Najpierw krótko o tym, czym hoverboard, czyli deska żyroskopowa, nie jest. Nie jest środkiem transportu. Nie można jej porównywać do roweru czy hulajnogi, wypad do centrum albo na zakupy raczej nie wchodzi w grę. Jest ciężka (ponad 16 kg), pod pachę wziąć ją trudno, zaparkować przed jakimś lokalem nie ma jak. Trzeba też pamiętać o tym, że choć równe ścieżki rowerowe kuszą, to jednak wjazd na nie na hulajnodze, rolkach czy hoverboardzie jest niezgodny z przepisami i może się skończyć nawet mandatem. Jeśli jednak wymyślimy sobie czas i miejsce, w którym będziemy mogli z niej korzystać, czeka nas tylko jedno – świetna zabawa.

Dla mnie na początku takim miejscem był… korytarz w bloku. Gdzieś w końcu trzeba postawić pierwsze kroki, albo raczej przełamać niepewność i stanąć na desce. Korytarz zaś zapewnił mi bardzo przeze mnie pożądaną intymność – bo nikt nie marzy chyba o wywinięciu efektownego orła na oczach ludzi spacerujących po parku… Ewentualną pierwszą pomoc zapewnić miał mi mój syn, który też służył swoim ramieniem, gdy po raz pierwszy stawiałem nogę na „hołarda”, bo tak postanowiliśmy nazywać to urządzenie.

Technikalia
GoBoarda Elegance 10.5 HIP-HOP, bo taki model dostałem do testów od Nelro Data, włączamy przyciskiem który znajduje się pod jego spodem, z prawej strony. Z lewej jest gniazdo do ładowania. Gdy go wciśniemy, w desce zapalą się światła, a sygnał dźwiękowy powiadomi nas o tym, że wszystko gotowe jest już do jazdy. Nie pozostaje nam więc nic innego jak zacisnąć zęby, pokonać niepewność i postawić na niej najpierw jedną, a potem drugą nogę. Dobrze, by wspomóc się na ramieniu osoby która stoi w tym czasie obok nas. Największy kłopot jest… w naszej głowie. Bo gdy staniemy już na „hołardzie” okaże się, że dzięki żyroskopowi utrzymujemy równowagę bez najmniejszych kłopotów. By ruszyć, wystarczy przenieść środek ciężkości w stopach na palce, by się zatrzymać albo pojechać do tyłu – na pięty. Skręcamy przenosząc środek ciężkości na prawą bądź lewą nogę.

Jak na desce się jeździ? Na papierze wszystko brzmi prosto, w rzeczywistości… też jest proste. Do przodu byłem w stanie pojechać po jakichś 3, 4 minutach bliższej znajomości z „hołardem”, dodanie do tego skrętów zajęło mi kolejną chwilę. Wszystko pod czujnym okiem 11-letniego syna który zaciął się jak przeskakująca stara płyta na frazie: „teraz ja”. Nie było wyjścia – musiałem zejść z deski i oddać ją we władanie osoby, dla której w zasadzie taki sprzęt jest przeznaczony (choć w instrukcji nie ma ograniczeń wiekowych – a przynajmniej ja takowych nie znalazłem, jedyne dotyczą wagi – 120 kg, a tu chwilowo jeszcze się mieszczę). Ujeżdżanie przez niego „hołarda” odbyło się w tempie szybszym od mojego o połowę, a mniej więcej po 5 minutach wyglądał tak, jakby urodził się z deską przyrośniętą do stóp. Wchodził na nią tak, jak wchodzi się na schody, a skręty zmienił twórczo w piruety. Zapadła więc decyzja – schodzimy piętro niżej. Tam mamy prostą, na której można rozwinąć wyższą prędkość.

Technikalia
Deska może jechać z prędkością do 20 km/h. Dwukrotne szybkie naciśnięcie przycisku włączania ogranicza ją automatycznie do 10 km. Pojazd zasilany jest dwoma elektrycznymi silnikami o mocy 350 Wat. Ładują się do 2h, a starczyć powinny na przejechanie do 25 km, oczywiście w zależności od wagi osoby z niej korzystającej i ukształtowania terenu.

Pokonywanie prostego korytarza szło nam całkiem nieźle. Przy większych prędkościach ważne jest utrzymanie balansu ciała. Gdy nie będzie on równomierny, deska może odczytać to jako chęć skrętu w lewo bądź w prawo, stanie się narowista i zrzuci z siebie jeźdźca. Na szczęście zawsze można z niej bezpiecznie zeskoczyć, a największym kłopotem może być to, że „hołard” potoczy się dalej i chwilę może zająć, zanim go dopadniemy.

Po półgodzinnej jeździe w czterech ścianach postanowiliśmy wyjść na świeże powietrze. Na samodzielną przejażdżkę nie starczyło nam jednak jeszcze odwagi, zapakowaliśmy więc GoBoarda do bagażnika samochodu i pojechaliśmy na Pole Mokotowskie. Co prawda zazwyczaj robimy tę trasę na piechotę (10 min.), ale tu objawia się słabość deski. Jest bowiem ciężka i choć oczywiście w zestawie mamy na nią pokrowiec, to jednak przenoszenie jej na większych odległościach jest po prostu niewygodne.

Na parkowych alejkach „hołard” pokazał pełnię swoich możliwości, a pewność syna w posługiwaniu się nim rosła z każdą minutą i przejechanym metrem. Skończyło się na tym, że ja pokonałem na nim może 100 metrów (ok., uczciwie się przyznam że trochę się wstydziłem, że taki stary i że to dziwne), syn zaś namiętnie objeżdżał jeziorko i okoliczne dróżki. Dość szybko przeszła mi też potrzeba rzucania na niego okiem, czy przypadkiem czegoś sobie nie zrobi. Bo po pierwsze musiałbym w zasadzie biec cały czas koło niego, a po drugie deska jest bezpieczna, w każdej chwili można z niej zeskoczyć i prawdopodobieństwo upadku i ewentualnego urazu, choć nie można go wykluczyć, to jednak moim zdaniem jest minimalne.

Po około półtorej godzinie „hołard” trafił do bagażnika a my postanowiliśmy, że następnego dnia spróbujemy pokonać trasę z domu na Pole Mokotowskie już na nim.
Gdy przyszedłem do domu po pracy okazało się, że do grona miłośników elektrycznego pojazdu dołączyła moja 13 letnia córka. Jej też, podobnie jak synowi, oswojenie go nie zajęło wiele czasu. Na prezentowanie swoich umiejętności całemu światu nie miała jednak jeszcze ochoty, dlatego na Pole Mokotowski wyruszyliśmy w męskim gronie – syn na „hołardzie”, ja na hulajnodze (nie, nie elektrycznej). Największym problemem okazały się krawężniki i przejścia dla pieszych – syn musiał brać deskę pod pachę, co z powodu jej wagi dla szczupłego 11-latka nie jest łatwe. Zaskakująco za to łatwo „hołard” radził sobie z chodnikami – wszystko za sprawą sporych, 10.5 calowych pompowanych kół, które nieźle wybierają nierówności i jazda po nich nie jest żadnym problemem. O wiele gorzej było ze mną, bo jeżdżenie hulajnogą po płytach czy kostce brukowej do najprzyjemniejszych nie należy. Ale daliśmy radę. 2-godzinna wyprawa zakończyła się sukcesem, uczczonym lodami włoskimi, moim bólem nóg i szczęściem syna, który po raz kolejny mógł zadawać szyku na parkowych alejkach omiatany wzrokiem ciekawskich przechodniów. To mówiąc szczerze trochę dziwne, bo deski tego typu są na naszym rynku obecne od kilku lat, a wciąż wywołują zdziwienie i zainteresowanie.

GoBoard towarzyszył nam też w weekendowym wyjeździe na działkę naszych przyjaciół. Tam pokazał swoje terenowe możliwości i stał się główną atrakcją oraz przyczyną sporów wśród całkiem sporej grupki 6 i 7 latków. One chyba najszybciej złapały bakcyla, a ponieważ po kilku godzinach dość już mieliśmy wychodzenia z nimi za płot, by mogły pojeździć sobie po asfalcie, kazaliśmy im używać „hołarda” na działce porośniętej trawą i drzewami, mając nadzieję, że w takim terenie deska nie da rady. Dała. Dzieciaki śmigały na niej bez problemów, choć oczywiście bardzo powoli. A my, by skończyć z karczemnymi awanturami typu: „bo ona jeździ za długo, teraz moja kolej”, musieliśmy zająć się odmierzaniem 10 minut w zegarku i przeprowadzaniem zmian. Co i tak było wygodniejsze niż wędrówki na ulicę, bo „czynności nadzorcze” można było wykonywać z leżaka bądź koca, z obowiązkową w takich okolicznościach herbatą w ręku. GoBoard znosił tortury bardzo dzielnie i bardzo długo. Wyładował się po kilku godzinach jazdy non stop, co dzieciaki przyjęły z jękiem zawodu, a dorośli – okrzykiem zachwytu. Zapanował bowiem spokój, a maluchy po aktywności fizycznej mogły zająć się z powrotem swoimi komórkami (zabawkami).

Wnioski? GoBoard Elegance kosztuje 999 zł. Tysiąc złotych (bez złotówki) zabawy dla całej rodziny. Nie ma co moim zdaniem traktować go jako pojazdu użytecznego. On ma dawać frajdę dzieciakom i ich rodzicom (do 120 kg). Zacieśnia też więzy rodzinne, bo pokonywanie nim większych odległości, gdy będziemy musieli go przenieść w rękach, wymaga jednak rodzicielskiej siły fizycznej. Ale w sumie, to same plusy, a ja tęsknię już do chwili, gdy syn wróci z wakacyjnego wyjazdu i będziemy mogli przejechać się razem do parku. Może tym razem da mi pojeździć dłużej?