Wygląd Nano niewiele się zmienił od poprzedniej generacji. Układ menu, czy sposób sterowania jest ten sam. Co innego, jeśli chodzi o środek odtwarzacza. Apple mocno zwiększyła pojemność iPoda – aż do 16 gigabajtów. Do tego dostaliśmy też kamerę wideo. Jakość nagrania jest wystarczająca, by umieścić je na YouTube, czy pokazać kolegom.

Po Nano widać, jak bardzo zmieniły się nasze przyzwyczajenia. Jeszcze kilka lat temu, obsługa menu odtwarzacza specjalnym kołem, po którym przesuwaliśmy palcem, była prawdziwym hitem, którego mogły pozazdrościć inne firmy. Dziś, próba przesiadki z ekranu dotykowego na „click Wheel” okazuje się trudna i człowiek musi się powstrzymać, by co chwila nie dotykać ekranu.

Menu nie jest zbyt rozbudowane, łatwo znaleźć gdzie włącza się kamerę, odtwarza muzykę, czy zmienia częstotliwość fal radiowych (bo Nano ma też radio). Jakość dźwięku jest dobra, choć Apple mogłoby popracować nad słuchawkami – po podłączeniu dobrego modelu, piosenki słychać znacznie lepiej.

Kilka elementów warto jednak poprawić – przede wszystkim brakuje, jak w całej reszcie produktów Apple’a możliwości podłączenia do kilku komputerów – odtwarzacz, po połączeniu z inną wersją iTunes kasuje całą swą zawartość. Brakuje też w Polsce bardzo fajnej funkcji z amerykańskiej wersji Nano. Jeśli podoba nam się piosenka w radiu, wystarczy wcisnąć przycisk odtwarzacza, a on ją zapamięta i po podłączeniu do komputera wyszuka jej nazwę i pozwoli nam utwór kupić.

Czy Nano warte jest grzechu? Jeśli jesteśmy szczęśliwym posiadaczem poprzedniej generacji , to jeśli nie kręcimy filmów, nie potrzebujemy się przesiadać. Jeśli jednak szukamy nowego odtwarzacza, to Nano jest świetnym wyborem – mały, poręczny z wieloma funkcjami i, jak na 16-gigabajtowy odtwarzacz niezbyt drogi (kosztuje ok. 800 zł.), warto jednak zauważyć, że za 100zł więcej dostaniemy 8 gigabajtowy iPod Touch, który, choć ma mniej miejsa, ma znacznie więcej możliwości