P20 wygląda przepięknie. Z wierzchu mamy dobrej jakości szkło, a ramki są na tyle cienkie, że mimo 6,1-calowego wyświetlacza w technologii OLED i rozdzielczości 2240x1080, telefon nie wygląda na zbyt duży. U góry ekranu znajdziemy wycięcie, przypominające to z iPhone X, mieszczące aparat do selfie o rozdzielczości 24 megapiksela. Z tyłu zaś mamy bardzo dobrej jakości plastik przykryty szkłem, z którego wystają (niestety) 3 obiektywy. Telefon jest dostępny w kilku kolorach – od przepięknego, gradientowego Twilight, przez niebieski i czarny.

Z lewej strony telefonu mamy gniazdo DualSim, z prawej przycisk odblokowania i regulację głośności. Z dołu zaś znajdziemy gniazdo USB-C. Telefon nie ma ani slotu karty pamięci ani wejścia słuchawkowego (producent wolał bowiem zamontować głośniki stereo na górze i dole telefonu niż przeznaczyć miejsce na jacka).
Pod maską telefonu znajdziemy najnowszy procesor chińskiego koncernu – Kirin 970 ze ścieżkami neuralnymi, 6GB RAM oraz 128GB miejsca na dane. Wszystko pracuje pod nakładką EMUI 8.1 na Androida Oreo w wersji 8.1

Jeśli chodzi o syntetyczne benchmarki, to P20Pro osiąga w AnTuTu 207 tys. punktów, to jednak mniej niż Samsung S9 (241 tys.) i iPhoneX (224 tys.). Gorzej od konkurencji P20 Pro wypada także w Geekbenchu - w teście pojedynczego rdzenia osiąga 1874 punkty (S9 – 3105, iPhone X -4244), a w teście multi-core osiąga 6744 punkty, czyli także mniej od S9 (8750) i iPhone X (10401). Mimo niższych wyników w testach, P20 Pro i tak jest wystarczająco szybki. Nie ma problemów z wymagającymi grami czy aplikacjami – wszystko działa płynnie. P20 Pro działa też wyczuwalnie szybciej od mojego Samsunga S8.

Nakładka EMUI jest przyjazna – praktycznie przypomina czysty Android z kilkoma dodatkami. Muszę jednak odjąć jeden punkt za to, że zrezygnowano z numerków powiadomień przy aplikacjach, mamy tylko kolorowe kropki pokazujące, że coś się w aplikacji wydarzyło. Takie rozwiązanie nie za bardzo przypadło mi do gustu.
Co ważne, P20 Pro to jeden z niewielu smartfonów, w którym wreszcie działa odblokowywanie twarzą. Nie ma problemów z rozpoznawaniem naszych rysów, nawet po ciemku gdy obudzimy się w środku nocy i chcemy włączyć muzykę, czy sprawdzić coś w sieci.

Jeśli chodzi o lokalizację czytnika linii papilarnych, to jest z przodu. Z jednej strony to mniej ergonomiczne rozwiązanie, niż umieszczenie go obok obiektywów. Z drugiej jednak strony, czytnik ten można stosować jako mini touchpad do sterowania telefonem, więc jeśli korzystamy z tej opcji, to faktycznie jego lokalizacja ma sens.

Przejdźmy teraz do najważniejszej funkcji smartfona, czyli fotografowania. Według DxO P20 Pro wygrywa z konkurencją, osiągając 109 punktów i wyprzedzając S9 aż o 10 punktów. Zdjęcia potwierdzają tak wysoki wynik. P20 Pro robi naprawdę świetne fotografie w każdych warunkach pogodowych czy świetlnych. W nocy widać, że większy sensor w P20 Pro niż w poprzednich modelach czy u konkurencji, przynosi efekty. W specjalnym trybie zdjęć nocnych yraźnie widać wszystkie obiekty, nie ma np. problemu z rozmazanymi światłami lmp ulicznych, czy samochodów.

Telefon wykorzystuje też elementy sztucznej inteligencji, wbudowane w procesor do fotografowania. Gdy nakierujemy obiektyw na przedmiot, A.I rozpoznaje co to jest i sama włącza specjalny tryb robienia zdjęć – jak roślinność czy jedzenie. Nie trzeba nic samemu przełączać. Dzięki trzykrotnemu zoomowi optycznemu możemy też robić zdjęcia, które wyglądają nieźle przy przybliżeniu fotografowanego obiektu (niestety trzeba wtedy przełączyć matrycę w rozdzielczość 10 MP, bo przy 40MP nie da się zrobić zbliżenia). Do tego mamy oczywiście świetny tryb czarnobiały, możliwość kręcenia wideo 4K oraz slow motion.

Niestety nikt jeszcze nie stworzył telefonu idealnego i dlatego P20 Pro też nie jest pozbawiony wad. Po pierwsze to wystające obiektywy z tyłu obudowy, które psują design. Po drugie brak slotu karty SD. Trzecim minusem jest brak funkcji bezprzewodowego ładowania. Tak, bateria 4000 mAh wystarczy na dzień zabawy, tak telefon ma wbudowaną funkcję szybkiego ładowania, ale mamy 2018 i każdy flagowiec powinien współpracować ze standardem Qi. To po prostu jest wygodniejsze niż podpinanie kabla.

Ostatnią wadą telefonu są dość słabe słuchawki. Owszem, są bardzo wygodne, ale grają tak sobie. Nawet po włączeniu maksymalnej głośności podczas odsłuchiwania "Tureckiego Marszu" Mozarta nie słychać wszystkich instrumentów. Dopiero po podpięciu czegoś porządnego – jak choćby Razer Hammereads v2, muzyka z telefonu zaczyna żyć. Szkoda, że firma nie zdecydowała się podnieść trochę cenę urządzenia, dając nam za to dużo lepsze słuchawki. Jeśli bowiem jesteście fanami muzyki, to i tak trzeba będzie zainwestować w własne akcesoria.

Podsumowując. P20 Pro jest najlepszym telefonem, jaki wyszedł z laboratoriów Huawei. Ma genialny aparat i świetną kamerę do nagrywania filmów. Jest wystarczająco szybki, ma dużo miejsca na dane i wygodną nakładkę na Androida. Owszem, ma kilka minusów, jak choćby brak ładowania bezprzewodowego, ale to i tak jest jeden z fajniejszych flagowców ostatnich miesięcy.