Myślicie, że oszalałem i przesadzam? Pozwólcie więc, że wytłumaczę to na przykładzie własnej rodziny. Gdy odbierałem Mijię M365 do testów, oczyma wyobraźni widziałem swojego 11 letniego syna i 13 letnią córkę walczących o nową elektryczną zabawkę i śmigających parkowymi alejkami. Skończyło się na tym, że o możliwość pojechania na niej do pracy musiałem toczyć boje z żoną, tłumacząc jej, że jednak muszę wiedzieć, o czym piszę. A i tak więcej czasu na niej spędziła ona, niż ja.

Dzieci do urządzenia Xiaomi podeszły nieufnie. I w sumie miały rację, bo koniec końców to pojazd jednak nie dla nich, ale dla dorosłych. Córka stwierdziła, że hulajnoga na której się tylko stoi i nic nie robi jest bez sensu, rower jest lepszy i zdrowszy, i ona z przyczyn ideologicznych jeździć na niej nie będzie. Więcej entuzjazmu wykazał syn, który kilka razy wybrał się nawet do parku, pojeździł z kolegami (a raczej on stał, koledzy jeździli), wyraził szacunek dla prędkości maksymalnej, którą na niej rozwinął, ale uznał, że w ostatecznym rozrachunku woli jeździć na GoBoardzie, którego zakup wymusił na mnie po tych testach. My zaś z żoną staraliśmy się z niej korzystać jak najwięcej, korzystając ze wspaniałej pogody i ścieżek rowerowych, które w bardzo szybkim tempie powstają wzdłuż Okopowej i Towarowej (na zimę będą jak znalazł) prowadząc nas idealnie z domu do pracy. Choć doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że pojazdy elektryczne na ścieżki rowerowe wjeżdżać nie mogą.

Tu dochodzimy do jednego z ważniejszych punktów, ważniejszego nawet niż techniczne możliwości hulajnogi Xiaomi. Czas napisać o tym, gdzie w zgodzie z prawem można nią jeździć. Wg. naszego prawa miejscem, po którym mogą się poruszać elektryczne hulajnogi, deskorolki, seagwaye czy hoverboardy jest… chodnik. Ścieżka rowerowa jest tylko dla rowerów, nie powinniśmy nimi także wjeżdżać na ulicę, gdyż nie są to pojazdy, więc nie można ich wykorzystywać na drodze publicznej. Co prawda propozycja zmian w prawie znalazła się przez chwilę w projekcie nowelizacji Prawa o ruchu drogowym, ale ostatnio niestety z niej wypadła. Modyfikacja przepisów brzmiała obiecująco, bo dopuszczała, by wszystkimi tego typu urządzeniami, a także rolkami, zwykłymi hulajnogami i deskorolkami można było jeździć po ścieżkach. Ministerstwo Infrastruktury jednak ją wycofało. Na pocieszenie obiecano, że propozycja takiego przepisu powróci w kolejnej nowelizacji. Kiedy? Tego niestety nie wiadomo.

Po trzech tygodniach spędzonych z hulajnogą Xiaomi mam pomysł, jak ministerstwo popędzić. Wystarczy wsadzić na nią ministra Andrzeja Adamczyka i poprosić go, by przejechał się chodnikiem po Warszawie. Gwarantuję, że pierwszą rzeczą, jaką zrobi po zejściu z pojazdu, będzie nowelizacja przepisów. Slalom gigant pomiędzy armią smartfonowych zombie jest istnym koszmarem. Ilość osób idących zygzakiem, wpatrzonych w ekran telefonu, ze słuchawkami na uszach, przeraża i praktycznie zabiera jakąkolwiek przyjemność z jazdy. To raczej walka o przetrwanie i o to, by nie zrobić krzywdy – sobie i innym. W porównaniu z tym jazda ścieżką jest jedną wielką przyjemnością, choć i tu czają się na nas zagrożenia. Na przykład w postaci niewinnie wyglądającej młodej damy jadącej rowerem miejskim z koszyczkiem, która z bliżej mi nieznanych powodów musi wyprzedzić (na trzeciego) inne rowery, nie zważając na to, co jest przed nią. Akurat byłem ja i gdybym nie zwolnił i nie uchylił się od ciosu, jak nic trafiłbym do szpitala z połamanymi kończynami i rozbitą głową. Pozdrawiam serdecznie.

Wróćmy jednak do hulajnogi Xiaomi, bo ona jest przecież w tym tekście głównym bohaterem. Urządzenie przychodzi do nas w wielkim, ciężkim pudle. Montaż jest dziecinnie łatwy, (na kartonie jest instrukcja obsługi), a wszystkie czynności sprowadzają się do wyjęcia z niego hulajnogi, zamocowania rączki kierownicy, wkręcenia 4 śrubek i dokładnego zapięcia zawiasu, umożliwiającego jej składanie. Skoro dałem sobie z tym radę ja, da absolutnie każdy.

Technikalia
Pojemność baterii to 7800 mAh. Jeżeli nic Wam to nie mówi (tak jak mi), to dodam, że zgodnie z zapewnieniami producenta powinno to starczyć na przejechanie 30 km. Ładowanie od 0 do 100 proc. trwa 5 h. Urządzenie jest wykonane ze stopu aluminium, waży 12.5 kg, maksymalna prędkość to 25 km/h w trybie normalnym i 18 w trybie oszczędzania energii. Silnik ma moc 250 W. Wentylowane tarcze hamulcowe obniżają ryzyko ich przegrzania, a droga hamowania wynosi do 4 m. Jest też oświetlenie przednie (bardzo mocne, widoczność sięga do 6 m) i tylne, które pulsuje, gdy naciśniemy na hamulec. Opony są pneumatyczne.

Gdy wszystko mamy już skręcone, wystarczy sprawdzić stan naładowania akumulatora (informują o tym 4 kropki umieszczone na panelu głównym, trzeba najpierw wcisnąć przycisk zasilania) i można ruszać w drogę. By to zrobić, trzeba odepchnąć się mocno (hulajnoga nie wystartuje sama) i lekko nacisnąć na manetkę (umieszczoną na rączce kierownicy), którą sterujemy prędkością. Im ktoś jest lżejszy, tym start efektowniejszy. Synowi i żonie udawało się zapiszczeć tylną oponą, przy mojej wadze (97, 98 kg) było to niemożliwe. Prędkość maksymalna osiągana jest stosunkowo szybko. Do wyboru mamy dwa tryby jazdy – normalny i oszczędzania energii. Ten drugi aktywujemy dwukrotnym szybkim naciśnięciem przycisku zasilania – ostatnia kropka na panelu głównym będzie się wtedy świecić na zielono. Gdy jest biała, włączony jest tryb normalny.

Platforma, na której stoimy, jest dość szeroka, ja w każdym razie, pomimo dość dużego rozmiaru buta (45 lub 46) nie miałem najmniejszych problemów by się na niej utrzymać. Także kierownica nie była zbyt nisko, przy swoich 194 cm nie musiałem się pochylać, zginać i jazda była absolutnie komfortowa.

Bardzo wygodną sprawą jest też tempomat, dzięki któremu nie musimy stale trzymać kciuka na manetce prędkości. Wystarczy przytrzymać ją w wybranej pozycji przez 6 sekund i potem puścić, a hulajnoga będzie utrzymywać prędkość sama. W moim przypadku zawsze była to prędkość najwyższa.

Dzięki gumowym kołom nierówności są nieźle tłumione i nie mamy wrażenia, że po chwili jazdy powypadają nam wszystkie plomby. Komfort jazdy odczujemy zwłaszcza wtedy, gdy zdecydujemy się zjechać z gładkiej ścieżki rowerowej i wjedziemy na chodnik. Manewrowanie jest bezproblemowe (choć promień skrętu nie jest zbyt duży), a hulajnoga – bardzo stabilna, tak przy małych jak i dużych prędkościach. Jest także solidnie wykonana, ale nie sposób nie zauważyć, że po trzech tygodniach jazdy pojawiły się lekkie luzy na kierownicy, lepiej więc na dłuższym dystansie wystrzegać się zbyt dużych wybojów.

Zasięg jest oczywiście uzależniony od naszej wagi – im jest ona mniejsza, tym więcej kilometrów będziemy w stanie przejechać. Mój rekord to około 20 km jednego dnia. Wracałem do domu już po północy, z ostatnią świecącą się kropką wskazującą poziom zużycia baterii, ale wciąż w trybie normalnym. Osoby lżejsze będą w stanie przejechać więcej, być może osiągną nawet zasięg zbliżony do zapewnień producenta, czyli ok. 30 km.

Jeśli chcemy wiedzieć, z jaką prędkością się poruszamy, ile przejechaliśmy kilometrów bądź ile zostało nam energii, musimy skorzystać z telefonu i jakiejś aplikacji. Na urządzeniach z Androidem mamy kilka możliwości. Ja wybrałem apkę m365 Tools (łączy się z Mijią bez najmniejszego problemu), wiele osób poleca Ninebot, ale ta nie chciała wyszukać mojej hulajnogi (sądząc z komentarzy w sklepie Play nie był to jedynie mój problem). Z kolei by zainstalować macierzystą dla Xiaomi Mi Home (której wiele osób nie poleca), należy się zalogować na koncie Xiaomi, lub zarejestrować, jeśli jakimś cudem jeszcze go nie mamy. Szkoda, że w hulajnodze zabrakło miejsca na najprostszy nawet wyświetlacz, zamiast którego są jedynie 4 kropki informujące o stanie baterii, nie ma też żadnego uchwytu, by zamocować telefon. Tyle, że tak naprawdę można się obejść bez tego, ja aplikację włączyłem zaledwie parę razy z czystej ciekawości, potem nawet do niej nie zaglądałem.

Na kilka rzeczy trzeba zwrócić jeszcze szczególną uwagę.
Po pierwsze – praktyczność. Mijia nie jest zabawką, ale pełnoprawnym środkiem transportu, którym jesteśmy w stanie pojechać na spotkanie, trening, zakupy. Świetnie sprawdzi się też jako urządzenie dojazdowe. Dzięki niezwykle prostemu systemowi składania jesteśmy w stanie przewieźć ją metrem, autobusem a nawet tramwajem (choć potrzeba do tego trochę siły, 12,5 kg robi swoje), by potem kontynuować np. podróż do pracy. Ważne jest też to, że jadąc na hulajnodze się nie męczymy, a więc i nie pocimy. Czyli bez problemu możemy pojechać do pracy w koszuli i garniturze, inaczej, niż na bez dwóch zdań zdrowszym rowerze, gdzie najlepiej po przyjeździe do firmy wziąć prysznic – a nie każdy ma taką możliwość.

Po drugie – przyjemność z jazdy. Gdy po raz pierwszy wybrałem się na przejażdżkę, wychodziłem z domu w złym humorze. Wróciłem – z doskonałym, a uśmiech nie schodził mi z ust przez cały wieczór. Na tą samą rzecz zwracała uwagę moja żona, która śmigała z zacięciem na trasie dom-praca-dom tak ochoczo, że bałem się, że znajdzie jakiś powód, by zrobić to także w weekend. Spojrzenia zdziwionych przechodniów – bezcenne, frajda z jazdy gigantyczna. Wiatr we włosach, zupełne oderwanie się od życiowych problemów, powrót do dzieciństwa, po prostu czysta zabawa. To drugi, po praktycznym, wymiar hulajnogi i jeśli miałbym kupować to urządzenie, to głównie z tego powodu.

Po trzecie – pamiętajcie, że hulajnoga jednak jest dla dorosłych a nie dla dzieci. 25 km/h to dużo, przewracając się przy takiej prędkości można zrobić krzywdę sobie i innym, dlatego lepiej, by nie dostała się w niepowołane ręce albo, gdy tak się jednak stanie, by mieć swoje małoletnie pociechy na oku. Na wszelki wypadek.

Na koniec koszty. Mijia M365 na stronie mi-home.pl i w renomowanych sklepach ze sprzętem RTV-AGD kosztuje 1999 zł. Z jednej strony to dużo, za takie pieniądze można kupić porządny, zdrowy i ekologiczny rower. Z drugiej – przejedźcie się tą hulajnogą kilka razy, złapcie uśmiech na twarzy, a potem spójrzcie na cenę raz jeszcze. Gwarantuję, że nie wyda się już zbyt wygórowana.