Paul Dietrich przeszukiwał Twitter w poszukiwaniu wpisów na temat Edwarda Snowdena, który pojawił się ostatnio - za pośrednictwem łącza internetowego - na festiwalu SXSW w Teksasie. - pisał na stronie Cryptome.org. Przetestował 33 wpisy, które uznał za spam - jak tłumaczył, były nic nie znaczącą zbitką słów, czasami o bardzo dziwacznej konstrukcji gramatycznej. Z jego śledztwa wynikało, że wpisy te zostały podane dalej przez około 34 tysięcy kont. Tymczasem - jak twierdził - podobnego podawanego dalej spamu jest na Twitterze setki razy więcej. - - przekonywał Dietrich. Poinformował również, że kontaktował się z serwisem, by zgłosić swoje obserwacje.
33 twitty i 34 tysiące powtarzających je kont - czy to dużo? Serwis The Next Web przekonuje, że na Twitterze to nic nadzwyczajnego. Po długim milczeniu wypowiedział się również sam Twitter, który stwierdził, że użyte w informacji sformułowanie jest zdecydowanie przesadzone. - - usłyszał serwis w biurze prasowym Twittera.
Serwis podkreśla, że obecnie jest aktywnych około 240 milionów kont, z czego przyjmuje się, że pięć procent to konta stworzone wyłącznie w celach spamerskich. Z prostych obliczeń wychodzi więc, że 12 milionów kont założono po to, by zaśmiecać użytkownikom timeline. Liczba 34 tysięcy kont przywołana przez Dietricha nie robi więc na administratorach Twittera wrażenia.
Pozostaje pytanie, po co rozsyłać spam, który już na pierwszy rzut oka nie przypomina niczego innego. Business Insider tłumaczy, że chodzi tu oczywiście o pieniądze. Posiadacze tzw. farm klików mogą sprzedawać swój zasięg na Twitterze. Zasięg ów tworzą poprzez masowo zakładane spamerskie konta. A że serwis regularnie usuwa konta, które uzna za rozsiewające śmieci, profile muszą starać się działać tak, jakby były prowadzone przez faktycznych użytkowników - muszą twittować i podawać dalej twitty innych. A że podają swoje wpisy, powstaje spam. Wygląda jednak na to, że to społecznościowy lokalny folklor, z którego istnieniem trzeba się pogodzić. Albo wypisać ze społecznościówek...