Jak nie dać się oszukać, czy oszukiwać mediom, zwłaszcza internetowym, gdy tradycyjne środki przekazu tracą na znaczeniu – rozmawiali uczestnicy debaty „Strategie obrony przed dezinformacją” w debacie pod patronatem Dziennika Gazety Prawnej, Fundacji Konrada Adenauera w Polsce i Komisji Europejskiej.

Beata Biel: Tego rodzaju zagrożenia – fałszywe informacje, plotki, manipulacje istniały zawsze. Różnica polega na tym, że teraz rozchodzą się szybciej – poprzez internet. Jest więcej osób, które mają głos. Często są to fake newsy, nieprawdziwe informacje, czasem kłamstwa, półprawdy, drobne manipulacje. Wprowadzają one chaos, który może być zagrożeniem dla demokracji, ale znacznie częściej są zagrożeniem osobistym, dotyczącym zdrowia, poczucia bezpieczeństwa. Przykładem może być akcja antyszczepionkowa. Oczywiście – demokracja, wybory są ważne, ale fake newsy są też groźne na co dzień.

Jakub Turowski: Propaganda i dezinformacja – w tym polityczna – są znane od dawna. Nowość jest taka, że dziś twórcą treści jest każdy z nas. Zrobiliśmy wiele, aby ograniczyć obecność dezinformacji na naszej platformie. Usuwamy fałszywe konta i strony, ponieważ zauważyliśmy, że to z nich pochodzi znaczna część nieprawdziwych informacji na Facebooku. Pozostawiamy tylko te konta, która są zarejestrowane na prawdziwe imię i nazwisko. Bardzo wspierają nas w tym zakresie narzędzia oparte na sztucznej inteligencji. Do niedawna usunięcie konta musiało poprzedzić zgłoszenie naruszenia przez użytkownika – teraz z automatu likwidujemy miliony fałszywych kont. Usuwamy też treści niezgodne z naszymi standardami, jak chociażby nawołujące do nienawiści. To jednak nieprecyzyjne określenie – dla jednych ta sama treść będzie nawoływać do nienawiści, dla innych nie. Nie chcemy, aby nasza działalność miała coś wspólnego z cenzurą lub ograniczała wolność słowa. Nie możemy określać, co jest prawdą, a co nie. Dlatego wchodzimy we współpracę z fact-checkerami, czyli instytucjami, które działają na poziomie lokalnym i mają dostateczną wiedzę merytoryczną, by stwierdzić, czy informacja jest prawdziwa. Możemy rozwijać najlepsze narzędzia, które nie będą jednak wystarczające, jeśli zabraknie powszechnej edukacji. Jeśli nie pokażemy użytkownikom, że muszą podchodzić do informacji mądrze i roztropnie, to tę bitwę przegramy. Dlatego różnorodne programy edukacyjne mają tu kluczowe znaczenie.

Robert Sołtyk: Dezinformacja jest de facto terminem wojskowym, to element walki z przeciwnikiem. Jest też wykorzystywana w polityce. Eksperci oceniają, że ok. 80 proc. politycznych treści dezinformacyjnych propagowanych w internecie produkuje się w Rosji. Można by powiedzieć nawet, że to produkcja masowa, z budżetem rzędu 130 mln dol. rocznie i setkami zatrudnionych. Dla porównania – brukselska komórka do walki z dezinformacją liczy kilkanaście osób i ma budżet 1,1 mln euro.

99 proc. ludzi młodych, którzy nie ukończyli 25 lat, codziennie wchodzi do sieci. Dwie trzecie nie wyobraża sobie życia bez internetu. Dla nich to główne źródło informacji. Dlatego to, co się tam rozpowszechnia, ma kluczowe znaczenie dla tego, co jest w ich głowach.

Celem dezinformacji może być na przykład chęć, by nas podzielić, osłabić zachodnią liberalną demokrację, uderzyć w nasz europejski model życia. Media społecznościowe pozwalają zidentyfikować odbiorcę, poznać jego preferencje, więc wysyłane są mu odpowiednio dobrane treści. Na przykład podczas kampanii przed wyborami w USA w 2016 r. wzywano ludzi, by w tym samym czasie w tym samym miejscu zebrali się na demonstracje za i przeciw czemuś. I konflikt gotowy. Tak np. bywa wykorzystywana kwestia imigrantów.

BB: Rosyjska dezinformacja nie jest w Polsce przebadana, ale z obserwacji wynika, że wygląda inaczej niż w innych krajach. Narzędziami rosyjskiej propagandy są np. portal internetowy Sputnik i telewizja Russia Today. Te kanały są bardzo profesjonalnie przygotowane i są popularne w wielu krajach. W Polsce nie cieszą się powodzeniem, bo my jesteśmy uczuleni na informacje płynące ze Wschodu. Niemniej jednak pojawiają się np. nieprawdziwe wypowiedzi amerykańskich generałów, którzy z pogardą wyrażają się o polskich partnerach, dyskusja o wychowaniu dzieci nagle przechodzi w temat – „zobaczmy, jaki zgniły jest Zachód, szukajmy wartości na Wschodzie”, albo pojawiają się fałszywe informacje i dane o uchodźcach.

JT: Uczestniczymy w wyścigu zbrojeń i musimy mieć tego świadomość. Osoby rozpowszechniające dezinformację korzystają z usług sztucznej inteligencji, ale ta technologia jest użyteczna również dla nas i pomaga nam w walce z nimi. Podobnie media społecznościowe są narzędziem, które niestety bywa wykorzystywane niewłaściwie. Walczymy z tym i ta walka polega na współpracy ludzi i coraz mądrzejszych narzędzi. Liczba osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo na Facebooku wzrosła w tym roku do ponad 30 tys.

BB: Najważniejsze jest to, że to my musimy się uodpornić. Schematy rozpowszechniania fake newsów są te same i dotyczą obszarów zdrowia, rodziny, bezpieczeństwa. Tak jak kiedyś w Polsce krążyły opowieści o czarnej wołdze, tak w kilkunastu krajach rozprzestrzeniono informację o porywaczach dzieci. W pewnej małej miejscowości w Meksyku pojawili się obcy i dokonano linczu – zginęli. Problem w tym, że jesteśmy nieodporni na manipulację, nie sprawdzamy informacji, dajemy się ponieść sztucznie wywołanym emocjom. Sama tylko technologia nie obroni nas przed zagrożeniem, sami musimy dbać o swoje bezpieczeństwo.

JT: Współpraca z administracją publiczną jest niezbędna we wszystkich krajach oraz na poziomie Unii Europejskiej. Ona już trwa – platformy cyfrowe pracują z Komisją Europejską, żeby razem walczyć z dezinformacją. Ta współpraca powinna dotyczyć również edukacji. To istotny społeczny temat i Facebook nie udźwignie go samodzielnie. Przy czym musimy działać ostrożnie. Istnieją już ramy prawne dotyczące mowy nienawiści czy zniesławienia, ale nie chciałbym żyć w kraju, w którym rząd będzie mówił, co jest prawdą, a co nie jest. Tu ścierają się dwie wartości: ochrona osób i wolność słowa.

BB: Bardzo ważne jest też, by nie demonizować internetu. To, że większość młodzieży traktuje go jako główne źródło informacji, nie znaczy, że internet jest zły i zawiera tylko nieprawdziwe informacje. Te złe są także w innych źródłach, a w internecie jest mnóstwo wartościowych treści, jest też ogromny potencjał. Bo, niestety, media tradycyjne zazwyczaj nie mówią ani do młodych ludzi, ani o nich.

RS: Co Komisja Europejska robi w sprawie regulacji prawnych? Daliśmy platformom internetowym 12 miesięcy na poprawę, bo jesteśmy zaniepokojeni i uważamy, że sytuacja musi się zmienić. Mowa nienawiści, dezinformacja są zbyt widoczne w internecie politycznym. Na przykład Twitter przed wyborami w Stanach zlikwidował miliony kont, a jednak ocenia się, że w czasie wyborów 25 proc. informacji politycznych generowały sztuczne konta. Facebook stworzył specjalny zespół ds. wyborów, by reagować na bieżąco, usuwać treści, zmieniać algorytmy, w wyniku których pewne treści stawały się mniej rozpowszechniane. Dobrze by było, by w podobny sposób działał podczas wyborów europejskich w maju. Jeśli to wszystko nie zadziała, zasiądziemy pewnie do pisania prawa.

BB: Może problem polega na tym, że oficjalne informacje nie są jasno przekazywane. U nas łapią krzykliwe nagłówki, chwytliwe tytuły, a już trudniejsze treści nie. Niezwykle istotna jest edukacja medialna – dotarcie do studentów, do dzieci, do nauczycieli. Jest jej ciągle za mało. Warto rozglądać się lokalnie, wiele ciekawych inicjatyw znajdziemy w bibliotekach, domach kultury. Szansą byłaby też akcja informacyjna w kościołach, zwłaszcza w małych miejscowościach. Generalnie nie ma systemowej edukacji medialnej – może tylko w Holandii i w Finlandii. Nie ma u nas programu, czasem robią coś sami nauczyciele z własnej inicjatywy, a powinniśmy uczyć młodych ludzi samodzielnego myślenia, krytycznego podejścia do informacji, zdobywania wiedzy z różnych miejsc, pytania innych, czytania, szukania źródła.

RS: Internet jest naszą przyszłością. Robimy zakupy, wyjeżdżamy na wczasy, robimy operacje bankowe na odległość. To wspaniały wynalazek, ale musimy mieć świadomość, że w sieci są tacy, którzy go używają, by nas oszukać, wpływają na nasze opinie, także polityczne. Rolą Unii Europejskiej jest tworzenie przepisów, które nas ochronią w ramach jednolitego rynku, ale przede wszystkim ludzie muszą uważać sami, być krytyczni. Platformy internetowe zobowiązały się do określonych działań i będziemy sprawdzać przed wyborami europejskimi, co konkretnie robią. Tylko w tym roku na świecie 10 razy odbyły się wybory, które były przedmiotem kampanii dezinformacyjnych, tak jak np. ostatnio w wyborach prezydenta Brazylii. Wybory do Parlamentu Europejskiego w maju 2019 r. będą pierwszymi w dobie powszechnej dezinformacji w sieci.

5 grudnia Komisja Europejska przyjmie plan działania do walki z dezinformacją, będzie w nim wiele dobrych pomysłów, jak się bronić przed dezinformacją we współpracy z platformami. Uważamy je za sojuszników.

JT: Także w Polsce czekają nas wybory. Zapewnienie ich przejrzystości jest dla nas priorytetem. Nasze działania będą wielowarstwowe: stawiamy na edukację, ale też udostępnimy nowe narzędzia. Chcemy zapewnić przejrzystość reklam – w tym reklam politycznych. Użytkownicy muszą wiedzieć, dlaczego wyświetlają im się konkretne treści.

Partnerzy