Caterpillar to jeden z największych na świecie producentów maszyn budowlanych, górniczych, spychaczy czy ciężarówek. Przez lata działalności firma wyrobiła sobie markę kojarzoną z trwałością i solidnością. Dzięki temu, prócz swoich podstawowych produktów, jest w stanie sprzedawać jeszcze coś innego - licencje: na odzież, obuwie, zegarki czy... telefony. W taką właśnie licencję zainwestowała brytyjska firma Bullitt Group, która pod marką CAT postanowiła produkować i sprzedawać odporną na wszystko wersję telefonów.

Jej najnowszy produkt dostępny w naszym kraju, CAT s40, to mocarnie wyglądający smartfon z metalowymi bokami i gumowanymi pleckami, z 4,7 calowym, bardzo jasnym ekranem o rozdzielczości qHD (960 x 540 pikseli). Takie połączenie przełożyło się na 234 pikseli na cal. Do środka zapakowano baterię o pojemności 3000 mAh, a silnikiem napędzającym to urządzenie jest procesor Snapdragon 210. W tzw. testach syntetycznych (AnTuTu Benchmark) wyciąga słabiutkie 18837 pkt, ale nijak nie przekłada się to na codzienne użytkowanie. Telefon, choć ma tylko 1 GB pamięci RAM, z najnowszym androidem 5.1 działa zaskakująco płynnie i szybko, przycięć, lagów czy zawieszeń nie zauważyłem. Pamięci wbudowanej mamy 16 GB teoretycznie, praktycznie około 10 GB dostępnych dla użytkownika. Jest slot na kartę pamięci, dual sim, czyli obsługa dwóch kart. Internet oczywiście LTE. Brak za to diody powiadomień. Tyle cyferki, czyli to, co mamy na papierze. Jak to zestawienie sprawdza się w praktyce? 

Z recenzowaniem tego typu telefonów mam pewien problem. Bo ich twórcy nie po to opakowują je w trwałe konstrukcje, czy używają niezniszczalnych materiałów, bym po prostu wsadzał je do kieszeni i używał jak każdego innego smartfona. Tu trzeba czegoś więcej, a do tego powinienem pracować na budowie, w lesie, warsztacie samochodowym albo przynajmniej jeździć tirem. Niestety. Sprawdziłem więc w internecie, co w takich wypadkach robią inne osoby piszące o telefonach. Najbardziej spodobało mi się wyrzucenie aparatu z pierwszego piętra do ogródka... na tydzień. Przyznam, niesłychanie kusząca perspektywa - 7 dni bez telefonów z pracy, od rodziny, żony, córki..., zaraz zaraz, a czy smartfon nie jest przypadkiem do dzwonienia, a nie leżenia w trawie? 

Były też inne pomysły, od bardziej szalonych, jak zasypanie aparatu w rozgrzanym popiele, przez zakopywanie go w ziemi na kilka dni, do prozaicznego jeżdżenia po nim samochodem czy zamknięcia za karę na noc w lodówce. Po dogłębnej analizie doszedłem do wniosku, że nie znam nikogo rozsądnego, dla kogo informacje o tym, jak telefon przeżył takie tortury, byłyby do czegokolwiek przydatne.

Kierując się więc własnym rozumem i możliwościami postanowiłem CAT-a s40 po prostu utopić. Zwłaszcza, że mam w tym już pewne doświadczenie. Udało mi się to z Xperią Z3+. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko, że było to jeszcze zanim Sony wydało oświadczenie, w którym prosiło, by nie używać ich telefonów zgodnie z tym, co samo sugeruje w reklamach. Czyli widać, nie byłem sam.

Jak już coś robić, to porządnie. Do sprawdzenia tego, jak CAT reaguje na wodę, postanowiłem wybrać nie szklankę czy wiaderko, ale basen. Wcześniej jednak jeszcze raz przeczytałem, co oznacza norma IP68 (najwyższy stopień ochrony przed kurzem i pyłem oraz wodoszczelność do metra głębokości przez godzinę), oraz dokładnie przestudiowałem cały najdrobniejszy druczek w gwarancji. Nigdzie nie znalazłem informacji, by nie zanurzać telefonu, więc wyruszyłem ze smartfonem i synem, moim najwierniejszym pomocnikiem, na pływalnię. Syn razem z innymi dziećmi miał lekcję na jednym torze, ja na drugim testowałem wodoszczelność s40. Trochę z nim popływałem, później wykonałem jedno połączenie i nie było żadnych problemów. Mokry ekran działał zaskakująco dobrze, tak samo jak głośnik podczas rozmowy. Dźwięk był normalny, a zanurzanie nie wywarło na nim najmniejszego wrażenia. Wszystkie zaślepki, którymi pozasłaniane są gniazda SIM, USB czy wejście na słuchawki, nie przepuszczają wilgoci.

Postanowiłem więc pójść dalej i spróbować zrobić kilka zdjęć pod wodą. Jako spust migawki służy przycisk zwiększania głośności. Zdjęcia wychodzą... fatalne. To znaczy trudno wymagać, by były oszałamiające, ale fajnie było by, gdyby były choć trochę ostre. Szanse na to są jednak niewielkie. Telefon absolutnie nie radzi sobie z ruszającymi się obiektami. Jedyna nadająca się do czegokolwiek fotografia, to zdjęcie okularów, które trzymałem w ręce.

Wszystkie zdjęcia płynącego syna przypominają bliżej nie zidentyfikowaną, błękitno szarą masę.

Właśnie aparat fotograficzny jest chyba największą słabością s40. Przedstawiciele firmy tłumaczą, że tworząc ten model, myślano przede wszystkim o tych, którzy jak najwięcej czasu przebywają na zewnątrz. Mowa więc tak o osobach uprawiających sporty ekstremalne, trekking czy wspinaczkę, jak i pracujących na budowach czy w lesie. I jakoś trudno mi wyobrazić sobie, by osoba idąca na dwa dni w skałki nie chciała uwiecznić tego na choć jednym przyzwoitym zdjęciu. A jego zrobienie CAT-em s40 może być równie trudne, jak wdrapanie się bez tlenu na K2. 8 mpx aparat łapie ostrość w iście żółwim tempie i to na losowo wybranych obiektach, a zdjęcia tak przy gorszym świetle, jak i w pomieszczeniu wychodzą blade i zaszumione.

Szkoda, choć z drugiej strony jeśli ktoś nie ma ambicji fotograficznych, to CAT będzie doskonałym wyborem. Ekran jest bardzo jasny - tak, by nie było kłopotów z obsługiwaniem go w pełnym świetle. Zamiast przycisków dotykowych mamy pod ekranem trzy plastikowe klawisze. Nie jest to z pewnością szczyt elegancji, za to szczyt praktyczności jak najbardziej. Nie będzie problemów, by dobrać się do nich np. w rękawiczkach. Zresztą ekran też jest dostosowany do obsługi w ten sposób. Podobnie łatwo obsługuje się trzy osobne przyciski umieszczone na prawym boku - do włączania telefonu, zmniejszania i zwiększania głośności. A także żółty przycisk funkcyjny na prawym boku, do którego możemy przypisać dowolną czynność czy aplikację.

Przez ponad tydzień używania telefon ani razu nie zgubił zasięgu czy stracił połączenia z internetem, co jest rzeczą godną pochwały. Bardzo dobrze działał też GPS.

Oczywiście parę razy upuściłem go, by zobaczyć, jaka jest jego odporność. Jest bardzo dobra - działał cały czas bez zarzutu, nie było też na nim żadnego śladu po zetknięciu z chodnikiem czy podłogą. Włożyłem go też na pół godziny do lodówki (wiem, bez sensu i głupie, ale bardzo mnie kusiło). Trochę się zaszronił, ale poziom baterii nie spadł nawet o 1 proc. Pod tym względem telefon zasługuje na słowa pochwały. Jest doskonale zoptymalizowany, zostawiony na noc traci 1, może 2 proc. energii. Podczas normalnej pracy zestawienie ekranu o niewielkiej rozdzielczości ze sporą baterią daje nam dwa dni użytkowania bez obawy, że telefon rozładuje się do końca. Co więcej, choć CAT s40 zupełnie nie jest do tego przeznaczony, to jednak spokojnie daje sobie radę z grami, które działają zaskakująco płynnie.

W dodatku ten pancerny telefon jest... całkiem elegancki. Mógłby więc być telefonem nie tylko na specjalne okazje, ale i na co dzień, gdyby nie jedna rzecz. Cena. Musimy za niego zapłacić 1569 złotych. Można by zaakceptować takie pieniądze za doskonałą trwałość czy jakość wykonania, gdyby nie to, że konkurencja za smartfon o podobnych lub nawet lepszych osiągach (choć z pewnością brzydszym wykonaniu), każe sobie zapłacić o 600 zł mniej. A przyznacie, to niebagatelna kwota. Jeśli jednak ktoś nie ma ograniczeń finansowych, a jest mu potrzebny niezniszczalny telefon, niech inwestuje w CAT s40. Nie będzie zawiedziony.