Specyfikacja:
EKRAN:
Rozmiar: 13 cali
Typ: IPS
Szkło Corning Gorilla
Rozdzielczość: 2160 x 1440 pikseli
Kolory: 100 proc. gamy kolorów sRGB
Kontrast: 1000:1
Jasność: 350 nitów
PROCESOR:
Procesor Intel Core i5-7200U siódmej generacji
Procesor Intel Core i7-7500U siódmej generacji*
GPU: Intel HD Graphics 620
PAMIĘĆ:
256 GB / 512 GB SSD*
BATERIA:
5449 mAh

Wygląd
Zaczniejmy od budowy i wyglądu, bo to w urządzeniach premium jedna z ważniejszych rzeczy. Wyjmując swój sprzęt w kawiarni czy na spotkaniu ważne jest, by zaczarować kontrahenta/rozmówcę/przyszłego klienta. I tym urządzeniem spokojnie można to zrobić. Przede wszystkim MateBook X jest świetnie wykonany. Egzemplarz, który trafił do mnie do testów, zrobiony był z bardzo gustownego, grafitowego aluminiu. Nic nie trzeszczy, nic nie skrzypi, notebooka dzięki specjalnemu wycięciu spokojnie można otworzyć jedną ręką. Zawiasy są sztywne, ale pracują przyjemnie i pewnie, stawiając lekki opór. Sam wyświetlacz ma przekątną 13 cali i wąskie ramki, dzięki czemu wygląda bardzo nowocześnie. Szacunek w starbuniu gwarantowany.

Do tego MateBook X jest cieniutki (12,5 mm) i waży niewiele ponad 1 kg, więc nie ma najmniejszego problemu z jego przenoszeniem – zmieści się i do plecaka, i do skórzanej męskiej teczki i eleganckiej damskiej torby. Co lepsze, pracując na nim nie mamy poczucia, że to jakaś miniaturowa zabawka. To pełnoprawny notebook z krwi i kości, w dodatku z klawiaturą tak wygodną, że pod względem pisania pozostawia w pokonanym polu całe mnóstwo większych laptopów. W tym niestety mój domowy sprzęt, na który patrzę się teraz z pewną niechęcią, gdy przychodzi mi napisać kolejną recenzję. Na MateBooku X była to prawdziwa przyjemność, klawisze pracowały mięciutko, a liczba popełnianych przeze mnie literówek spadała niemal do zera. Klawisze były dokładnie w miejscu, w które celowały moje palce, wszystki ogonki magicznie pojawiały się tam, gdzie pojawić się powinny (kto spędza większość swojego życia przy komputerze, wie o czym piszę). Tym samym moje największe wątpliwości co do tego sprzętu zupełnie się nie sprawdziły, o wygodę pisania na małej klawiaturze obawiałem się najbardziej. Zupełnie niepotrzebnie i za to Huaweiowi należy się spory szacunek, bo jakby na to nie patrzeć, w dziedzinie laptopów jest jeszcze w porównaniu z innymi firmami nieopierzonym nowicjuszem. Oczywiście mamy też dwustopniowe, bardzo eleganckie podświetlanie klawiatury.

Miłym dodatkiem umieszczonym z prawej strony tuż obok głośnika jest czytnik linii papilarnych, który możemy sobie skonfigurować po wejściu w MateBook Managera. Działa doskonale i nie ma w tym nic dziwnego, w końcu czytniki, które Huawei stosuje w swoich telefonach, należą do jednych z najlepszych, o ile nie najlepszych. W MateBook Managerze ustawimy także działanie klawiszy funkcyjnych.

Złącza
Szału nie ma. Dwa wyjścia USB C, wyjście na słuchawki i... to by było na tyle. Na szczęście w pudełku znajdziemy adapter z portami: HDMI, VGA, USB i jeszcze jednym USB typu C. Niestety cały czas nie mamy czytnika kart pamięci (ani SD ani microSD), czyli jak dla mnie jednej z rzeczy z której najcześciej korzystam w laptopach. Ale może inni mają inaczej. W sumie – bieda, ale z drugiej strony tworząc tak cienkie urządzenie, Huawei musiał pójść na jakieś ustępstwa. I można to zrozumieć. Musimy tylko pamiętać, by podłączyć ładowarkę do wejścia na lewym boku, bo tylko ono obsługuje ładowanie. Jeśli się pomylimy, możemy rano mieć spory kłopot.

Ekran
Na pierwszy rzut oka dzięki cieniutkim ramkom prezentuje się doskonale. Gdy jednak komputer się uruchomi, wrażenie luksusu troszkę się ulatnia. Matryca nie jest matowa a błyszcząca, przez co wszystko bardzo się od niej odbija. A biorąc pod uwagę, że sprzęt jest niesłychanie mobilny, często może się zdarzyć, że uruchomicie go na świeżym powietrzu, czyli na słońcu, ale też i w kawiarni przy mocnym oświetleniu. I wtedy zatęsknicie za matową powłoką... W Matebooku X wzorem smartfonów zainstalowano też czujnik światła, ale ja szybciutko z niego zrezygnowałem. Ekran notorycznie był zbyt ciemny i ustawienia ręczne sprawdzały się lepiej. Ekran jest bardzo dobrej jakości (2160x1440 pikseli, wykonany w proporcjach 3:2) a przede wszystkim jest bardzo jasny, co sprawia, że jest też bardzo czytelny (gdyby nie te odbicia). Korzystając z niego w całkowitych ciemnościach możemy się przełączyć w tryb nocny, co sprawia, że nasze oczy mniej się męczą.

Touchpad
Warto poświęcić mu parę zdań, bo ze względu na ubogość portów podłączenie myszki do tego urządzenia nie jest proste i najczęściej będziemy zmuszeni posługiwać się właśnie gładzikiem. Trochę niestety ponarzekam na jego działanie. Dwa czy trzy razy zdarzyło mi się, że nie wiedzieć czemu zaczynał działać nieprecyzyjnie, łapiąc „piętro wyżej” niż wskazywałby na to kursor na ekranie. Dopiero zresetowanie touchpada powodowało, że wszystko zaczynało działać tak, jak trzeba. Gdyby nie ta dziwna przypadłość, spokojnie określiłbym go jako jeden z lepszych, z jakimi miałem do czynienia. Obsługuje też gesty trzema i czterema palcami, dzięki czemu praca z nim jest prawdziwą przyjemnością.

Głośniki
Jak na tak małe urządzenie grają zadziwiająco dobrze. Są sygnowane marką Dolby Atmos, a w programie o takiej samej nazwie znajdziemy możliwość ich konfiguracji. Mamy tryby: Dynamiczny, Filmy, Muzyka, Gry i Głos, oraz możliwość ręcznego ustawienia korektora dźwięku.

Wydajność
Powoli czas odpowiedzieć na proste pytanie – czy MateBook X jest tylko pięknie wyglądającą, drogą zabawką, czy też urządzeniem z którego można korzystać „na poważnie”? Mój testowy egzemplarz wyposażony był w procesor Intel Core i5 7200U. To dwurdzeniowy układ o taktowaniu 2.5 GHz, które w trybie Turbo zwiększa się do 3.1 Ghz. Jest także wersja z mocniejszym i7. Notebook ma pasywne chłodzenie, czyli jest cicho jak makiem zasiał, ale komputer przy obciążeniu jednak się nagrzewa, co skutkuje spadkiem wydajności. Tak czy owak do tego, do czego został zaprojektowany, czyli do pakietów biurowych plus internet, sprawdza się bardzo dobrze i wstydu na spotkaniu czy prezentacji w żadnym razie Wam nie przyniesie. Nie ma sensu zmuszać go jednak np. do edytowania filmów – to nie jest jego bajka – zmęczycie się wy, zmęczy się i MateBook. Pamięci RAM mamy 8 GB, układ graficzny to zintegrowany Intel HD 620, a wersja ze słabszym procesorem ma zamontowany dysk SSD o pojemności 256 GB.

Bateria
Przy średnim obciążeniu, czyli głównie pisaniu i kilku otwartych kartach Microsoft Edge, X wytrzymywał mi około 6, 7h. Ale oglądanie np. filmów na YouTube skracało ten czas do 4, może 5 godzin. Z pewnością gdybym włączył automatyczną regulację jasności i tryb energooszczędny ten czas znacznie by sie wydłużył. Ale wyobrażacie sobie pokazywanie tabelek i wykresów na ekranie na którym niewiele widać? Ja też nie. W sumie źle nie jest ale nie tylko spodziewał bym się, lecz wręcz oczekiwałbym dłuższego czasu pracy na baterii. Bo wychodząc z domu zawsze zastanawiałem się, czy przypadkiem nie spakować ze sobą ładowarki (a to kolejna po adapterze rzecz, którą należy wrzucić do plecaka). Przyznacie, że ciąganie ze sobą tych akcesoriów (choć są niewielkich rozmiarów), jakoś nie pasuje mi do ultra mobilności samego notebooka.

Czyli:
MateBook X nie jest urządzeniem idealnym. Ale i tak jest urządzeniem, które, przez swoje wymiary i działanie, chciałbym mieć i z którego korzystałbym bardzo często. Ceny to 4800 zł za wersję słabszą (bez złotówki), i 5800 za wersję mocniejszą (bez złotówki). Drogo, ale tyle albo i sporo więcej płaci się za biznesową klasę premium. Oczywiście za takie pieniądze dostaniemy wiele laptopów, które będą działały lepiej. Ale z drugiej strony niewiele z nich będzie wyglądać tak dobrze, a chyba żaden nie będzie tak „mobilny”. Czyli jak zwykle w takich przypadkach musimy dobrze skalkulować. Jeśli potrzebujemy czegoś „na miasto”, co poprawi nasz wizerunek, śmiało bierzmy MateBooka X.