Chodzi oczywiście o zachodzące parą oczka aparatów w najnowszych flagowych Xiaomi 14. Taka rzecz nie powinna się zdarzyć w żadnym telefonie, a co dopiero w topowym urządzeniu kosztującym prawie 5 tys. zł. Wada nie dotyczy bynajmniej jednego egzemplarza, problem zauważyło wielu dziennikarzy testujących te smartfony.

Reklama

Poczekać aż wyschnie

Pytane o to Xiaomi wydało lakoniczne oświadczenie, w którym stwierdza, że „nie jest to kwestia jakości produktu, a parowanie to naturalne zjawisko występujące z powodu różnic temperatur między obiektywem, a otaczającym powietrzem w pewnych warunkach środowiska”. I dodaje, że „w przypadku zaparowania obiektywu zalecamy pozostawienie urządzenia w suchym miejscu z dobrym przepływem powietrza, aby usunąć wilgoć”.

Czyli w skrócie – ten typ tak ma i nic na to nie poradzimy. Użytkownicy którzy kupili/kupią ten smartfon zachęceni brandem Leica widniejącym na aparacie licząc na świetnej jakości zdjęcia w każdych warunkach – jak na flagowy smartfon przystało – mogą się jednak poczuć nieco zawiedzeni.

Xiaomi 14 / Materiały prasowe
Reklama

Czy Xiaomi zrobi coś poza wydanym oświadczeniem? Czy sprawdzi, jakich partii smartfonów dotyczy problem? Bo raczej nie wszystkich – część użytkowników nie zaobserwowała takiego zjawiska – i wycofa feralne egzemplarze z rynku? Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że afera wybuchła w momencie, gdy Xiaomi bardzo mocno aspiruje do miana marki Premium – a przynajmniej jeżeli mówimy o cenach, które są na poziomie flagowców Samsunga albo Appla.

Zmierzyć się z problemem

Smartfonowa historia zna kilka przypadków wizerunkowych kryzysów. Sporo z nich ma na koncie Samsung. Jednak koreańska firma od lat stosuje taktykę brania wszystkiego „na klatę” i przynosi to chyba dobry efekt.

Największą wpadką był model Galaxy Note 7 wypuszczony na rynek w 2016 r. I bardzo szybko z tego rynku zwinięty – po serii samozapłonów. Samsung na początku wymieniał użytkownikom urządzenia, ale gdy okazało się że problem jest szerszy i chodzi o wadę konstrukcyjną – po prostu wycofał całą serię, zwracając klientom pieniądze bądź oferując inny smartfon. Kryzys wizerunkowy był potężny, ale firma nie zamiatając wszystkiego pod dywan pokazała, że na pierwszym miejscu stawia klientów i ich bezpieczeństwo, a nie szybki zysk.

Samsung Galaxy Note 7 / Media

Podobnie Samsung postąpił w przypadku Galaxy Z Folda. Gdy okazało się, że pierwszy składany smartfon, który miał zrewolucjonizować rynek, ma problemy z trwałością wyświetlacza – firma wycofała wszystkie wyprodukowane już egzemplarze. Następnie zmieniła całą konstrukcję i przesunęła zapowiadaną premierę o kilka miesięcy, by na rynek trafiły w pełni sprawne smartfony. Do wszystkiego się przyznała, była w pełni transparentna, a dziś jej Foldy i Flipy sprzedają się najlepiej w swoich kategoriach.

Z wizerunkowym kryzysem musiał mierzyć się również Apple. W 2010 r. na rynek trafił iPhone 4. Smartfon miał problemy z antenami, trzymany w ręce tracił zasięg i nie dało się przez niego rozmawiać. Przyznanie się do tego, że rzeczywiście coś jest nie tak zajęło firmie trochę czasu, ale ostatecznie wyszła z kryzysu z twarzą – zaoferowała użytkownikom darmowe etui, które eliminowało problem. A jaką renomą cieszą się dziś iPhony – nie trzeba nawet pisać.

iPhone 4 / Bloomberg / David Paul Morris

Szczerość popłaca

Historia pokazuje więc, że przyznanie się do problemu i próba znalezienia rozwiązania wychodzi w dłuższej perspektywie firmom na dobre. Oczywiście Samsung zamiast zysków ze sprzedaży Galaxy Note 7 musał liczyć straty. Ale paradoksalnie zyskał swoim postępowaniem zaufanie klientów. I teraz on i Apple to najwięksi producenci smartfonów na świecie i to właśni im ufa najwięcej osób. Czy Xiaomi wyciągnie z tego wnioski? Czas pokaże. Trzymam kciuki.