poza takimi atrakcjami CAT-a S60 traktowałem jak zwykły smartfon. Dzwoniłem, robiłem zdjęcia, używałem jako nawigacji samochodowej, słuchałem muzyki czy oglądałem filmy. Ze wszystkimi zadaniami radził sobie dobrze i nie miałem z nim w zasadzie żadnych problemów. Drażniło mnie jednak kilka rzeczy.

Zastrzeżenia

Po pierwsze - ekran. Jest on wyjątkowo czuły - dostosowany do pracy w rękawiczkach, można go też obsługiwać np. paznokciem czy długopisem. Ale czasem wystarczy, że nasz palec nawet nie dotyka ekranu, a ten i tak reaguje i włącza aplikację, której włączać nie mieliśmy zamiaru. Rozumiem dlaczego producent zdecydował się na takie rozwiązanie, nie rozumiem jednak, dlaczego nie mamy możliwości wyboru, w jakim trybie chcemy pracować - w tzw. rękawiczkach, czy normalnym, mniej czułym i reagującym tylko na nasze palce.

Po drugie - bateria. Przez moje ręce przeszło już kilka pancernych telefonów i wszystkie miały zauważalnie dłuższy czas pracy na jednym ładowaniu niż CAT S60. W urządzeniu, z którym mamy iść np. w góry z daleka od prądu i ładowarek, przydałoby się zdecydowanie lepsze zarządzanie energią.

Po trzecie - łączność. Telefon nie był w stanie automatycznie przełączać się pomiędzy różnymi sieciami. Gdy przejeżdżałem z jednego kraju do drugiego, za każdym razem musiałem ręcznie wybierać operatora. Podobne problemy miałem też już w kraju, gdy telefon znajdował się w miejscu, w którym był sygnał dwóch czy więcej sieci możliwych do zalogowania. CAT tracił zasięg i pomagało dopiero ręczne zalogowanie do sieci z najmocniejszym sygnałem.

Tyle, że to nie jest smartfon dla zwykłego użytkownika. Postanowiłem więc dać go komuś, dla kogo ten telefon jest stworzony.

CAT S60 okiem eksperta

A tak się stało, że miałem kogoś takiego pod ręką. Mój kolega Marcin Gawrych jest architektem, współwłaścicielem pracowni GRAFIT ARCHITEKCI. Obsługa realizacji inwestycji, nadzór nad budową - to coś, czym zajmuje się na co dzień. Do tego miłośnik off-roadu - czyli jazdy terenowymi samochodami z dala od asfaltu i cywilizacji. Po prostu idealna osoba do tego, by sprawdzić, czy tak zachwalane przez producenta możliwości CAT-a S60 są tylko marketingiem, czy też czymś, co rzeczywiście przydaje się w codziennej pracy.

Zanim jednak CAT trafił na budowę, znalazł się w Transylwanii. Oddajmy zresztą głos naszemu ekspertowi.

– Przygodę z telefonem rozpocząłem od pokonania z nim trasy z Polski do Rumunii. Nawigacja działała bezbłędnie, choć samo zamontowanie takiej cegły w standardowym uchwycie nie było łatwe. Także umiejscowienie gniazda USB na dole z lewej strony nie ułatwia podłączenia go do ładowarki. Po 14 godzinach jazdy wylądowaliśmy w nocy w środku rumuńskich gór. Świadomość posiadania pancernego telefonu w kieszeni dawała luz bezstresowego użytkowania - CAT kilka razy wpadał w samochodzie w czeluści pomiędzy siedzeniami i nie musiałem się martwić, czy ekran przetrwa. Nie bałem się też podczas robienia zdjęć i filmów, balansując na hakach nad strumieniem. Tu jednak zauważyłem pierwszą wadę tego telefonu - brak otworów do podpięcia smyczy. W tego typu urządzeniu to niezrozumiały zabieg. Smartfon upadł mi oczywiście kilka razy nie tylko na ziemię, ale i na skały. Nie wywarło to jednak na nim żadnego wrażenia.
Także czas pracy na baterii nie rzucił mnie na kolana. Telefon wytrzymywał 2 dni bez włączonej transmisji danych, ale z nią energii starczało mu jedynie na jeden dzień. Po telefonie tego rodzaju spodziewałem się więcej. Więcej też spodziewałem się po aparacie - który w dobrych warunkach robi całkiem przyjemne zdjęcia, ale gdy zachodziło słońce - traci wiele na wartości. Jak wygląda to np. w jaskini - można zobaczyć na tym filmie.

Tak czy owak CAT S60 jest bardzo dobrym sprzętem na off-roadowe wyprawy. Jednak prawdziwą wartość pokazuje dopiero, gdy włączymy kamerę termowizyjną. Kolega, któremu ją pokazałem, zaciągnął mnie na poddasze i kazał wykryć dziury w izolacji termicznej wygryzione i wydeptane przez kuny - co udało się nam doskonale. Podobnie podczas wizyt na budowach - dzięki kamerze można sprawdzać szczelność tak instalacji, jak i samego budynku, a telefon nie jest gadżetem, ale staje się pełnoprawnym narzędziem pracy. Zachwycony nim był także znajomy mechanik samochodowy, który mógł sprawdzać np. szczelność układu wydechowego lub np. to, na którym cylindrze zachodzi nieprawidłowe spalanie, co daje inną temperaturę na wyjściu na kolektor wylotowy.

Podsumowanie

Po dwóch miesiącach z CAT-em S60 wiem o nim sporo, czas więc odpowiedzieć na pytanie - czy warto go kupić. Moim zdaniem, choć kosztuje on aż 2899 zł, warto. Ale tylko pod jednym warunkiem - musicie wykorzystywać wszystkie jego możliwości, głównie kamerę termowizyjną. Wtedy wasze pieniądze nie będą zmarnowane. Jeśli chcecie mieć tylko zabawkę, lepiej zainwestujcie w inny model.