Chińczycy dobijają się do smartfonowej ekstraklasy na wszelkie możliwe sposoby. A to wypuszczą absurdalnie drogiego Huaweia Mate Porshe Design (6 tys. zł), a to zaangażują do reklamy najlepszego i najdroższego polskiego piłkarza - Roberta Lewandowskiego. Wszystkie te marketingowe ruchy mają sprawić, by Huawei zaczął się kojarzyć z luksusem a nie tanią chińszczyzną, a klienci pozbyli się oporów przed wydawaniem grubych tysięcy na ich produkty. Na szczęście Huawei nie zapomniał, by przy okazji robić dobre smartfony. Już P8 był telefonem godnym polecenia, a przy okazji o kilkaset złotych tańszym od konkurencji. Z kolejnymi modelami firma podnosiła tak jakość, jak i ceny. Za model P10 Plus, który miałem przyjemność używać przez ostatnie dwa tygodnie, trzeba zapłacić już 3399 zł. Spróbujmy więc odpowiedzieć na proste pytanie - czy warto?

Wygląd

Gdybym był szefem Huaweia, miałbym teraz niezły ból głowy. Bo co by złego nie powiedzieć o Samsungach Galaxy S8 i S8+ czy LG G6, to te modele nieźle namieszały w smartfonowym świecie designu. Ich wygląd i proporcje ekranu 2:1 są dla branży odświeżające, nikt nie zna jednak odpowiedzi na kluczowe pytanie: czy to się przyjmie? Czy opłaca się ryzykować i zmieniać wszystko w kolejnych modelach, czy może jednak poobserwować z dystansu, jak reagują klienci? Problem w tym, że jeśli zareagują dobrze, to można zostać w tyle za konkurencją i stracić miliony. Jeśli jednak firma zdecyduje się teraz na wejście w nowy wygląd, a on się nie przyjmie, to miliony zostaną wyrzucone w błoto...

Nie wiem, co zrobi CEO Huaweia, ale jeśli postawi na praktyczność podobną jak w P10 Plus, to może wygrać. Bo co prawda wyglądem ten telefon na kolana nikogo nie rzuci, ale za to, w jaki sposób się go obsługuje, należą mu się wielkie brawa. Chodzi o wykorzystanie skanera linii papilarnych. Jest umieszczony z przodu, pod ekranem, odblokowuje telefon w mgnieniu oka i można go użyć nie tylko do wybudzania, ale także jako touchpada. Dzięki temu możemy wygasić przyciski funkcyjne wyświetlające się na ekranie i cieszyć się jego całą powierzchnią. Czytnikowi zaś przypisujemy czynności – jedno dotknięcie to ruch wstecz, przesunięcie po nim w lewo lub w prawo przenosi nas do ostatnio używanych aplikacji. Do pełni szczęścia brakuje tylko możliwości wygaszania nim ekranu. Ale i tak jest rewelacyjnie.

Podobnie jak z budową telefonu. Solidna, metalowa i płaska konstrukcja sprawiają, że mimo sporych wymiarów (ekran ma przekątną 5,5 cala) jest on dość poręczny i możemy się nim posługiwać jedną ręką bez obawy, że zaraz nam się wyślizgnie albo położony, zsunie się sam z płaskiej powierzchni. Dwa klawisze (do włączania i regulacji głośności) umiejscowiono na prawym boku, ten do uruchamiania telefonu ma chropowatą, wyrzeźbioną powierzchnię i czerwone boki, co dodaje mu charakteru i po prostu wygląda ładnie.

Świetny jest także ekran, co prawda nie Amoled, ale IPS, za to z rewelacyjną rozdzielczością QHD (534 ppi). Tłumaczę: kolory są mocne i nasycone, obraz superostry, a z widocznością nie będziecie mieć problemu nawet w ostrym słońcu.

W skrócie - P10 Plus ma klasyczny wygląd, jest świetnie wykonany i pasować będzie tak do damskiej torebki, jak i eleganckiego męskiego garnituru.

Działanie

Huawei w swoich topowych modelach stawia na autorskie procesory. Tu mamy ten najsilniejszy: Kirin 960. Wspomaga go układ graficzny Mali-G71, aż 6 GB RAM i najnowszy Android 7. Dzięki takiemu zestawowi telefon jest bardzo szybki (118653 pkt. w AnTuTu Benchmark), a wszystkie programy i aplikacje odpalają się błyskawicznie. Do tego pamięci wbudowanej mamy tu gigantyczne 128 GB, a jeśli by komuś było mało, może ją jeszcze rozszerzyć kartą pamięci. To sprawia, że P10 Plus jest jednym z najlepiej i najpłynniej działających smartfonów, z jakimi miałem do czynienia. Oczywiście 6 GB pamięci RAM sprawia, że multitasking, czyli trzymanie otwartych zakładek w pamięci, stoi na najwyższym poziomie. Gry, jak nietrudno się domyślić, nie stanowią dla niego żadnego problemu, ale tu uwaga - jeśli zdecydujemy się na dłuższą rozgrywkę, musimy się liczyć ze sporym wzrostem temperatury.

Miłośnicy muzyki także nie będą zawiedzeni - jej odtwarzanie na słuchawkach jest wspomagane trybem DTS, a jeśli komuś przyszłoby do głowy słuchanie jej przez zewnętrzne głośniki, to w tym przypadku też nie jest to zły pomysł. W P10 Plus dźwięk wydobywa się bowiem nie tylko z głośnika umieszczonego na dolnej krawędzi telefonu, ale także z głośnika nad ekranem, przeznaczonego do rozmów. W sumie daje to namiastkę stereo i przestrzenny efekt jest zaskakująco przyjemny dla ucha.

Autorska nakładka na Androida czyli Huaweiowe EMUI (tu w wersji 5.1) jest niesłychanie rozbudowane. Kto miał już w swoich rękach telefon tej marki, poczuje się jak w domu. Kto nie miał, rozgryzie go w kilka minut. Z rzeczy ciekawszych - jest skaner antywirusowy, dla miłośników bezpieczeństwa jest sejf plików i blokada aplikacji, jest możliwość tworzenia dwóch kont, jest tryb prosty, jest możliwość zmiany motywów i wiele innych mniej lub bardziej przydatnych funkcji.

Dłuższą chwilę warto poświęcić możliwościom fotograficznym P10 Plus. Z tyłu mamy dwa aparaty - kolorowy i monochromatyczny (12 i 20 mpx), sygnowane marką Leica.

Ten kolorowy ma przesłonę 1.8. Co to oznacza w praktyce? Mój redakcyjny kolega, który na co dzień używa Samsunga Galaxy S7 Edge, przez dwa dni bawił się P10 Plus. I oddając go stwierdził, że aparat Huaweia jest lepszy... Najpierw pomyślałem, że trochę za dużo wypił (na co wskazywały też niewykasowane zdjęcia z galerii). Ale potem sięgnąłem głębiej do komputera i poszukałem zdjęć, które sam robiłem za pomocą S7 Edge. I mówiąc szczerze, do końca nie byłem pewien, które bardziej mi się podobają...

To pokazuje, że Huawei odrobił lekcję, bo jeśli zaczynamy stawiać go w jednym rzędzie z najlepszym fotograficznym smartfonem (oczywiście moim zdaniem), to jest to już coś. Ostrość łapana jest błyskawicznie, kolory są naturalne i nasycone, mamy rozbudowany tryb manualny, mnóstwo trybów i efektów, a fotografie możemy zapisywać w formacie RAW.

Czego chcieć więcej? W dodatku wideo też jest doskonałe, filmy nagramy w 4K, FHD (30 i 60 fps) i HD, a stabilizacja obrazu stoi na bardzo wysokim poziomie.

Przykłady tu:

i tu:

Kamerka do selfie ma 8 mpx, a zdjęcia nią wykonywane są bardzo ładne.

Bateria ma pojemność 3750 mAh i starcza na dzień do półtora dnia intensywnej pracy. Telefon mógłby z pewnością wytrzymać dłużej, ale tu kłania się ekran QHD który po prostu zużywa dużo energii. GPS działa doskonale i stabilnie. Jakość rozmów telefonicznych stoi na świetnym poziomie, jest także wielokolorowa dioda powiadomień i oczywiście NFC.

Minusy

W tym miejscu muszę skończyć tę, skądinąd zasłużoną, laurkę i przejść do rzeczy mniej przyjemnych. Bo choć P10 ma w nazwie Plus, to jednak należy mu się też parę minusów. Pierwszy za brak powłoki oleofobowej. To substancja, którą umieszcza się na szkle, a która jest od niego mniej chropowata. Dzięki temu wyświetlacz w mniejszym stopniu zbiera tłuszcz, kurz i odciski palców. Tymczasem w Huaweiu P10 Plus jej nie ma, przez co ekran nie wygląda zbyt estetycznie i po każdej rozmowie czy przeglądaniu internetu należałoby go przetrzeć. W telefonie za ponad 3 tys. zł to po prostu nie uchodzi. Winne jest ponoć szkło Gorilla Glas 5, które z powłoką oleofobową nie współpracuje dobrze i pojawiają się kłopoty z dotykiem. Huawei wybrał więc mniejsze zło (brud kontra rysy), ale mało estetyczne wrażenie jednak pozostaje.

Drugi minus to brak wodoszczelności. W zasadzie wszystkie topowe smartfony spełniają teraz normę IP 68 albo 67, a Huawei nie. I nie chodzi tu o to, bym chciał zabierać ze sobą telefon pod prysznic czy do wanny, ale jednak brak tej cechy na tle konkurencji po prostu razi, a będąc na wakacjach, możemy za wodoodpornością zatęsknić.

Jak widać lista zalet jest zdecydowanie dłuższa niż spis wad. Odpowiedź jednak na pytanie, czy warto kupić Huaweia P 10 Plus za 3399 zł, nie jest wbrew pozorom łatwa. Bo telefon, choć świetny, to jednak na kolana mnie nie rzucił. A chyba tylko w takim przypadku byłbym skłonny wydać tak gigantyczną kwotę. Dlatego dyplomatycznie napiszę, że... można się zastanowić. A ja dalej wrzucam bilon do świnki skarbonki i czekam, aż Huawei zafunduje mi efekt „wow”.