Różnice między bardzo udanym flagowcem HTC – U11, a jego młodszym bratem są spore. Ale w tym wypadku trudno mówić o typowym dla innych marek „żerowaniu” na popularności droższego modelu. U11 Life jest raczej telefonem opartym na innym pomyśle. Tajwańczycy zrezygnowali w nim bowiem ze swojej nakładki HTC Sense na rzecz czystego Androida – U11 Life jest reprezentantem projektu Android One. Udział w nim daje gwarancję aktualizacji systemu przez dwa lata i dla wielu użytkowników jest to wartość nie do przecenienia. Ale oczywiście nie jest to jedyna różnica.

Wygląd, wykonanie
U 11 Life jest od flagowego U11 po pierwsze mniejszy. Przekątna ekranu to 5,2 cala, dzięki czemu smartfon spokojnie można nazwać zgrabnym. Choć oczywiście nie da się ukryć, że jest zbudowany wg. odchodzących powoli w zapomnienie trendów z proporcjami 16:9 a nie 2:1, więc i przestrzeni nad i pod ekranem jest sporo. Po bokach także, ale ta jest dla odmiany sprytnie wykorzystana – obsługuje funkcję „Edge Sense”, czyli ściskanie krawędzi w celu wywołania konkretnych funkcji. Możemy więc w ten sposób włączyć aparat, przeglądarkę, czy zrobić zdjęcie.

Ekran to dobrej jakości panel Super LCD o zagęszczeniu 424 pixeli na cal, który sprawdza się też i na dworze (choć uczciwie przyznaję, że z racji pogody nie byłem w stanie przetestować go w pełnym słońcu). Smartfon jest plastikowy, co może w teorii nie brzmi najlepiej, ale po wzięciu U11 Life do ręki wszelkie wątpliwości mijają. Po prostu telefon leży w niej bardzo dobrze – jest miło zaoblony po bokach, przyjemny w dotyku i… miękki. To chyba najbardziej adekwatne słowo, którym mogę go opisać. Nie jest też, odwrotnie niż jego większy szklany brat, specjalnie śliski, choć podobnie jak on bardzo łatwo zbiera odciski palców. 

Sporo osób z radością przyjmie fakt, że czytnik linii papilarnych umieszczono z przodu pod ekranem, a nie z tyłu urządzenia. Działa dobrze – nie jest najszybszy ale za to jest bardzo precyzyjny i praktycznie za każdym razem odczytuje nasz palec. Z jego lewej i prawej strony umieszczono dwa podświetlane przyciski funkcyjne.

Na dolnej krawędzi – centralnie, jest głośnik, a wejście USB C przesunięto w prawo.

Na prawym boku są dwa klawisze (do włączania telefonu i regulacji głośności), na krawędzi górnej – tacka na kartę SIM i kartę pamięci. I to by było na tyle, czyli niestety nigdzie nie ma wejścia na słuchawki. Ale o tym więcej za chwilę.

Specyfikacja, działanie
W tych dziedzinach HTC U11 Life to solidna średnia klasa. Procesor Snapdragon 630 to nieco ulepszona, bardziej energooszczędna wersja średniopółkowego klasyka – Snapdragona 625. Do tego mamy dołożone 3 GB RAM i 32 pamięci wbudowanej (rozszerzanej kartą pamięci). W AnTuTu Benchmark daje to 74061 pkt, a praca z telefonem jest przyjemna – wszystko dzieje się płynnie, stabilnie i w akceptowalnym dla tej klasy tempie (czyli średnio – bo klasa też średnia). Telefon świetnie sprawdza się w roli nawigacji, GPS szybko wyszukuje satelity i bez problemu prowadzi nas do celu, a choć z pewnością nie jest to urządzenie przeznaczone dla miłośników gier, to jednak bezproblemowo jesteśmy w stanie uruchomić nawet te bardziej wymagające tytuły.

Bardzo miłym dodatkiem, w zasadzie niespotykanym w tej klasie telefonów (jedyny, który przychodzi mi do głowy, to Samsung Galaxy A5 2017), jest norma IP 67. Oznacza to, że urządzenie jest pyło i wodo odporne i powinno bez kłopotów przetrwać półgodzinne zanurzenie. Dużym plusem jest moduł NFC (co w tej klasie, zwłaszcza u chińskich producentów, nie jest tak oczywiste). Tajwańczycy na szczęście na tym polu nie oszczędzają, więc bez kłopotu zamienimy naszego U11 Lite w kartę płatniczą. Mamy także diodę powiadomień, więc spokojnie mogę napisać, że w kategorii „dodatki praktyczne” wyposażenie urządzenia jest kompletne.

Zdjęcia, wideo
Tu znów jest dobrze. A nawet jak na tą klasę, bardzo dobrze. Co prawda z tyłu nie znajdziemy podwójnego aparatu, a pojedynczy, 16 mpx, z przesłoną 2.0 i elektroniczną stabilizacją obrazu. Ale ja osobiście wolę aparat jeden, za to działający bardzo dobrze, niż dwa, które działają... do niczego (tak Xiaomi Mi A1, piszę tu właśnie o tobie). Zdjęcia są ładne, ostre, o przyjemnym, ciepłym odwzorowaniu kolorów, a HDR, który możemy ustawić w tryb auto, świetnie wyciąga ciemne elementy (choć takie ujęcia zapisują się dość długo). Oczywiście im światła mniej, tym zdjęcia gorsze, ale wciąż do zaakceptowania. Jest także tryb profesjonalny z ręcznymi ustawieniami. Kamerka do selfie także ma 16 mpx i przesłonę 2.0, więc o wyniki jej pracy możemy być spokojni.

Na jeszcze wyższym poziomie niż zdjęcia stoją nagrania wideo. Możemy je robić w rozdzielczościach 4K, FHD, HD i niższych, elektroniczna stabilizacja obrazu ładnie tłumi drgania i nie zniekształca filmu, a w dodatku dźwięk możemy nagrać w wysokiej jakości Hi-Res Audio. Flagowce Xiaomi kosztujące w okolicach 2 tys zł. takiej optyki mogą Tajwańczykom tylko pozazdrościć.

Muzyka
Tu muszę się zatrzymać na dłużej, bo to co jest mocną stroną tego telefonu, paradoksalnie jest też jedną z jego największych wad. I nie, wcale nie myślę tu o braku wyjścia na słuchawki. Oczywiście to, że go nie ma, doskwiera, ale rekompensują to słuchawki które znajdziemy w pudełku oraz tryb HTC USonic z aktywną redukcją szumów. Po podłączeniu rzeczonych słuchawek do USB C, aktywuje się program, który skanuje nasze uszy i tworzy osobisty profil dźwiękowy. A potem nie pozostaje nic innego, jak oddać się słuchaniu dźwięków w świetnej jakości. Jeśli jednak przyszłoby nam do głowy, by posłuchać muzyki w naszych ulubionych słuchawkach, to niestety. Po pierwsze – w zestawie nie znajdziemy przejściówki (a przynajmniej w moim jej nie było, choć muszę napisać, że było to pudełko dla egzemplarza testowego i jego zawartość może się różnić od tego, co dostaniemy w sklepie. Lepiej się więc upewnić przed zakupem). Po drugie – jeśli jej nie będzie, to te innych producentów nie zadziałają. Potrzebujemy przejściówki HTC z przetwornikiem cyfrowo-analogowym (DAC) dedykowanym tej firmie. Czyli po prostu jest z tym kłopot.

Oprogramowanie, bateria
Android w wersji 8, czyli Oreo, wciąż jest jeszcze mało popularny. W momencie gdy ten tekst powstaje (czyli w drugiej połowie grudnia 2017 r.) nie ma go np. dla Xiaomi Mi A1, czyli telefonu który tak jak U11 Life bierze udział w projekcie Android One. A w HTC jest i działa bardzo dobrze. Oczywiście jest to tzw. „golas”, czyli jeżeli nie chcemy korzystać z googlowskich aplikacji do odtwarzania muzyki, czy galerii, musimy sami poszukać sobie zamienników w sklepie Play. Tajwańczycy zafundowali nam jednak do niego kilka dodatków. O dwóch, czyli ściskaniu telefonu i skanowaniu uszu już pisałem, ale są też drobniejsze, za to bardzo użyteczne zmiany. Pierwsza to tryb nocny, po włączeniu którego ograniczana jest emisja niebieskiego światła i nasze oczy mniej się męczą. Druga – to możliwość ustawienia na górnej belce procentowego użycia baterii. Małe rzeczy, a jednak cieszą.

A skoro przy baterii jesteśmy. Musze się przyznać, że gdy zobaczyłem, jaką ma ona pojemność (2600 mAh), lekko mnie zmroziło, bo standardem jest ok. 3000 mAh. Ale po kilku dniach używania telefonu mój strach minął, bo U11 Life nie jest pod względem czasu działania na baterii ani lepszy ani gorszy od konkurencji. Spokojnie wytrzymuje od jednego do półtora dnia na jednym ładowaniu.

Czyli…
HTC U11 Life kosztuje około 1500 zł. Moim zdaniem cena o 200 zł niższa byłaby bardziej adekwatna, ale tak czy owak specjalnie nie przepłacamy. Dostajemy bowiem produkt co prawda z kilkoma wadami (który telefon ich nie ma), ale też z zaletami, które stawiają go w czołówce średniej półki.