W maju tego roku KE grzywną 110 mln euro ukarała Facebooka za to, że przejmując komunikator WhatsApp, niezgodnie z prawdą zapewniał Komisję o niemożności połączenia profili użytkowników obu serwisów, co oczywiście później uczynił.

Co w tym wszystkim niezwykłego – poza oszałamiającą wysokością kar? Przecież od czasu do czasu jakiś urząd antymonopolowy nakłada karę na jakąś rozbestwioną firmę. Nihil novi... Nie do końca. Internet, mimo teoretycznie niskiego progu wejścia dla nowych graczy, wydaje się szczególnie podatny na monopolizację. FB, Google, Amazon, eBay, Apple, Microsoft to na pewno innowacyjne firmy, które dostarczają nam użytecznych produktów, ale czy chcemy być na nie skazani na wieki wieków?

E-kapitalizm dla ludzi

Nie. Bo to zagrożenie dla wolności – odpowiadają profesorowie Guy Rolnik i Luigi Zingales z University of Chicago Booth School of Business we wstępniaku zamieszczonym na łamach „The New York Timesa” niedługo po wyroku skazującym Google’a. I tłumaczą, skąd bierze się podatność internetu na monopolizację. Chodzi o tzw. efekty sieciowe. „Na tradycyjnym rynku – piszą – wybór danego produktu (np. opony samochodowej) przez jednego konsumenta nie wpływa na to, że inni konsumenci także będą wybierać ten produkt, a konkurencja generalnie zapewnia im najlepsze produkty po najniższych możliwych cenach”. W internecie, zwłaszcza w przypadku sieci społecznościowych, jest inaczej. „Jeśli jedna osoba wybierze FB zamiast Myspace’a, ma to bezpośredni wpływ na to, co wybiorą inni. Chcemy używać tych portali, co znajomi. Te rynki naturalnie grawitują w stronę monopolu” – wyjaśniają.

Tyle diagnoza. A jak temu przeciwdziałać? Zingales i Rolnik proponują fundamentalną zmianę w podejściu do praw własności intelektualnej dla „wykresu społecznościowego”, mapy naszych powiązań z innymi użytkownikami danego portalu. Wystarczyłoby przypisać każdemu użytkownikowi prawo własności do wszystkich połączeń cyfrowych, które tworzy. Dzięki temu moglibyśmy, otwierając konto w konkurencyjnym dla Facebooka serwisie, szybko przekierować na nie wszystkie wiadomości od naszych facebookowych znajomych, dokładnie tak jak przekierowuje się rozmowy telefoniczne – przekonują. Brzmi pięknie, ale czy to technicznie możliwe?

Tak. FB już teraz oferuje swoim klientom aplikacje – Facebook Connect i Graph API – dające dostęp do wykresu społecznościowego. Tyle że dostęp jest możliwy tylko do momentu, w którym klient portalu Marka Zuckerberga nie zaczyna zachowywać się jak jego konkurent. Wówczas koncern dostęp do wykresu odcina. Ekonomiści zauważają, że przedsiębiorcy internetowi nie inwestują w konkurencyjne serwisy ze względu na samą świadomość tego ograniczenia.