Wygląd
Trzeba przyznać, że Wiko, jak na rasową Francuzkę przystało, potrafi sprawić świetne pierwsze wrażenie. Jest zgrabny (choć w oldskulowym stylu, o wąskich ramkach mowy nie ma), a przede wszystkim jest czerwony! Możecie się śmiać, ale w całym zalewie szklanych i metalowych smartfonów we wszelkich odcieniach czerni, szarości i złota, żywy „color cherry”, jak nazywa go producent, czyli po prostu wiśniowy, wygląda świeżo, radośnie i bardzo ładnie.

Ostatnią firmą, która robiła kolorowe telefony, była stara Nokia i mi osobiście bardzo takich modeli brakuje na rynku. Oczywiście telefon jest plastikowy, ale w tym przedziale cenowym zupełnie mi to nie przeszkadza. Przynajmniej jeżeli chodzi o wygląd. Bo gdy przestaniemy go już podziwiać i w końcu weźmiemy do ręki to okaże się, że plastik po pierwsze jest dość śliski (szkoda, że nie jest matowy), a po drugie zbiera odciski palców w sposób, którego nie powstydziłby się niejeden szklany flagowiec. Poza wiśniowym kolorem więcej ekstrawagancji w wyglądzie Wiko WIM Lite nie ma, ale jest wszystko to, co powinno być – solidne trzy klawisze do włączania i regulacji głośności na prawym boku, tacka na hybrydowy slot na karty SIM na lewym, wejście słuchawkowe na górnej krawędzi, głośnik i starsza wersja USB na dolnej, a z tyłu czytnik linii papilarnych i oczko aparatu z diodą doświetlającą. Oraz sporo niewykorzystanej powierzchni nad i pod ekranem. W sumie jak na klasę średnią – jest bardzo dobrze.

Specyfikacja
Jak na klasę średnią bardzo dobra jest też specyfikacja tego smartfona. Snapdragon 435 (przyzwoite 46590 pkt w AnTuTu Benchmark), 3 GB pamięci RAM, 32 GB pamięci wbudowanej (z możliwością rozszerzenia jej kartą pamięci), do tego dobrze wyglądająca na papierze bateria o pojemności 3000 mAh. W dodatku mamy tu NFC, czyli możemy zamienić telefon w kartę płatniczą, polecam, to bardzo wygodne rozwiązanie, ja osobiście nie wyobrażam już sobie używania smartfona bez tego modułu. A warto zaznaczyć, że wiele nawet dużo droższych telefonów, takiej możliwości nie ma. Jeśli dorzucimy do tego czytnik linii papilarnych (więcej o nim za chwilę), aparaty o rozdzielczości 13 mpx (tylny, przesłona 2.0) i 16 mpx (tak, 16, to nie pomyłka przedni), oba z diodami doświetlającymi, diodę powiadomień oraz pięciocalowy ekran IPS FHD 441 ppi, i spojrzymy na to przez pryzmat bardzo uczciwej ceny, czyli 799 zł (choć ostatnio w promocji telefon kosztował jedynie 619 zł), to Wiko WIM Lite wyda nam się okazją stulecia. Jest jednak jedno ale. Aby te wszystkie komponenty sprawnie ze sobą współgrały, potrzebne jest solidne oprogramowanie.

Działanie
Gdy nacieszymy już oczy wyglądem naszego Wiko, przychodzi pora, by go uruchomić. Możemy to zrobić, korzystając z czytnika linii papilarnych. To będzie wymagało jednak od nas cierpliwości, bo od momentu dotknięcia palcem skanera do podświetlenia ekranu mija parę ładnych chwil. Telefon miewa też problemy z prawidłowym odczytaniem palca i w sumie nie jest najmocniejszą stroną Wiko WIM Lite. Ale i tak fajnie, że jest. Gdy już uda nam się dostać do środka, naszym oczom ukazuje się autorska nakładka Wiko na Androida (tu w wersji 7.1). Jej wygląd pasuje do kolorowych telefonów – jest po prostu młodzieżowa i młodym powinna się podobać (w każdym razie moje dzieci były na „tak”). I jest też dość rozbudowana. Ja osobiście nie jestem zwolennikiem „czystego Androida”, lubię, gdy producent dokłada do niego coś od siebie, tyle, że nie jest to sztuka łatwa. Problemy z tym mają takie tuzy jak Samsung, mimo stałych modyfikacji wciąż za jego nakładką ciągnie się opinia ociężałej i spowalniającej działanie telefonu. Dlatego też pewnie firmy zamiast przejmować się wygodą klientów, coraz częściej ładują do swoich urządzeń goluteńki system Googla, przekuwając porażkę w sukces i chwaląc się szybkością działania i aktualizacji. A jeśli komuś nie będzie się podobała galeria czy odtwarzacz muzyki, to już nie ich problem. Zawsze przecież może sobie doinstalować alternatywny zamiennik ze sklepu Play na własną rękę. Dlatego – cieszę się, że Wiko nie poszło tą drogą, ale chyba trochę mu nie wyszło. Telefon nie jest bowiem wolny od błędów.

Po pierwsze: z lewej strony głównego ekranu możemy wysunąć bardzo fajnie pomyślaną kartę – z ostatnio używanymi kontaktami, ulubionymi aplikacjami, interesującymi nas artykułami, nadchodzącymi wydarzeniami czy pogodą. I wszystko pięknie, tylko pogoda za nic na świecie nie chciała mi się w tym miejscu zaktualizować, czy dzień czy noc, stale miałem słońce i 12 stopni. Pomagało dopiero ukrycie tego modułu, a następnie ponowne jego przywrócenie w ustawieniach. Czyli pomysł na kartę świetny, ale wykonanie udane w 80 proc.

Po drugie: gdy włączymy ustawienia, naszym oczom ukaże się standardowe, przewijane z góry w dół menu. Gdy wejdziemy w którąś z zakładek (np. nie przetłumaczony na głównej stronie Smart Gesture, ale w środku już spolszczony kreator gestów) i wybierzemy sobie powiedzmy narysowanie „o” na wyłączonym ekranie, co powinno nas przenosić do aparatu, to po sprawdzeniu, czy opcja działa, nie możemy wejść ponownie w ustawienia i cofnąć się o jeden poziom korzystając z ostatnio otwartych aplikacji. Zawsze telefon wyrzuci nas wtedy do ekranu głównego. A na przykład gdy będziemy chcieli wejść w ten sposób do trzymanych w pamięci galerii lub przeglądarki internetowej i cofnąć się o jeden poziom, nie ma z tym najmniejszego problemu. Dziwne i dość irytujące.

Po trzecie: rozmowy telefoniczne (bardzo dobra jakość) zawsze kończyłem ze zsuniętą belką powiadomień, co świadczyło o tym, że czujnik zbliżeniowy wyłączający ekran podczas wykonywania połączeń nie działa tak, jak powinien.

Po czwarte: telefon trzymany w kieszeni potrafi się sam uruchomić, a przynajmniej mi się tak zdarzyło, co poskutkowało wysłaniem jednego SMS-a (przepraszam Tomek, nic od Ciebie nie chciałem) i przełączeniem języka w nawigacji Googla. A potem, gdy ją włączyłem, telefon przemówił do mnie tak:

Po piąte: niestety, w ciągu ponad dwóch tygodni telefon trzy razy sam z siebie się wyłączył. OK, miałem w nim służbową kartę, więc przez jakiś czas (nie wiem jaki), nikt nie zawracał mi głowy. Ale sami przyznacie, że takie rzeczy nie powinny mieć miejsca.

Na szczęście jest też sporo rzeczy, które działają bardzo dobrze. To podwójne uderzenie w ekran, by go wybudzić, i podwójne uderzenie w środkowy przycisk funkcyjny, by ekran wyłączyć. To doskonale działająca blokada aplikacji – dzięki niej w prosty sposób możemy zabezpieczyć np. odciskiem palca te programy i miejsca w telefonie, które mają być dostępne tylko dla nas. To coraz rzadziej spotykane Radio. To bardzo fajna galeria czy aplikacja do odtwarzania muzyki, czy w końcu Pomoc Telefonu, czyli menadżer służący do optymalizacji naszego urządzenia.

Najmocniejsze punkty Wiko
Porzucając już nieszczęsne oprogramowanie, pora napisać o dwóch rzeczach, w których Wiko zawstydza konkurencję droższą o kilkaset złotych i pokazuje, że średnia półka może zadowolić nawet bardziej wymagających użytkowników.
To przede wszystkim jakość zdjęć. Obie kamerki robią doskonałe fotografie. Selfie dzięki 16 mpx obiektywowi są bardzo szczegółowe, a dzięki diodzie doświetlającej wyjdą dobre nawet na klubowej imprezie.

13 mpx kamera główna zaś doskonale trafia z ostrością, którą ustawia bardzo szybko, kolory zdjęć są nasycone, ale nie przesycone, mamy możliwość wyboru trybu profesjonalnego, w którym ustawimy nasycenie, ekspozycję, ISO, balans bieli czy ostrość. A choć nie mamy podwójnej kamery, to jest także tryb portretowy pozwalający nam rozmyć ostrość tła przy fotografowaniu osób. Do tego rozbudowany edytor, dzięki któremu możemy sobie nasze zdjęcia w dowolny sposób poprawiać czy modyfikować.

Filmy nakręcimy w rozdzielczości FHD i HD, jest dobrze działająca elektroniczna stabilizacja obrazu i z pracy kamery będziemy bardzo zadowoleni.
Kolejną rzeczą, która stoi na poziomie o wiele wyższym niż cena tego telefonu, jest odtwarzanie muzyki. Oczywiście mówimy tu o słuchawkach, a nie o pojedynczym głośniku zewnętrznym. W aplikacji znajdziemy korektor z kilkoma trybami, jest możliwość ręcznego dostosowania ustawień, ale już nawet w trybie zwykłym Wiko WIM Lite zostawia w pokonanym polu wiele droższych urządzeń. Ja porównywałem go z Sony Xperią X i Xiaomi Redmi Note 3 i oba były zauważalnie gorsze od Wiko. W sumie za te dwa punkty – czapki z głów dla Francuzów.

I na koniec bateria. Tu znów Wiko pokazuje swoją nierówność, bo 3000 mAh powinny zapewniać temu urządzeniu dłuższą żywotność. A niestety wyniki są co najwyżej przeciętne. Jeden, góra półtora dnia pracy, do trzech godzin działania na włączonym ekranie, szału nie ma.

Podsumowanie
Jakim jest więc Wiko WIM Lite telefonem? Na pewno niesłychanie trudnym do oceny i popadającym ze skrajności w skrajność. W pewnych dziedzinach zahaczającym o klasę wyższą, w innych zaś spadającym poniżej swojego założonego poziomu. Jeśli komuś zależy na świetnych zdjęciach, doskonałym audio czy bogatym oprogramowaniu w niskiej cenie, a jest w stanie pogodzić się z możliwą niestabilnością urządzenia, może Wiko kupować bez zastanowienia. Jeśli zaś ktoś potrzebuje przede wszystkim telefonu niezawodnego, lepiej niech poszuka czegoś innego.