Jej akcja toczy się tuż po "Zemście SIthów" i czystce Jedi, dokonanej przez Vadera i jego Inkwizycję. Naszym bohaterem jest młody padawan, który uciekł po śmierci swojego mistrza i został złomiarzem na kosmicznej stoczni. Ciąg wypadków zmusza go jednak, by przeskoczyć mur i razem z nowymi towarzyszami rozpocząć walkę z Imperium.

Reklama

Sama fabuła jest tak sztampowa, że aż bolą zęby. Nie ma żadnej możliwości wyboru drogi, nie ma wyborów moralnych, które były w Jedi Academy, a „niespodzianki” w historii są bardzo przewidywalne. Po drodze do naszego celu odwiedzimy kilka planet (a niektóre nawet po kilka razy). Towarzyszyć nam w tym będzie załoga, czyli była Jedi, kapitan statku oraz mały droid. Owszem, z członkami załogi rozmawiać można, ale nie wpływa to na rozwój fabuły. W końcu to gra akcji, a nie RPG.

Mechanika gry jest złożona z elementów, wziętych z innych produkcji. Mamy więc rozwój postaci wzięty z "Dark Souls", system odkrywania planety z serii "Uncharted". Grę możemy zapisywać tylko w wyznaczonych punktach. Do tego, jeśli chcemy odpocząć i uzupełnić zdrowie, liczbę „fiolek leczących” na wyposażeniu naszego droida, to opcja ta powoduje ożywienie wszystkich przeciwników. Za wykonywanie zadań i wybijanie wrogów dostajemy punkty doświadczenia, które możemy przeznaczyć na rozwój umiejętności Mocy, walki i przeżycia. Dostajemy więc dodatkowe ataki, więcej punktów życia itp.

Zwiedzając poszczególne planety musimy też "biegać, skakać, latać pływać". Niestety często jest tak, że do pewnych miejsc dostaniemy się dopiero, gdy uzyskamy odpowiednie umiejętności. W połowie więc drogi przez mapę nagle dowiadujemy się, że dalej nie przejdziemy i musimy wykonać zadania gdzie indziej, by nasz bohater "przypomniał sobie" jedną z umiejętności Jedi. To bywa frustrujące.

Jedi: Fallen Order / dziennik.pl

Równie frustrujące są inne elementy rozgrywki – może i dostajemy umiejętność, dzięki której wreszcie osiągniemy cel misji. Jednak tuż przed nim, nagle okazuje się, że urywa się most, coś nas zrzuca w przepaść i spędzamy następną godzinę, starając się wrócić do miejsca, w którym byliśmy. Takiemu sztucznemu przedłużaniu gry mówimy "stanowcze nie". Jeśli chodzi o wszelkiego typu "znajdźki", to w skrzyniach znajdziemy jedynie elementy kosmetyczne, które nie mają żadnego wpływu na statystyki naszej postaci. A szkoda.

Respawn mocno też zepsuł pracę kamery. W niektórych miejscach musimy bowiem zjeżdżać po śliskich pochylniach. Jednocześnie musimy więc obracać kamerę i naszą postać. Wystarczy drobny błąd i zaczynamy zabawę od nowa (na szczęście śmierć na przeszkodach terenowych nie wpływa na odrodzenie się wrogów).

Kolejny irytujący minus gry? Moc, a raczej jej brak. Mamy do dyspozycji jedynie dwie umiejętności – pchnięcie i przyciągnięcie. Porównując to do starej, ale wciąż genialnej „Jedi Academy” tu mamy duży krok w tył. Do tego obie umiejętności działają tylko na te postaci, które zablokowaliśmy jako nasz cel. Jeśli tego nie zrobimy, a użyjemy Mocy, to jej efekty na naszych wrogów nie zadziałają. O ile używanie mocy bywa irytujące, o tyle zwykła walka jest w miarę satysfakcjonująca. Przeciwnicy mają „paski pancerza”, który najpierw trzeba zbić, by móc zadać im rany. Z kolei przeciwników używającej broni dystansowej najlepiej zabić odbijając ich pociski mieczem świetlnym. CO prawda w dalszych etapach gry ta strategia przestaje działać, bo dostają oni tarcze, lepszą broń czy strzelają w naszą stronę seriami.

Co mi się w grze podobało? Na pewno zachowano klimat Gwiezdnych Wojen – takie planety jak Ilum czy Dathomir wyglądają tak, jak w serialach czy komiksach. Grafika na Xbox One X naprawdę jest dobra – świetnie oddano ruchy postaci, bardzo dobra jest jakość tekstur. Misja w świątyni Jedi na Ilum czy zadania na Kashyyk to uczta dla oczu. Jedynie wygląd istot rasy Wookie został bardzo niefortunnie oddany.

Wookie wygląają w grze dość... dziwnie / dziennik.pl

Podobnie rewelacyjny jest dźwięk. Miecze świetlne i blastery brzmią jak na filmach. Gdy podkradamy się do szturmowców często słychać ich rozmowy, jak mówią, że to ich ostatni dzień na tej planecie, bo zostaną przeniesieni. Czasem naprawdę się ich robi żal, gdy nasz bohater chwilę potem ich wybija.

Podsumowując – "Upadły Zakon" to z jednej strony gra pięknie zrobiona, której lokacje chce się zwiedzać. Z drugiej strony jednak sztampowa fabuła (która weszła niestety do kanonu Gwiezdnych Wojen), brak jakichkolwiek moralnych wyborów, połączony z mechaniką „pożyczoną” z kilku różnych gier sprawia, że ten tytuł docenią tylko najbardziej zagorzali fani Gwiezdnych Wojen. Szkoda, bo można było stworzyć coś dużo, dużo lepszego, co pokazuje choćby ostatnie zadanie w grze.