"Days Gone” to gra, której akcja dzieje się na amerykańskim pustkowie dwa lata po epidemii wirusa zamieniającymi ludzi w zombie (tu zwanymi „dziwadłami” czyli „freaks”). Pozostałości ludzkości schroniły się w trzech obozach, do tego mamy sektę naśladowców "freaksów” oraz dużą grupę różnego rodzaju bandytów. Jak przystało na sztampową opowieść postapokaliptyczną są jeszcze tajemnicze czarne rządowe śmigłowce.

W grze wcielamy się w łowcę nagród i najemnika, byłego żołnierza i członka gangu motocyklowego Deacona St. Johna. Na początku gry dowiadujemy się, że podczas wybuchu epidemii zombie nasz bohater stracił żonę i został mu tylko stary kumpel z gangu, który też zostaje wkrótce wyeliminowany z na jakiś czas z rozgrywki. W "Days Gone" may do czynienia z kilkoma wątkami fabularnymi – jeden to ten, w którym Deacona dogania jego przeszłość, inny to bycie łowcą nagród, likwidatorem "gniazd", w których chowają się potwory czy wspomaganiem poszczególnych obozów.

Każdy z obozów ma bowiem własną walutę, własne misje, własne towary w sklepiku. Do tego do każdego z nich osobno zbieramy punkty sławy, które odblokowują kolejne poziomy wyposażenia. Twórcy gry poszli na łatwiznę. Mimo bowiem zaznaczenia w kolejnych zadaniach, jak wiele animozji jest pomiędzy poszczególnymi bazami, nie zdecydowali się wprowadzić misji, które dałyby nam wybór, po której stronie chcielibyśmy się opowiedzieć. Zresztą – mimo, że to sandbox – linia fabularna jest jasna, prosta i żadnych moralnych wyborów na niej nie ma. A szkoda. Bo to dałoby grze doskonałe drugie dno, gdy nasz bohater musiałby w końcu wybrać f, a wcześniej próbował lawirować między szefami obozów.

Misje są sztampowe i nudne. Albo ścigamy kogoś na motocyklu, albo podkradamy się do obozu, w którym przebywa wróg i musimy po kolei, ukrywając się w gęstych trawach, wyeliminować po cichu przeciwników. Owszem, można pójść "drogą Rambo", tylko że odgłosy strzelaniny ściągną nam na głowę hordy potworów. Lepiej więc albo użyć broni z tłumikiem albo noża. Z drugiej jednak strony, da się wrzucić do wrogiego obozu - zwłaszcza takiego blisko hordy zombie - generator hałasu, a potwory odwalą całą robotę za nas. Czasem jeszcze trzeba coś lub kogoś wytropić.

Same "zwroty akcji" głównego wątku dla każdego, kto mniej więcej ogarnia świat po apokalipsie zombie, są przewidywalne i sztampowe tak bardzo, że bolą zęby, gdy słyszymy kolejne dialogi.

Z kolei sam świat został przedstawiony fajnie - opuszczone domy, wraki samochodów, odczucie odwlekanego końca przez dowódców obozów, w których kryją się resztki mieszkańców Oregonu. Do tego tunele, zatarasowane wrakami oraz stada zombie. To się twórcom "Days Gone" udało. Szkoda tylko, że nie do końca. Jeśli bowiem od epidemii zombie nie działa nic, a ludzie walczą o resztki surowców, to fakt, że na opuszczonych stacjach benzynowych możemy zawsze zatankować nasz motocykl do pełna, amunicja czy części do produkcji broni oraz inne takie znajdźki wprost walają się wszędzie. Wygląda tak, jakby ktoś co noc dolewał paliwa do zbiorników stacji.

Zresztą same hordy zombie - w trybie swobodnej podróży po świecie - są absolutnie niegroźne. Zachowują się jak pachołki na drodze, które wymijamy zręcznymi manewrami motocykla. Potem potrafi być trudniej, bo pojawiają się nowe, potężne potwory, ale one też nie są tak bardzo groźne.

Jeśli chodzi o ekwipunek - możemy nosić przy sobie cztery rodzaje broni - boczną, główną, specjalną i białą. Wszelkiego typu toporki czy maczugi, znajdowane w świecie bardzo szybko się psują i rozpadają w czasie walki. Na szczęście tyle się tego wala po świecie, że tworzenie własnych bywa mało przydatne. Amunicję możemy albo dokupić albo znaleźć w bagażnikach samochodów policyjnych. Bardzo więc rzadko musimy za nią płacić.

Punkty rozwoju postaci zostały podzielne na trzy ścieżki - broni palnej, walki wręcz i przeżycia. Radziłbym najpierw zainwestować w punkty walki wręcz. O wiele łatwiej będzie wam sobie poradzić z potężnymi potworami, pojawiającymi się w końcowych misjach gry, gdy można się do nich podkraść i zabić jednym uderzeniem noża.

Co mi się najbardziej podobało w "Days Gone"? Motocykl. Model jazdy jest świetny, do tego nasz wehikuł możemy ulepszać - części dostępne są w obozach, a ich dostępność zależy od naszego poziomu zaufania. Większy bak, dodatkowe elementy chroniące silnik raz dużo części zmieniających wygląd naszego motocykla sprawia, że to trochę przypomina gry wyścigowe. Sam model jazdy jest doskonały. Błoto, deszcz czy śnieg wpływają na jazdę. Widać, jak pracują amortyzatory itp. Same tekstury czy to twarzy czy otoczenia są naprawdę dobrze zrobione. To samo dźwięk - jeśli korzystamy z kina domowego, to naprawdę słychać, z któej strony czają się potwory, albo gdzie toczy się strzelanina.

To wszystko pod jednym warunkiem – że macie PS Pro. Na zwykłej PS4, jazda irytuje - konsola nie radzi sobie ze za pogodą, nocą i przeciwnikami. Gdy mamy za dużo wizualnych elementów na ekranie, liczba klatek na sekundę spada do kilkunastu i to naprawdę źle wtedy wygląda. Szkoda, że ta gra nie jest tak zoptymalizowana, jak "Horizon: Zero Dawn", "AC: Odyssey" czy "Red Dead Redemption 2". Tu twórcy najbardziej zawalili robotę. Natomiast w trybie "na piechotę" problemów z płynnością nie ma.

Podsumowując, "Days Gone", której to gry premiera była kilkukrotnie przesuwana, wyszła niedopracowana. Mamy pełno niedoróbek, błędów, znikających znaczników fabularnych, nie pozwalających nam zacząć misji (i pojawiających się po resecie konsoli). To po prostu klasyczny średniak, w dodatku źle zoptymalizowany. W grze jest wszystko, co w grach otwartego świata się pojawia, jednak nie ma w niej nic rewolucyjnego (poza motocyklem). To wszystko już było, a w innych grach było nawet lepiej zrobione. Fani zombie i motocykli na pewno kupią, reszta może poczekać na kilka łatek, naprawiających najbardziej irytujące błędy i na promocje cenowe. Jeśli chcecie zagra w najlepsze postapokaliptyczne gry z ciekawym światem, bohaterami i modelem jazdy, to "Horizon Zero Dawn" i "Mad Max" zostawiają "Days Gone" daleko w tyle. To gra średnia z potężnym, niewykorzystanym potencjałem. A szkoda, że twórcy nie pokusili się o coś lepszego.