Na początek muszę się do czegoś przyznać. Czasami, gdy okazuje się, że doba jest o kilka godzin za krótka, brakuje czasu dla rodziny i zewsząd atakują niezałatwione sprawy, myślę sobie, że może by tak rzucić w cholerę dziennikarstwo i zająć się np. PR-em. A potem przychodzą sytuacje takie jak ta i dziękuje Bogu, że jednak tego nie zrobiłem.

Bo za żadne skarby świata nie chciałbym być teraz w skórze osób zajmujących się promowaniem smartfonów LG. Cóż one są winne temu, że centrala firmy wymyśliła, by sprzedawać najnowsze telefony w absurdalnie wysokich cenach? Pierwszy był flagowy LG G6, który na starcie kosztował 3299 zł. Smartfon ze wszech miar udany, tyle że z podzespołami na poziomie flagowców ubiegłorocznych. Stało się więc to, co stać się musiało, czyli na LG posypała się fala krytyki (zasłużonej), zaś ceny w sklepach i na aukcjach poszybowały szybciutko w dół, tak że dziś nowy egzemplarz można kupić na OLX za ok. 1900 zł, a w sklepie ok. 2 tys zł.

I choć za takie pieniądze ten telefon jest ze wszech miar godny polecenia i stanowi jeden z najlepszych w relacji jakość/cena, to mleko się już rozlało i nieprzyjemne wrażenie, że ktoś tu nieuczciwie traktuje klientów - pozostało. Teraz zaś przesympatyczny team zajmujący się PR-em LG musi z uśmiechem na ustach zbierać cięgi za kolejny zbyt wysoko wyceniony, choć w gruncie rzeczy udany telefon - Q6. Bo oto jego cena w Polsce została ustalona na 1499 zł. Nie jest to wymysł naszego rodzimego oddziału, ale globalna polityka koreańskiego giganta, który kolejny rok z rzędu nie jest w stanie zarobić na smartfonach, więc braki w kasie postanowił uzupełnić w sposób najprostszy, łupiąc klientów.

Oczywiście spokojnie jestem w stanie wymienić firmy, które robią tak z sukcesem od lat, w dodatku za pełnym przyzwoleniem konsumentów, ale jednak i Apple i Samsung są smartfonową ekstraklasą. A LG, mimo wielu lat starań i świetnym pomysłom (szerokokątne aparaty, bezramkowe konstrukcje) do ekstraklasy wciąż się tylko dobija.

Trzeba jednak też przyznać, że PR-owcy LG nie poddają się bez walki, za co czapki z głów. Świetnym posunięciem było np. wysyłanie egzemplarzy Q6 do osób testujących na długo przed tym, zanim poznaliśmy jego oficjalną cenę. Mechanizm jest prosty, kto pierwszy napisze/nagra coś o tym telefonie, ten może liczyć na największą ilość klików w internecie, stąd też w sieci i na YouTube sporo recenzji "ostrożnych", dość nieśmiało mówiących o brakach Q6, bo przecież nie było wiadomo ile będzie on kosztował, a inaczej należy oceniać słabości w telefonie za 900 zł, a inaczej w tym za 1500.

Cała nadzieja w tym, że Q6, wzorem G6 zacznie szybciutko tanieć. I wtedy może stać się moim zdaniem przebojem, bo średnia półka od lat cieszy się u nas największym powodzeniem, a telefon po prostu jest bardzo dobry - w sam raz dla osób, które nie wymagają od smartfona bicia rekordów świata w szybkości, a wystarczy im dobrze i pewnie działające urządzenie. W dodatku z bonusem. Tym bonusem jest ekran Full Vision, czyli panel o proporcjach 18:9 wypełniający niemal cały przód telefonu (a dokładnie 78 procent). Jego przekątna to 5,5 cala, ale dzięki takim proporcjom udało się go zmieścić w bardzo małej i zgrabnej obudowie, której bliżej do telefonów z 5 a nie 5,5 calowymi wyświetlaczami. Jest on bardzo dobrej jakości (IPS, 439 ppi), więc korzystanie z niego to w zasadzie sama przyjemność, może trochę mniejsza w słoneczne dni, bo panel mógłby być ciutkę jaśniejszy.

No i właśnie – gdyby telefon był wyceniony rozsądnie, czyli w granicach tysiąca zł, nie czepiałbym się w ogóle. Jednak te 500 zł więcej powoduje, że i moje wymagania jako klienta rosną, i chciałbym być bardziej dopieszczony. Na przykład pleckami ze szkła lub metalu a nie plastiku, nawet jeśli jest to najtrwalszy i najlepszy plastik na świecie (a chyba jednak nie jest, bo stosunkowo szybko zbiera nie tylko odciski palców, ale i drobne zarysowania). Albo diodą powiadomień, lub opcjonalnie systemem "Allways on display", który LG z powodzeniem stosuje w swoich urządzeniach. Tu jednak ani jednego, ani drugiego nie znajdziemy. Gdy więc na chwilę zostawimy gdzieś telefon, będziemy musieli go wybudzić, by dowiedzieć się, czy w międzyczasie ktoś do nas nie dzwonił, wysłał nam maila czy sms-a.

Jednak najbardziej dla mnie zadziwiający jest brak czytnika linii papilarnych. Ostatnim telefonem który testowałem, a który go nie miał, był chyba budżetowy Alcatel A5 LED, pozycjonowany jako telefon dla dzieci, a kosztujący nieco ponad 700 zł. A i w nim jego brak mnie nieco dziwił, bo przez ostatnie lata czytnik z synonimu luksusu stał się nieodłączną częścią nawet tanich urządzeń. A co dopiero telefonów kosztujących 1500 zł... LG w modelu Q6 stara się zrekompensować ten brak możliwością odblokowania telefonu za pomocą owalu twarzy, ale musi jeszcze upłynąć dużo wody w Wiśle, by ta metoda stała się równie funkcjonalna jak czytnik linii papilarnych. Na razie nie radzi sobie np. z okularami słonecznymi (co jest dość uciążliwe przy ładnej pogodzie), słabym oświetleniem, czy różnym położeniem twarzy.

Za 1500 zł wymagałbym też nieco więcej od aparatu fotograficznego. Nie znajdziemy tu szerokiego obiektywu głównego (i może dobrze, bo np. ten zastosowany w tanim LG X-cam wołał o pomstę do nieba), za to szeroki kąt jest w aparacie do selfie (5 mpx). Cóż jednak z tego, skoro fotografie nim robione delikatnie mówiąc, nie są najlepszej jakości. Brak im szczegółów, ostrości i niestety jest to jeden z najsłabszych aparatów do selfie, jakich ostatnio używałem. Aparat główny jest już o niebo lepszy, choć znów - za 1000 zł nie powiedziałbym o nim złego słowa, za 1500 już tak, bo po przybliżeniu zdjęcia mają stosunkowo mało szczegółów, krawędzie przedmiotów są nieostre i ewidentnie winę za to ponosi algorytm przetwarzania obrazu. Za to kolory są bardzo ładnie i naturalnie odwzorowane, HDR w trybie automatycznym radzi sobie też całkiem nieźle i przy dobrym oświetleniu strzelimy bardzo ładną wakacyjną fotkę. Oczywiście im światła mniej, tym zdjęcia wychodzą gorsze, ale wciąż nie jest źle. Wideo dzięki elektronicznej stabilizacji obrazu wychodzi zaskakująco dobrze. Przykład można zobaczyć tu.

Ostatnią rzeczą, na która trochę ponarzekam, jest procesor. Znów - za tysiąc złotych złego słowa nie powiedziałbym o Snapdragonie 435, który jest jednostką dość wydajną (40683 tys. pkt. w AnTuTu Benchmark), ale stosowaną w telefonach tańszych. W telefonach o 500 zł droższych wymagałbym jednak Snapdragona z 6-ka z przodu, ot choćby 625, w którego wyposażonych jest wiele tańszych od Q6 urządzeń. Tym niemniej uczciwie trzeba przyznać, że telefon działa bardzo płynnie i bezproblemowo, a dłużej jedynie musimy poczekać na zainstalowanie programów czy otworzenie bardziej wymagających aplikacji. Nie jest to jednak coś, co przeszkadzałoby w normalnym i bezstresowym używaniu Q6. Z pewnością jest to też zasługa przyzwoitych 3 GB pamieci RAM. Pamięci wbudowanej mamy 32 GB (około 25 dla użytkownika) i na szczęście możemy ją rozszerzyć kartą pamięci.

To, na co nie mogę narzekać, to system. Mamy najnowszego Androida 7.1, mamy bardzo funkcjonalną nakładkę LG, mamy kilka dodatków ułatwiających nam życie, np. kosz w którym telefon na wszelki wypadek przez 24 h trzyma jeszcze usunięte przez nas zdjęcia, filmy czy aplikacje, mamy Smart Doctora, czyli aplikację do zarządzania telefonem, mamy wreszcie coraz rzadziej spotykane radio FM. Na szczęście jest też NFC, możemy więc nasze Q6 zmienić w kartę płatniczą. Bateria ma 3000 mAh i starcza na spokojny dzień użytkowania (od 3 do 4,5 godzin pracy na włączonym ekranie, w zależności od tego co robimy). Szkoda tylko, że nie mamy żadnego trybu szybkiego jej naładowania.

Czy więc opłaca się kupować LG Q6? Teraz zdecydowanie nie. Ale za kilka miesięcy, gdy cena spadnie o jakieś 500 zł? Zdecydowanie tak. Jako telefon dla zwykłego Kowalskiego LG Q6 sprawdzi się idealnie.