Jeszcze 2-3 miesiące temu mógłbym ze spokojnym sumieniem napisać, że Mate ze znaczkiem Porsche jest najlepiej wyglądającym smartfonem na rynku. Jednak imprezę popsuły Huaweiowi najnowsze LG i Samsungi, przy których Mate PD wygląda teraz jak... staruszek. Dla mnie to szczególnie zabawne, bo będąc na konferencji, na której firma chwaliła się swoim wypieszczonym siódmym cudem świata, wynudziłem się jak mops, słuchając ponad piętnastominutowego wykładu pana architekta o tym, jak ważny jest design przemysłowy. Z perspektywy czasu mogę przyznać mu rację, bo właśnie pod względem designu LG G6 i Samsungi Galaxy S8 i 8+ biją Mate Porsche Design na głowę, i to one wyznaczają teraz trendy w smartfonowym świecie. Jedyną nadzieją dla Huaweia na sprzedaż kliku egzemplarzy tego modelu jest to, że być może szacowni prezesi (bo wyłącznie dla nich je stworzono) nie będą oglądać się za modą i wybiorą coś "bardziej klasycznego". Ewentualnie Porsche wykupi większą partię i będzie dodawać je gratis do każdego sprzedanego samochodu.

Jeżeli jednak jakimś cudem ten smartfon trafi w wasze ręce, to zapewniam, że nie będziecie chcieli go odłożyć. Absolutnie genialny 5,5-calowy ekran Amoled z rewelacyjnym nasyceniem kolorów i taką samą ostrością (534 ppi), dzięki któremu bez problemów będziecie mogli używać telefonu nawet w pełnym słońcu. Perfekcyjna jakość materiałów, z których go wykonano (zaoblone szkło, aluminium z pięknymi szlifami na krawędziach i szczotkowanym tyłem), dzięki czemu wiecie, że nie trzymacie w ręku taniej zabawki, ale solidną maszynę za gruuube pieniądze. Ultrasuperszybki (pewnie nie ma takiego słowa, ale tylko tak jestem w stanie opisać jego działanie) czytnik linii papilarnych, (umieszczony z przodu pod ekranem), który nie myli się nigdy, a szybciej mógłby działać tylko, gdyby odczytywał nasze myśli. Wszystko stoi tu na najwyższym poziomie.

Nie inaczej jest, gdy zajrzymy do środka. Za wydajność odpowiada procesor Kirin 960 – najmocniejszy z autorskich procesorów Huaweia, a wspomaga go układ graficzny Mali G71 i 6 GB pamięci RAM. System to oczywiście najnowszy Android 7 przykryty nakładką EMUI 5.0. Brzmi skomplikowanie, więc upraszczając do bólu – telefon jest niesamowicie szybki i płynny, niestraszne mu są najbardziej wymagające programy czy ciężkie pdf-y, nie ma też problemów z trzymaniem zakładek w pamięci. Jednym słowem – bajka. Nie musimy się też martwić o miejsca na ważne pliki czy dokumenty (bo tylko takie rzeczy trzymają przecież szacowni prezesi w swoich telefonach) – wbudowanej pamięci mamy aż 256 GB. Nie mamy slotu na kartę pamięci, ale nie jest to żadne niedopatrzenie, a celowe działanie w trosce o klienta premium – dane przechowywane na takiej karcie mogą ulec uszkodzeniu łatwiej niż w pamięci wbudowanej. Trochę głupio jest mi pisać o grach, bo nie wyobrażam sobie szacownego prezesa w garniturze ścigającego się w Asphalt 8 albo rozwalającego przeciwników na misji w Shadowgun, ale ok, jeśli któryś z nich będzie się chciał rozerwać przez chwilkę na tylnym siedzeniu limuzyny w przerwie pomiędzy podpisywaniem milionowych kontraktów, to tak, będzie mógł to zrobić bez najmniejszego problemu.

Nie sądzę też, żeby jakikolwiek prezes miał problem z rozszyfrowaniem wszystkich tajników nakładki EMUI (w najgorszym wypadku poprosi sekretarkę). A możliwości personalizacji jest w niej bez liku. Można dostosować przyciski funkcyjne (skaner jest przyciskiem home, a do dwóch kropeczek po jego bokach przypiszemy odpowiednie czynności). Jest także możliwość nawigowania po telefonie przy wykorzystaniu tylko przycisku home (jego dotknięcie to ruch wstecz, dłuższe przytrzymanie – powrót do pulpitu głównego, a przejeżdżając palcem w prawo lub w lewo, przechodzimy do listy ostatnio otwartych programów). Można wybrać, czy chcemy, aby wszystkie aplikacje wyświetlały się bezpośrednio na pulpitach, czy też chcemy je ukryć w tzw. szufladzie. Można spersonalizować telefon, wybierając sobie jeden z wielu motywów, można zamienić go w pilota do urządzeń domowych albo… lusterko, można klonować aplikacje tak, by używać ich, korzystając z dwóch kont, można ukrywać pliki w sejfie, do którego dostęp zablokujemy odciskiem palca, można także odciskiem blokować dostęp do wybranych aplikacji. W zasadzie łatwiej byłoby napisać, czego zrobić nie można. A nie można np. wybudzić telefonu podwójnym uderzeniem w ekran ani w taki sam sposób go uśpić. Musimy korzystać z przycisku położonego na prawym boku lub z tzw. przycisku pływającego – po jego rozwinięciu ukazuje się mała kłódeczka i dopiero po jej dotknięciu wygasza się wyświetlacz. Sprawa staje się o wiele prostsza, gdy telefon zapakujemy w gustowne skórzane etui (oczywiście ze znaczkiem Porsche). Otwierając je, wybudzamy telefon, a zamykając – wygaszamy. Możemy też odebrać połączenie, nie otwierając go, jego prawa część jest plastikowa i aktywna, i przesuwając po niej palcem, odbieramy połączenie, bądź je odrzucamy. I tak jak nie lubię używać etui – tak tu korzystałem z niego z przyjemnością.

Bardzo mocną stroną tego telefonu są zdjęcia i wideo. Mamy oczywiście stabilizację obrazu (nie działa jednak, gdy chcemy nagrać film w 4K, ale gdy nagrywamy film w rozdzielczości Full HD w 60 klatkach na sekundę, obraz jest rewelacyjny. Przykłady tu:

i tu:

Za zdjęcia odpowiadają dwie kamery – 20 i 12 mpx (jedna z nich jest monochromatyczna), które nakładają na siebie obraz. I robią to doskonale, bo zdjęcia wykonane Huaweiem Mate Porsche Design jakością ustępują co najwyżej Samsungom z linii Galaxy. Bardzo dobrze (jak na telefon, oczywiście) wychodzą fotografie robione w słabym oświetleniu oraz selfie (kamera 8 mpx).

Pochwały należą się też za jakość odtwarzanego dźwięku, i to zarówno przez słuchawki (co nie jest zdziwieniem), ale także przez głośnik zewnętrzny. Choć może powinienem napisać głośniki, bo dźwięk wydobywa się nie tylko przez ten umieszczony na dolnej krawędzi, ale także (po aktywowaniu funkcji "stereo" w ustawieniach) przez ten położony nad ekranem, a służący normalnie do rozmów.

Telefon obsługuje dwie karty SIM, o tym, że mamy nieodebranego maila czy rozmowę, przypomni nam dioda powiadomień, a dzięki NFC możemy zamienić go w kartę płatniczą. Nieźle spisuje się zazwyczaj najsłabszy element telefonów, czyli bateria. Ta ma 4000 mAh i starcza na półtora-dwa dni pracy (w zależności od tego, jak używamy smartfonu), albo na 4-4,5 godziny pracy na włączonym ekranie. To dobre, a nawet bardzo dobre wyniki, biorąc pod uwagę wielkość i rozdzielczość ekranu. A dzięki szybkiemu ładowaniu (USB C) jesteśmy w stanie przywrócić telefon do życia w nieco ponad godzinę, od 0 do 50 proc w pół godziny.

Na koniec zostawiam sobie małą szpileczkę – telefon nie jest wodoodporny, co staje się już standardem we flagowych modelach.

Czy wszystkie te zalety tłumaczą absurdalną wręcz cenę tego urządzenia? Oczywiście nie. Ale dla zwykłych zjadaczy chleba (choć też z grubszym portfelem) jest Huawei Mate Pro bez znaczka Porsche Design. Trzeba za niego zapłacić 3700 zł, pamięci wbudowanej mamy mniej bo 128 GB (lub 64 GB w tańszej wersji), ale cała reszta jest taka sama. Czyli też świetna. Kto chce mieć wygrawerowaną na pleckach telefonu sygnaturę Porsche, musi dopłacić ponad 2 tys zł. Drogo, ale kto bogatemu zabroni?