Siłą Neffosów jest przede wszystkim dobry stosunek ceny do jakości. Za kilkaset złotych możemy dostać urządzenia dobrze wykonane i przyzwoicie działające, które sprostają wymaganiom sporej części mniej wymagających użytkowników. Czy tak jest też w przypadku Neffosa Y5s? Firma określa go jako produkt: „dla osób poszukujących prostych i niedrogich rozwiązań”. I, trzeba przyznać, to hasło doskonale oddaje ducha tego budżetowego telefonu, kosztującego 349 zł.

Budowa, wykonanie

Gdy pierwszy raz wziąłem Y5s do ręki, przeniosłem się w czasie o ładnych parę lat wstecz. Plastikowa, zdejmowana obudowa to coś, czego właściwie już się nie spotyka. Po jej ściągnięciu (bezproblemowym, dzięki niewielkiemu wgłębieniu w prawym dolnym rogu) naszym oczom ukazuje się bateria (niestety nie mamy możliwości jej wyjęcia), dwa sloty na karty SIM (mikro, nie nano), z boku zaś jest miejsce na kartę pamięci (do 32 GB).

Muszę się przyznać, że umieszczenie SIM-ki w telefonie było dla mnie nie lada wyzwaniem, bo przyzwyczaiłem się już, że po prostu kładę ją na tacce, którą wsuwam do smartfona i po kłopocie. A tu… Po pierwsze musiałem pogrzebać głębiej w szufladzie, by znaleźć adapter do kart, bo wszystkie mam oczywiście w formacie nano. Po drugie – musiałem uporać się z mechanizmem, który łatwo poddać się nie chciał. Do tego stopnia, że zdesperowany sięgnąłem do instrukcji obsługi, co jak wiadomo, jest ujmą na honorze każdego mężczyzny. W końcu po długich bojach udało mi się go rozpracować, nie uszkadzając przy tym niczego. Gdyby ktoś był zainteresowany – by umieścić kartę w gnieździe należy lekko wcisnąć część ją przytrzymującą i przesunąć w dół, do momentu gdy usłyszymy trzask. Teraz możemy ją już podnieść, położyć kartę, przycisnąć i przesunąć w górę (znów musimy usłyszeć charakterystyczny odgłos).

Cała reszta telefonu jest o wiele mniej skomplikowana, a w zasadzie prosta jak drut. Dwa przyciski na lewym boku (włączania i regulacji głośności), wejście na mini-jacka na górnej krawędzi, USB starego typu na dolnej, z tyłu oczko aparatu z diodą doświetlającą, z przodu nad ekranem i nad srebrnym napisem „neffos” aparat do selfie, pod nim trzy, niestety nie podświetlane przyciski funkcyjne.

Głośnik ulokowany jest na pleckach, więc rzucenie telefonu np. na kanapę sprawi, że dzwonka możecie nie usłyszeć. W urządzeniu nie znajdziemy czytnika linii papilarnych, możemy go zabezpieczyć wzorem, PIN-em lub hasłem. Diody powiadomień także brak. Sam wyświetlacz, wykonany w technologii IPS, ma przekątną 5 cali, rozdzielczość HD (294 ppi) i bardzo słabe kąty widzenia. Niska rozdzielczość przy tej wielkości zupełnie nie przeszkadza, trochę bardziej kąty widzenia, ale najgorzej jest z jego jasnością – używanie Y5s w pełnym słońcu jest nie lada wyzwaniem (jest automatyczny czujnik jasności ekranu). Jak na urządzenie ze zdejmowanym tyłem telefon spasowany jest dobrze, a trzaski wydaje jedynie przy mocniejszym ściśnięciu.

Specyfikacja, działanie

Uwaga, wkraczamy na grząski dla budżetowej półki grunt. Sercem Y5s jest Snapdragon 210, wspomagany 2 GB pamięci RAM (30171 pkt. w AnTuTu Benchmark). Pamięci wbudowanej mamy 16 GB, są więc to wartości dla tej klasy telefonu akceptowalne. Czy wystarczające do sprawnego działania? W podstawowych zastosowaniach tak. Smartfon dość żwawo wczytuje strony internetowe (jest LTE), wchodzi w wiadomości, kontakty czy wybieranie numerów. O wiele dłużej trwa instalowanie i uruchamianie aplikacji, ale jeśli nie mamy noża na gardle i nie liczy się dla nas każda sekunda, to też można to zaakceptować. Ważne, że jakość połączeń głosowych jest dobra. Telefon sprawdzi się też w roli nawigacji, choć tu trzeba uważać, bo może nas czekać niemiła niespodzianka. Na przykład Y5s bez problemu prowadził mnie na trasie Warszawa – Korczew – Warszawa, ale do czasu. Bo gdy do nawigowania doszło odbieranie powiadomień z YouTube i Gmaila, okazało się to ponad siły smartfona i nawigacja po prostu się wyłączyła.

Do przeglądania zdjęć czy słuchania muzyki musimy wykorzystywać aplikacje Googla, ale do odtwarzania wideo Neffos dodaje już swoją aplikację. Zaskakującym i przyjemnym dodatkiem jest radio FM.
System to Android w wersji 7.1, z nakładką NFUI, która w tym modelu sprowadza się w zasadzie do dodania aplikacji z motywami (co jest moim zdaniem rozsądnym rozwiązaniem, nadmierne obciążanie telefonu mogłoby uczynić go trudnym do używania).

Z dziennikarskiego obowiązku muszę też napisać, że Neffosem Y5s możemy zrobić zdjęcie i nakręcić film. Tego drugiego w zasadzie bym nie polecał (maksymalna rozdzielczość to HD), to pierwsze można robić, choć cudów się nie spodziewajmy. Taka jest jednak specyfika telefonów budżetowych, więc zarzutu z tego robić nie będę. Na plus obecność trybu HDR. Aparaty mają rozdzielczość 8 (tył) i 2 (przód) mpx.

Bateria ma niewielką pojemność 2450 mAh, co jednak przy małym wyświetlaczu o niskiej rozdzielczości i słabym procesorze pozwala na spokojny dzień pracy z dala od ładowarki. Gdy już przyjdzie czas na napełnianie ogniwa, musimy przeznaczyć na to dłuższą chwilę, telefon nie obsługuje bowiem żadnej technologii szybkiego ładowania.

Neffos sugeruje też w swoich materiałach prasowych, że Y5s może być bardzo dobrym pomysłem na komunijny prezent. Moim skromnym zdaniem – nie ma racji. Dzieci mają bowiem to do siebie, że są stworzeniami nad wyraz niecierpliwymi. I to, co jest do zaakceptowania dla bardziej rozumniej części społeczeństwa, dla nich akceptowalne już nie będzie. Radość posiadania pierwszego smartfona dość szybko przerodzi się zaś we frustrację nad tempem odpalania gier (bo te prostsze tu uruchomimy, a nie ukrywajmy, to główne zastosowanie telefonów w rękach maluchów). To zaś skutkować będzie potrzebą wydania przez rodziców kolejnych setek złotych na smartfon, który będzie działał sprawniej. A tu konkurencja jest spora, dodając około 150 zł do ceny Y5s możemy znaleźć urządzenie z mocniejszym procesorem, które po prostu będzie działać lepiej.

Czyli…

Z Neffosem Y5s obcowałem dwa tygodnie. Myślałem, że nie dam rady. Dałem, i to bez większych problemów. Sprawdził się jako telefon służbowy i urządzenie do podstawowych zastosowań. Czyli dokładnie tak, jak pozycjonuje go firma. W sumie to duży plus, bo dość rzadko zdarza się, by treść prasowych komunikatów pokrywała się z rzeczywistością.