Oferowanie gier hazardowych przez nielegalnych bukmacherów. Oferowanie usług przejazdu bez odpowiedniej licencji (Uber i jemu podobne). Handel dopalaczami i lekami niedopuszczonymi do obrotu w Polsce. Sprzedaż produktów przez sklepy internetowe, które oszukiwały konsumentów. Sprzedaż towarów uznanych za niebezpieczne. Oferta usług finansowych uznana przez Komisję Nadzoru Finansowego za oszukańczą.

Można wyliczać bez końca. Niebawem wszelkie domeny, za pośrednictwem których oferowane są nielegalne produkty lub usługi, mają zostać zablokowane. Powstanie "centralny rejestr domen internetowych służących do oferowania towarów i usług niezgodnie z przepisami prawa". Jest na to już kierunkowa zgoda rządu, a pomysł popierają ministerstwa: cyfryzacji, finansów oraz infrastruktury. Dowiedzieliśmy się o tym z pisma wiceminister zdrowia Józefy Szczurek-Żelazko do sekretarz Stałego Komitetu Rady Ministrów.

Blokada przez nieudolność

Eksperci nie mają wątpliwości: to cenzura internetu na skalę, o której w Polsce nigdy nie było mowy.

Oceniam działania rządu jako przejaw słabości wobec negatywnych zjawisk współczesnego życia. Pytanie, jak bardzo negatywny wpływ będzie miało to na wolność pozyskiwania informacji – twierdzi Krzysztof Izdebski, dyrektor programowy fundacji ePaństwo.

Pomysł kilku ministerstw jest doskonałym przykładem na to, jak państwo nie powinno regulować zasad korzystania z internetu – dopowiada Patryk Wachowiec, analityk prawny Forum Obywatelskiego Rozwoju. I dodaje, że szkoda, iż wysiłek resortów nie przekłada się na inne przedsięwzięcia związane z cyfryzacją, które będą przydatne dla obywateli lub przedsiębiorców, jak np. możliwość zbierania podpisów pod projektem ustawy przez internet, pełna elektronizacja postępowania przed KRS lub system informacji prawnej z prawdziwego zdarzenia.

Zasady działania centralnego rejestru mają być analogiczne do tych występujących już w rejestrze domen służących do oferowania gier hazardowych niezgodnie z ustawą. Urzędnicy wpisują do niego domeny internetowe, które przedsiębiorcy telekomunikacyjni mają obowiązek zablokować. Jeśli tego nie uczynią, narażą się na kary idące w setki tysięcy złotych. W efekcie internauta, wchodząc na stronę uznaną przez władzę za służącą świadczeniu usług niezgodnie z prawem, zostaje przekierowany na stronę Ministerstwa Finansów. Zapędy władzy do blokowania domen rozpoczęły się w 2016 r. przy okazji tzw. ustawy antyterrorystycznej (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 452 ze zm.).

Wówczas politycy zapewniali jednak, że to nadzwyczajne rozwiązanie podyktowane nadzwyczajnymi okolicznościami.

Terroryzm i porno

Jak słyszę o takich pomysłach jak centralny rejestr, to ciśnie mi się na usta "a nie mówiłem". Gorzka to jednak satysfakcja, że sprawdzają się przepowiednie z 2016 r. To wtedy przyjęto w tzw. ustawie antyterrorystycznej przepisy pozwalające na blokowanie treści związanych z terroryzmem. Organizacje zajmujące się wolnością w internecie uprzedzały, że zgoda na blokowanie stron w tym obszarze zachęci do objęcia takim działaniem innych obszarów – spostrzega Krzysztof Izdebski. I dodaje, że planowany rejestr stanowi po prostu ukoronowanie złej praktyki.

Przyzwyczajono społeczeństwo, że pewne treści można blokować, a teraz ułatwi się blokowanie kolejnych. A tu paleta jest całkiem spora. I nie chodzi tylko o strony z pornografią. Znamy przykłady ze świata, gdzie rządy blokują dostęp do informacji o pytaniach egzaminacyjnych. Łatwiej jest bowiem utrudnić dostęp do treści niż zadbać o to, by określone dane nie wyciekały lub nie były tworzone – tłumaczy ekspert. Stąd pomysły, by blokować dostęp do stron m.in. z dopalaczami czy witryn zarządzanych przez przedsiębiorców wprowadzających konsumentów w błąd.

Dlaczego Izdebski wspomina o porno? Ano dlatego, że w 2013 r. obecni posłowie większości rządowej i ministrowie – zarówno w rządzie, jak i Kancelarii Prezydenta – apelowali do ówcześnie rządzącej większości, by wprowadzić blokadę stron pornograficznych. Pomysł wrócił w 2016 r., ale nie doczekał się realizacji.

Dziś za wcześnie, by mówić, czy dostęp do stron pornograficznych powinien być ograniczony. Ale jeśli projekt centralnego rejestru trafi do sejmowej komisji, prawdopodobnie zgłoszę stosowną poprawkę – deklaruje jeden z parlamentarzystów. Zaznacza przy tym od razu, że w przypadku pornografii nie chodziłoby o bezwzględną blokadę dostępu, lecz jedynie o to, by osoby chcące ją wyświetlać w domu musiały poinformować o takiej chęci swego operatora telekomunikacyjnego.