Nowa wersja Ghost of Tsushima dostała poprawioną grafikę - mówimy tu o 4K w 60 klatkach na PS5 oraz dużo lepsze czasy wczytywania postaci. Niestety, nie cała grafika została ulepszona - o ile twarz i zbroja Jina wygląda świetnie, o tyle pozostali bohaterowie mają tekstury z wersji PS4. Nie ma też mowy o Ray Tracingu czy innych funkcjach graficznych znanych z gier, które wydano na PS5. Trochę tak, jakby twórcy zatrzymali się w pół kroku. Niemniej jednak, gra wygląda fantastycznie. / dziennik.pl
Reklama
Wersja reżyserska wykorzystuje też 3D Audio, jak też adaptacyjne spusty pada do PS5 - wyraźnie to czuć przy naciąganiu łuku. Do tego, na nowej wyspie, musimy wykorzystać żyroskopy pada, by obłaskawiać zwierzęta przy użyciu muzyki - jak w grach muzycznych potrzebujemy utrzymać zieloną kropkę na ścieżce melodii, ruszając padem. / dziennik.pl
Oprócz ulepszeń graficznych dostajemy też całą nową wyspę - Ikishimę. Jin wybiera się tam, by powstrzymać mongolską szamankę przed użyciem swojej broni "biologiczno - psychologicznej". A przy okazji okazuje się, że sam musi się zmierzyć ze swoją przeszłością. Na Ikishimie, podczas pierwszej wyprawy wojennej Jina, zginął bowiem jego ojciec i nasz bohater obwinia cały czas siebie za tę śmierć. Teraz wreszcie będzie mógł z przeszłością się rozliczyć. / dziennik.pl
Zadania fabularne są doskonałe - bardziej mi się podobały niż te z głównej gry. Sposób, w jaki Jin przypomina sobie rodzinną historię, wspominki z dawnej inwazji, czy metody, którymi Orzeł stara się go psychologicznie przekonać do walki po stronie Mongołów są świetnie napisane. Fabuła to - jak dla mnie - najmocniejsza strona Ikishimy, bo reszta to bardzo przypomina główną grę. / dziennik.pl
Ikishima to około 9-10 godziny gry, do tego dostajemy też poboczne wyzwania łucznicze, obłaskawianie zwierzątek i różne takie inne wynalazki. Wyspa nie jest za duża, łatwo więc odnaleźć wszystkie dodatkowe miejsca. CO ciekawe, w zależności od tego, w którym akcie głównej gry trafimy na Ikishimę, dostajemy różne wersje dialogowe. Jeśli więc wybierzemy się tam od razu po odblokowaniu wyspy w 2 akcie, dialogi będą wyglądać inaczej niż jeśli wybierzemy się tam po ukończeniu głównej gry. / dziennik.pl
Nowa wyspa to nowi przeciwnicy. Głównym zagrożeniem stają się szamani, którzy zwiększają odporność mongolskich wojowników i praktycznie czynią ich nieśmiertelnymi. Sami jednak giną dość łatwo, muszą więc stać się pierwszoplanowym celem. Do tego pojawiają się wojownicy, zmieniający styl walki, trudniejsze wersje ciężkich, elitarnych wojowników itp. Na średnim poziomie trudności jedynym problemem były dwie walki z bossami, bo ze zwykłymi przeciwnikami Jin dalej sobie radził jak na Cuszimie. A, ważnym dodatkiem jest wreszcie możliwość zablokowania kamery na wybranym przeciwniku, co znacznie pomaga w atakach i obronie. / dziennik.pl
Sony wprowadziło też zamieszanie cenowe, w związku z dodatkiem. Wersja cyfrowa deluxe, która zapewnia pełną wersję grafiki i dodatek kosztuje 339 PLN. Jeśli macie GoT na PS4, to uaktualnienie do "wersji reżyserskiej" na PS4 kosztuje 84 złote, ale żeby zagrać w wersję reżyserską na PS5, mając podstawową wersję na PS4 musicie dołożyć aż 124 złote. Na szczęście pliki zachowanej rozgrywki przenoszą się bez problemu. Czy to podejście w porządku? Z jednej strony studio poświęciło pracę i czas na ulepszenie grafiki, dostajemy też nową wyspę, czyli jest to pełnoprawny dodatek. Z drugiej strony na konkurencyjnej konsoli Microsoft, za ulepszoną grafikę w wersji na XSX nie musimy ekstra dopłacać. / dziennik.pl
Podsumowując - Wersja reżyserska Ghost of Tsushima na PS5 wygląda fantastycznie - poprawiono czas wczytywania lokacji i szybkiej podróży, ulepszono (choć tylko częściowo) całkiem niezłą grafikę i dorzucono nam nową wyspę ze świetną fabułą. Dla mnie to wciąż jedna z moich ulubionych gier na konsole Sony, a posiadacze PS5, którzy jeszcze w nią nie grali na pewno powinni po nią sięgnąć. Jednak zamieszanie wokół różnic wersji, cen i dopłat, by zagrać w GoT sprawi, że część osób może poczuć się niezadowolona tym, jak Sony traktuje graczy. / dziennik.pl
dziennik.pl